wiadomości

stat

Gdzie rodzili się prawdziwi gdynianie

artykuł historyczny
Widok od strony morza Bałtyckiego na Kamienną Górę. Widoczny fragment plaży - dziś to plaża "Śródmieście".
Widok od strony morza Bałtyckiego na Kamienną Górę. Widoczny fragment plaży - dziś to plaża "Śródmieście". fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Maj 1937 r. był miesiącem burzliwym, nie tylko ze względu na pogodę, ale i problemy, z jakimi zmagali się ówcześni mieszkańcy Gdyni.



Upały i burze - tak wyglądała pogoda w drugiej dekadzie maja 1937 roku. Pogodnej i upalnej aury nie zmieniło nawet napływające nad zachodnią Polskę "powietrze oceaniczne". 20 maja, o godzinie 14, w Gdyni odnotowano temperaturę 19 stopni powyżej zera, czyli i tak znacznie mniej niż chociażby w Dęblinie, gdzie termometry pokazały 29 stopni. Na zmianę pogody nie zanosiło się wcale, a "Gazeta Gdańska" z 21 maja ostrzegała jedynie przed "skłonnością do burz" na obszarze całego kraju.

Jednak kilka dni wcześniej sytuacja pogodowa na Pomorzu nie wyglądała najlepiej: nad jego północną częścią "przeciągnęły" niszczycielskie burze, a od gromów - jak donosiła "Gazeta" - ucierpiał m.in.: kościół w Biskupicach pod Toruniem, wieś Górki w powiecie brodnickim i wieś Silno w powiecie chojnickim.

Ze szczególnie niszczycielską siłą żywioł szalał w powiecie lubawskim (w rejonie wsi: Kozienice, Zielków i Rozental), gdzie spadł grad, a "na drogach potworzyły się głębokie wyrwy, wszystkie okoliczne mosty zostały uszkodzone, nie mówiąc o zabudowaniach gospodarczych."

Prawdziwe pandemonium rozpętało się nad Gdynią, a niszczycielska siła żywiołu była tak duża, że pisały o niej gazety w całej Polsce. Szczegółową relację opublikował - między innymi - wychodzący w Lublinie "Express Lubelski i Wołyński" z dnia 18 V.

Opisywana w "Expresie" burza nie była pierwszą, która w tamtych dniach nawiedziła Gdynię, jednak - w odróżnieniu od poprzedniej - spowodowała w mieście znacznie większe straty. W trakcie trwającego cztery godziny oberwania chmury, gdyńskie ulice zamieniły się w rwące potoki - "istne rzeki, które naniosły olbrzymie masy ziemi i gruzu do miasta" - wskutek czego została sparaliżowana komunikacja autobusowa.

Najgorsza sytuacja była na Małym Kacku, gdzie z brzegów wystąpiła rzeczka Kacza, zalewając wiele budynków. Zagrożony podmyciem był nasyp kolejowy na trasie prowadzącej do Warszawy, jednak dzięki ofiarnej pracy ochotników udało się go uratować. Niestety, w Orłowie wody nie udało się zatrzymać, rozszalały żywioł zerwał most żelbetowy przy ulicy Wielkopolskiej, przez co "komunikacja pomiędzy Gdynią i Orłowem na szlaku kołowym została przerwana". Napierające masy wody przerwały "autostradę asfaltową", wybijając w niej wyrwę "na szerokości około 10 m i głębokości około 4 m". Na szosie utknęły "całe sznury samochodów polskich, gdańskich i niemieckich, unieruchomionych przez niebywałą ulewę". I choć "podobnej powodzi nie pamiętali najstarsi mieszkańcy wybrzeża", to - na szczęście - "żadnych ofiar w ludziach nie było".

"Olbrzymie rozmiary szkód" odnotowano na terenie trzech gmin powiatu morskiego. "Celem zwiedzenia tych terenów na Wybrzeżu, które najbardziej ucierpiały w czasie ostatnich gwałtownych burz", przybył do Gdyni "p. wojewoda Pomorski min. Raczkiewicz". Wojewoda wraz z "p. komisarzem Rządu [Franciszkiem - dop. red.] Sokołem" zwiedził "tereny powodzi w Orłowie i Małym Kacku", a następnie - w towarzystwie starosty morskiego p. Potockiego - szczegółowo badał "rozmiary szkód" wyrządzonych przez burze w gminach: Chwaszczyno, Donimierz i Strzepcz.

