wiadomości

stat

Żywe torpedy w arsenałach różnych flot

artykuł historyczny
Brytyjski "chariot", wzorowany na włoskich rozwiązaniach tego typu, podczas testów podczas II wojny światowej.
Brytyjski "chariot", wzorowany na włoskich rozwiązaniach tego typu, podczas testów podczas II wojny światowej.

Wydawać by się mogło, że prawie 75 lat po jej zakończeniu, historia II wojny światowej nie ma przed nami żadnych tajemnic. Wciąż jednak ma one swoje epizody, o których trudno jednoznacznie powiedzieć, czy były prawdą, czy jedynie zmyślną dezinformacją. Jeden z nich dotyczy polskich żywych torped.



Choć niewątpliwie najbardziej znaną "żywą torpedą" jest japoński kaiten, wykorzystywany pod koniec II wojny światowej, to mało kto wie, że ten rodzaj broni swój pierwszy chrzest bojowy, zakończony spektakularnym sukcesem, miał dużo, dużo wcześniej.

Koniec I wojny światowej zbliżał się nieuchronnie. Nawet dla największych zwolenników dalszej walki stawało się jasne, że Austro-Węgry znajdą się w obozie państw pokonanych. Dlatego państwa tworzące rozpadające się cesarstwo próbowały "ratować", co się da.

Śmiertelna pomyłka



Jedną z decyzji było przekazanie dużego i nowoczesnego pancernika SMS Viribus Unitis nowo powstałemu państwu Słoweńców, Chorwatów i Serbów, które było neutralne. 31 października 1918 roku dokonano wszystkich formalności. Okręt otrzymał nową nazwę "Jugoslavija".

O tych wydarzeniach nic nie wiedzieli włoscy marynarze - Raffaele PaolucciRaffaele Rossetto, będący operatorami żywej torpedy Mignatta. Był to w zasadzie miniaturowy pojazd o wyporności 1,5 tony, długości 8 metrów i średnicy 600 mm. Osiągał prędkość 2 węzłów, a jego załogę stanowiło dwóch operatorów. W skład uzbrojenia wchodziły dwie miny (głowice bojowe) wyposażone w 170 kg materiału wybuchowego każda. Do jednostki, która miała być celem ataku montowano je za pomocą uchwytów magnetycznych. Zapalnik czasowy pozwalał na opóźnienie wybuchu o pięć godzin.

Cesarsko-królewski pancernik Viribus Unitis, przejęty przez królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców i przemianowany na Jugoslavija, został zatopiony przez włoską żywą torpedę.
Cesarsko-królewski pancernik Viribus Unitis, przejęty przez królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców i przemianowany na Jugoslavija, został zatopiony przez włoską żywą torpedę.
Nie wiedząc nic o oficjalnym przekazaniu okrętu, Włosi bez większych problemów podczepili oba ładunki do pancernika, które wybuchając o godzinie 6:44 zatopiły jednostkę wraz z dowódcą i dużą częścią załogi.

Świnia unieszkodliwia brytyjskie pancerniki



W okresie międzywojennym Włosi postanowili udoskonalić swe morskie środki szturmowe. W specjalnie do tego stworzonym ośrodku stworzono udoskonaloną wersję Mignatty, którą nazwano SLC (Silura a Lenta Corsa - czyli torpeda wolnobieżna). Przez załogi nazywana była jednak Maiale, czyli... świnia, głownie z powodu trudności w  jej sterowaniu.

Włoskie jednostki mają na koncie unieszkodliwienie dwóch brytyjskich pancerników w porcie w Aleksandrii w Egipcie.
Włoskie jednostki mają na koncie unieszkodliwienie dwóch brytyjskich pancerników w porcie w Aleksandrii w Egipcie. fot. Wikipedia
Jej parametry nie różniły się zbytnio od poprzedniczki: wyporność wynosiła 1,5 tony, długość 6,7 metra, a prędkość 2,5 węzła. Przenosiła jedną głowicę bojową, w której znajdowało się 300 kg trotylu. Największy sukces włoska "świnia" odniosła 18 grudnia 1941 roku, gdy płetwonurkowie dostali się do portu w Aleksandrii i wyłączyli na dłuższy czas z działań wojennych brytyjskie pancerniki "Queen Elizabeth" i "Valiant".

Brytyjczycy kopiują Włochów



Na włoskiej konstrukcji oparli się również Brytyjczycy. Podczas II wojny światowej udało im się odnaleźć fragmenty SLC i na jej podstawie stworzyli swojego Chariota. Jednostka oparta na torpedzie kalibru 533 mm była niemalże identyczna jak włoska - różnica była jednie w prędkości, która tu wynosiła prawie trzy węzły.



Skuteczni niemieccy "Murzyni" i "Kuny"



Niemcy również eksperymentowali z tego typu bronią. Stworzyli dwa pojazdy, które nazwali Neger (Murzyn) i Marder (kuna). Te konstrukcje znacząco różniły się od włoskiej i angielskiej. Choć podobnie, jak i u nich, niemieckie konstrukcie opierały się na zmodyfikowanej torpedzie (w tym wypadku G7e kalibru 533 mm) to - po pierwsze - załoga liczyła tylko jednego operatora, a po drugie, pod swym pojazdem miał on podczepioną normalną torpedę, którą wystrzeliwał w stronę celu (zatem nie było już potrzeby podpływania pod samą burtę i zakładania ładunków wybuchowych).

Niemieckie jednostki miały swoje istotne wady. Były dobrze widoczne na powierzchni morza, przez co łatwo było je eliminować. Nic dziwnego, że śmiertelność operatorów wynosiła ok. 100 proc.

Mimo to odnosiły sukcesy. Jeden z największych dotyczył niestety polskiego okrętu. Krążownik ORP "Dragon" podczas jednego z ataków Negrów został na tyle ciężko uszkodzony (zginęło 37 marynarzy, 14 zostało ciężko rannych), że jego remont okazał się już nieopłacalny.
Krążownik ORP "Dragon" został ciężko uszkodzony podczas ataku niemieckich  negrów  - zginęło 37 marynarzy, 14 zostało ciężko rannych.
Krążownik ORP "Dragon" został ciężko uszkodzony podczas ataku niemieckich negrów - zginęło 37 marynarzy, 14 zostało ciężko rannych. fot. Archwium Marynarki Wojennej

Samobójcy z japońskich kaitenów



Niewątpliwie najbardziej znanym na świecie przykładem żywej torpedy jest japoński kaiten. Jego projekt pojawił się pod koniec II wojny światowej jako broń ostatniej szansy. Japoński pojazd wypierał 18 ton, miał długość blisko 17 metrów i osiągał prędkość 40 węzłów. Uzbrojony był w głowicę bojową o masie 1500 kg.

Japońska torpeda samobójcza typu kaiten.
Japońska torpeda samobójcza typu kaiten.
Zasada jego działania była dość prosta i makabryczna. Z racji swych rozmiarów kaiteny mocowane były na pokładach okrętów-nosicieli. Gdy podpływały w rejon ataku, do środka wchodził operator. Po zwodowaniu jednostki kierował się w stronę wybranego celu i uderzał w niego. Według założeń miała to być broń w 100 proc. skuteczna, jednak - jak się okazało - 100 proc. dotyczyło przede wszystkim śmiertelności operatorów. Nie jest znany żaden przypadek, by marynarz wystrzelony w misji bojowej przeżył. Skuteczność była więcej niż minimalna, gdyż na swym koncie kaiteny mogły zapisać jedynie dwa okręty zatopione (zbiornikowiec i niszczyciel USS "Underhill").

Żywe torpedy w polskiej flocie



I tak dochodzimy do Polski. Opublikowany w Ilustrowanym Kuryerze Codziennym (największy przedwojenny polski dziennik) list Władysława Bożyczki i jego szwagrów, braci LeonaEdwarda Lutostańskich, jest powszechnie znany historykom i nie tylko.