Jak czytamy w sprawozdaniu z inspekcji, wojewoda "nie spodziewał się, że rozmiary tej klęski są aż tak wielkie". Szosa prowadząca "z Gdyni w głąb Pomorza z pominięciem Wolnego Miasta została poważnie uszkodzona" i nie nadawała się do użytku z powodu licznych wyrw - zmytych zostało około 2 tysięcy ton kostki! Mimo tego, że od burzy minęły już "trzy upalne dni", w niektórych miejscach nadal leżał "jeszcze grad wielkości orzechów laskowych" (a trzeba dodać, że w dniu kataklizmu "powłoka gradowa" "sięgała miejscami metrowej grubości").

Kataklizm nie przeszkodził natomiast jugosłowiańskiemu ministrowi komunikacji Mechmetowi Spaho, który w towarzystwie polskiego ministra komunikacji Juliusza Ulrycha przybył do Gdyni, by podziwiać polskie osiągnięcia nad Bałtykiem.

W maju 1937 r. Gdynię odwiedzili polski minister komunikacji Juliusz Ulrych oraz jego jugosłowiański odpowiednik Mechmet Spaho.
W maju 1937 r. Gdynię odwiedzili polski minister komunikacji Juliusz Ulrych oraz jego jugosłowiański odpowiednik Mechmet Spaho.
Goście zwiedzili m.in. port i Dworzec Morski, a następnie udali się do portu rybackiego w Wielkiej Wsi (obecnie Władysławowo). Minister Spaho z uznaniem wypowiadał się o Gdyni, gdyż to, co zobaczył przekraczało "wszystkie jego oczekiwania", w związku z czym uznał, iż "Polski Naród" powinien "być dumny z tak wielkiego dzieła, jakim jest Gdynia".

Ale na tę dumę musieli gdynianie nieustannie pracować, nawet w takich obszarach jak estetyka przestrzeni miejskiej. Władze Gdyni starały się utrzymać w mieście ład i porządek, podejmując niełatwą walkę... z brzydotą.

Nadzór Budowlany Komisariatu Rządu rozpoczął "energiczną akcję, zmierzającą do uporządkowania sprawy szyldów, gablotek, wywieszek itp.". Wbrew pozorom nie było to łatwym zadaniem, czego dowiodła "powtórna kontrola tych ulic, które już przed kilku dniami zostały zlustrowane". Wykazała ona, "że niektórzy zainteresowani, po usunięciu szyldów przez komisję, szyldy te po odejściu komisji zawiesili ponownie". Komisariat Rządu jednak nie rezygnował i zapowiedział egzekwowanie prawa na drodze karno-administracyjnej.

Innym problemem, z którym zmagał się Komisariat Rządu, była nękająca Gdynię plaga szczurów. By ją zwalczyć, władze wydały rozporządzenie o "przymusowym odszczurzaniu" całego miasta.

Powodzenie akcji deratyzacyjnej było dla Gdyni niezmiernie ważne i miało "większe znaczenie aniżeli w miastach w głębi kraju", chociażby ze względów gospodarczych (szczury mogły spowodować duże straty, np. w transportowanej przez gdyński port żywności). Szczury były problemem wielu miast portowych na świecie i niejednokrotnie było już tak, że "schodziły ze statku na ląd" i "z łatwością przedostawały się z portu do miasta", gdzie mogły "zawlec zakaźne choroby jak tyfus, dżumę itp.". W zamiarze władz odszczurzanie winno "wydać jak najradykalniejsze wyniki dla dobra stanu zdrowotnego naszego miasta".

Jednak mimo problemów z gryzoniami, ze stanem gdyńskiej zdrowotności nie było wcale najgorzej, o czym świadczą m.in. dane statystyczne dotyczące przyrostu naturalnego.

W pierwszym kwartale roku 1937 zawarto w Gdyni 214 małżeństw, z czego najwięcej w "śródmieściu", Kamiennej Górze i Działkach Leśnych. W tym czasie urodziło się 749 dzieci, zmarło - 220 osób, a zatem gdyński przyrost naturalny był zdecydowanie dodatni. Pod względem urodzeń statystyki ponownie zdominowała Kamienna Góra, która przodowała również liczbą nowo narodzonych dzieci "nieślubnych".

Może więc rzeczywiście "prawdziwi Gdynianie na "Kamiennej" się rodzą...?

Źródło: "Gazeta Gdańska" nr 115 z 21 maja 1937 r. i "Express Lubelski i Wołyński" nr 137 z 19 maja 1937 r. Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (39)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1965 Odłonięcie pomnika Jana III Sobieskiego Na Targu Drzewnym stanął pomnik Jana III Sobieskiego. Autorem dzieła jest Tadeusza Barącza z 1897 r. Posąg króla do 1945 r. stał na Wałach Hetmańskich we Lwowie.

1997 XVII Zjazd Nowej Hanzy W Gdańsku rozpoczął się XVII Zjazd Nowej Hanzy z udziałem delegacji ze 106 miast. Prezydenci Polski i Niemiec byli gośćmi honorowymi.