Kandydaci na "polskie żywe torpedy" napisali list do najpopularniejszego polskiego przedwojennego pisma. Na ich apel odpowiedziało 4,5 tys. osób.
Kandydaci na "polskie żywe torpedy" napisali list do najpopularniejszego polskiego przedwojennego pisma. Na ich apel odpowiedziało 4,5 tys. osób.
Proszę zamieścić nasz list otwarty w swojem piśmie, ponieważ chcemy dać swoją odpowiedź Hitlerowi na jego żądania. Otóż ja i moi dwaj szwagrowie, wzywamy wszystkich tych Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za Ojczyznę, jednak nie w szeregach armji razem ze wszystkimi, lecz w charakterze żywych torped z łodzi podwodnych, żywych bomb z samolotów, w charakterze żywych min przeciwpancernych i przeciwczołgowych. Każda zmarnowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Każdy okręt nieprzyjacielski, czołg, pancerka, może i tak kosztować życie kilkunastu żołnierzy, zaś jeden człowiek zdecydowany może oddać tylko jedno swoje życie, jako żywy pocisk, czy w torpedzie, bombie lub minie. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić i tem samem zaoszczędzi życie innym żołnierzom, zniszczy zaś wielu wrogów. Do tego celu nie są potrzebni ludzie zupełnie zdrowi z kategorją A, B czy C, lecz może to być nawet człowiek ułomny, lecz silny duchem, który twardo postanowił oddać życie dla Ojczyzny bez reszty, bo musi przede wszystkiem powiedzieć sobie, że dla niego w ogóle niema szansy ocalenia. Właśnie tacy ludzie są nam potrzebni. Nie wątpię, że takich, jak my, zgłosi się tysiące, ale te tysiące będą kosztowały wroga miljony złotych i setki tysięcy ludzi.

W ten sposób chcemy oddać nasze życie w ręce Marszałka Polski Śmigłego-Rydza, ażeby zużytkować je jak najskuteczniej w obronie Ojczyzny. Proszę nie myśleć, że my to robimy z jakiejś rozpaczy, czy czegoś podobnego. Ja jestem urzędnikiem państwowym, szwagier jest pracownikiem miejskim, drugi szwagier jest masarzem, zarabiamy nieźle, jesteśmy silni i zdrowi. Tylko nie wiemy, gdzie się mają zwracać kandydaci. Proszę to wydrukować!

Podpisy: Władysław Bożyczko, Edward Lutostański, Leon Lutostański, Warszawa 24, Poprzeczna 7. m . 10.

Żywe torpedy w Polskiej Marynarce Wojennej



Nie byli oni jednak pierwszymi, którzy postanowili walczyć w ten sposób. W 1937 roku list do marszałka Rydza Śmigłego wysłał Stanisław Chojecki, mat rezerwy Marynarki Wojennej. Pisał on m.in., że gdyby wybuchła wojna, chętnie poświęci swe życie jako sternik żywej torpedy. Na swój list nie otrzymał odpowiedzi.

Dużo lepiej powiodło się wspomnianym na początku autorom listu do krakowskiego dziennika. W efekcie do redakcji i komend wojskowych zaczęły masowo spływać zgłoszenia. Szacuje się, że do 3 sierpnia 1939 roku podanie do tego typu rodzaju broni zgłosiło ok. 4700 osób, w tym ok. 150 kobiet.

Każdy ochotnik otrzymał list o następującej treści:

"W odpowiedzi na list Pana z dnia ... Szef Kierownictwa Marynarki Wojennej polecił przesłać Panu wyrazy uznania za objaw tak wysokiego poczucia patriotyzmu. Jednocześnie komunikuję, że zgłoszenie Pana zostało zarejestrowane i w razie potrzeby będzie wykorzystane".
Pod listem podpisywał się komandor Eugeniusz Pławski.

Pojawiał się tylko jeden problem: Polska w tamtym czasie nie dysponowała nawet planami tego rodzaju broni. Mimo to, czytając wspomnienia ochotników do tej formacji możemy znaleźć informacje, że pokazywano im plany czy nawet filmy instruktażowe trudno dziś jednoznacznie określić, czy jest to prawda. Jedno, co jest pewne to fakt, iż w ówczesnych czasach Polska nie była w stanie samodzielnie zaprojektować i wybudować podwodnego pojazdu szturmowego.

Zupełnie oddzielną kwestią jest również sposób wykorzystania takich obiektów. Gdy przyjrzymy się osiągnięciom wspomnianych wcześniej pojazdów, okazuje się, że były one skutecznie przede wszystkim wtedy, gdy atakowały jednostkę zacumowaną lub wolno poruszającą się (wyjątkiem były kaiteny).

Z perspektywy wojny obronnej w 1939 r. jedynym celem godnym takiego ataku byłby Schleswig-Holstein, ale poruszał się on zawsze w licznej asyście mniejszych jednostek, które mogły łatwo wypatrzeć i zniszczyć podwodnego przeciwnika.

Inną kwestią było wyszkolenie operatorów ludzkich torped. Tu co prawda pojawiły się również opisy, że doszło do spotkań szkoleniowych, jednakże bardziej zaawansowany proces szkolenia został przerwany przez wybuch wojny. Łatwo przewidzieć, co by się stało, gdyby niedoświadczona osoba dostała w swe ręce zupełnie nową dla niej broń.

Na koniec można zadać pytanie: gdzie miałyby stacjonować tego typu jednostki?

Ochotnicy mieli wysadzić most pontonowy na Wiśle



Trzeba jednak zaznaczyć, że idea żywych torped doczekała się realizacji podczas kampanii wrześniowej, choć w nieco innym zakresie.

W sztabie Armii Pomorze pojawił się plan wysadzenia mostu pontonowego, zbudowanego przez Niemców na Wiśle. Zakładano, że ochotnicy, którzy zgłosili się do Marynarki Wojennej, przetransportują miny morskie, którymi potem wysadzi się wspomniany most.

Na drodze do ostatecznej realizacji stanął jednak zbyt szybki odwrót polskiego wojska oraz brak odpowiedniej liczby przeszkolonych ludzi.

Podczas obrony Warszawy prezydent Stefan Starzyński wezwał ochotników do oddziałów obrony cywilnej. Mieli oni przenosić materiały wybuchowe do niszczenia stanowisk niemieckich. Zgłosiło się ok. 1000 chętnych, którzy następnie brali udział w walkach na Czerniakowie.

Samodzielny Batalion Szturmowy, zwany batalionem śmierci, powstał również w 2 Pułku Strzelców Podhalańskich. Miał on przeprowadzać różnego rodzaju akcje dywersyjne na lądzie oraz w rejonach morskich.

"Siła militarna państwa nie może leżeć w samobójstwie jego obywateli"



Dziś trudno jednoznacznie określić, czy polskie żywe torpedy istniały naprawdę, czy był to tylko zmyślny zabieg, mający na celu wywołanie obaw u wroga. Projekt ten niezależnie od ewentualnego stopnia realizacji i wielkiej determinacji ochotników miał i swych przeciwników. Jednym z nich był inżynier Aleksander Potyrała, świetny polski konstruktor okrętów, późniejszy profesor Politechniki Gdańskiej oraz kierownik Katedry Konstrukcji Okrętów na tej uczelni, który mówił o nim tak:

Łatwiej jest bowiem zdecydować się na śmierć, niż będąc zamkniętym w żywej torpedzie trafić w nieprzyjacielski okręt płynący - w dodatku z dużą szybkością, zygzakiem i czujnie badający okoliczne wody przy pomocy aparatów podsłuchowych. Zresztą siła militarna państwa nie może leżeć w samobójstwie jego obywateli.
Po latach Polska również doczekała się swojej żywej torpedy. Prototypowy Błotniak z 1979 roku mógł osiągać prędkość 5 węzłów i przenosić ładunek o masie 200 kg.

Polski "błotniak", czyli miniaturowa załogowa łódź podwodna
Polski "błotniak", czyli miniaturowa załogowa łódź podwodna fot. Patryk Szczerba/trojmiasto.pl
Czy obecnie nasza Marynarka Wojenna posiada pojazd, o którym moglibyśmy powiedzieć, że jego pierwowzorem były żywe torpedy? Nawet jeśli odpowiedź brzmi "tak", to sądzę, że jej nigdy nie poznamy.

Opinie (8)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1815 Uszkodzenie kościoła św. Jakuba Kościół św. Jakuba i okoliczne domy zostały uszkodzone w wyniku, wybuchu prochu w baszcie Bramy Św. Jakuba obecnie przy ulicy Wałowej. Podczas eksplozji zginęło 20 osób.

1869 Powstała fundacja Abegga Fundacja Abegga powstała z zapisu testamentowego Heinricha Burkharda Abegga. Dzięki fundacji powstało wiele tanich osiedli dla rodzin robotniczych na Dolnym Mieście, Wrzeszczu i w Nowym Porcie. Kilka z nich istnieje do dnia dzisiejszego.

Polecane wydarzenia

Sprawdź się

Gdzie pochowani są średniowieczni pomorscy władcy?