wiadomości

stat

Garnkiem w sekretarza. Marzec 1968 roku w Trójmieście

artykuł historyczny

Jednego marcowego dnia z kiosków w centrum Gdańska wykupiono wszystkie gazety. Nie po to, by je czytać, lecz by spalić przy okrzykach "Prasa kłamie". To był symbol studenckich protestów w Trójmieście w marcu 1968 roku. Wydarzenia te miały bardzo gwałtowny przebieg, a w samym Gdańsku doszło do największej w skali kraju manifestacji.



Lata 60. ubiegłego wieku powszechnie uznaje się za okres tzw. małej stabilizacji. Po burzliwym październiku 1956 roku, gdy do władzy doszła ekipa z Władysławem Gomułką na czele, Polska "złapała nieco oddechu". Stalinowski terror zaczął odchodzić w przeszłość. Znów można było mniej się bać, a więcej śmiać. Nie było oczywiście pełnej swobody obywatelskiej, jednak w sytuacji gdy np. za opowiedzenie dowcipu politycznego nie groziło już natychmiastowe więzienie, można się było poczuć naprawdę lepiej.

15 marca 1968 r. na ulicach Wrzeszcza. Zdjęcia ze zbiorów Archiwów IPN w Gdańsku.
15 marca 1968 r. na ulicach Wrzeszcza. Zdjęcia ze zbiorów Archiwów IPN w Gdańsku. Fot. Marian Grzybowski.
Trójmiasto i ówczesne woj. gdańskie nie należało do prężnie rozwijających się regionów w kraju. Większą ilością pieniędzy mogli pochwalić się u nas głównie marynarze.

Dysproporcje w poziomie życia były jednak o wiele mniej widoczne. Każdy starał się jakoś urządzić w skromnej i przygnębiającej socjalistycznej rzeczywistości. Nie było w niej miejsca na jawny, a tym bardziej zmasowany opór wobec narzuconej władzy. Społeczeństwo zdawało się pogodzone z socjalizmem, ustrój i reprezentującą go partię PZPR, kontestując bardziej prywatnie i w gronie najbliższych znajomych.

Pomruki tego, co wydarzy się w marcu 1968 roku, można było dostrzec już wcześniej. Wojna sześciodniowa w 1967 roku, gdy Izrael odniósł zwycięstwo nad państwami arabskimi wspieranymi przez ZSRR, w Polsce odbiły się propagandowym wrzaskiem o żydowskiej "piątej kolumnie". Antyżydowskie nastroje skutecznie podsycał Mieczysław Moczar, minister spraw wewnętrznych i jego grupa, dążąca do przejęcia władzy.

Niecały rok później, zdjęcie z afisza "Dziadów" Adama Mickiewicza rozpoczęło zmasowany protest warszawskich studentów, którzy zaczęli domagać się swobód demokratycznych. Już wcześniej przeciwko cenzurze protestowali warszawscy intelektualiści. Oliwy do ognia dolało usunięcie z Uniwersytetu Warszawskiego dwóch studentów, Adama MichnikaHenryka Szlajfera, na studenckich zebraniach jawnie występujących przeciw władzy. Najbardziej gorącym dniem akademickich protestów był 8 marca.

Na studenckie protesty władza odpowiedziała niezwykle brutalnie. Studentów biła nie tylko Milicja Obywatelska i ORMO (Ochotnicze Rezerwy MO). We wspomnieniach uczestników protestów szczególnie wybija się brutalność tzw. aktywu robotniczego, czyli pracowników warszawskich fabryk. Z "inteligentami" brutalnie rozprawiały się partyjne bojówki, uzbrojone w pocięte kable energetyczne. Krzepcy mężczyźni o nalanych twarzach szczególnie lubili bić kobiety.

Informacje o wydarzeniach w stolicy do trójmiejskich studentów dotarły kilka dni później. Centrum życia akademickiego na Wybrzeżu była wówczas największa wybrzeżowa uczelnia, Politechnika Gdańska. To na niej we wtorek, 12 marca studenckie władze wobec coraz bardziej napiętej atmosfery wśród studentów zorganizowały więc, na którym postanowił wystąpić Stanisław Kociołek, I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZRP w Gdańsku.

Z publikacji poświęconych partyjnemu przywódcy wyłania się obraz twardogłowego, zadufanego w sobie aparatczyka. Fanatycznego ideologa, bez cienia refleksji "walczącego o socjalizm".

Arogancja, buta i całkowity brak wyczucia nastroju tłumu zgubiły Kociołka. Wiec w hallu głównym Politechniki rozpoczął się o godzinie 11. "Droga młodzieży" - rozpoczął przemówienie Kociołek. Potem było już tylko gorzej. Studenci nie protestowali przeciw socjalizmowi jako takiemu. Ich postulaty były spontaniczne i pisząc bardzo skrótowo, dotyczyły swobód w ramach ustroju. Kociołek bez żadnego wyczucia jątrzył i prowokował. Słowami, że studenci mają darmowe studia, a rozrabiają i są wrogami klasy robotniczej i narodu, doprowadził zebranych do furii.

Partyjnego kacyka wyzwano od szubrawców czy "kociołków-osiołków", jego łysinę chciano "pokryć papą". Jakiś kreatywny dowcipniś, pewnie nawiązując do nazwiska pierwszego sekretarza, rzucił w niego garnkiem.

Kociołkowi nie pozostało nic jak tylko uciekać z wiecu, nazywając domagających się zniesienia cenzury studentów "hołotą". Pierwszy sekretarz był wówczas nowym człowiekiem na Wybrzeżu. Jego postawa dwa lata później, w grudniu 1970 r., doprowadziła do tragedii. Zapamiętany zostanie jako "kat Trójmiasta", jeden z głównych odpowiedzialnych za ówczesną masakrę robotników.

W tym samych czasie w Gdańsku przebywał Adam Rapacki, minister spraw zagranicznych. W kręgach partyjnych uchodził za człowieka o umiarkowanych poglądach. Również na 12 marca, na godzinę 18, zaplanowano jego spotkanie z przedstawicielami oficjalnych organizacji studenckich w klubie Żak" przy Wałach Jagiellońskich w Gdańsku.

Napięcie panowało nie tylko w klubie podczas spotkania. Przed budynkiem gęstniał tłum. Skandowano różne hasła, wśród których dominującym było "Prasa kłamie". Nic dziwnego, rzeczywistość "gazetowa" i sposób relacjonowania przez nią wydarzeń, a to, co działo się naprawdę, to były dwa różne światy. W latach 60. kioski prawdopodobnie były otwarte do późna, gdyż - jak piszą historycy - mimo dość później godziny wiecu, w centrum miasta wykupiono cały nakład radzieckiej prasy. Nikt jednak nie chciał jej czytać. Wszystkie egzemplarze publicznie i ostentacyjnie spalono. Do akcji wkroczyła milicja, przygotowana na protesty. Tłum rozpędzono pałkami, kilkanaście osób zatrzymano.

Kolejne dni upłynęły w atmosferze studenckich protestów, które przybierały różne formy. Transparenty, ulotki, odezwy, także na innych trójmiejskich uczelniach, czy próby porozumienia się z załogami wybrzeżowych zakładów. Działania studentów były często spontaniczne i nieskoordynowane.

Na 15 marca zaplanowano wiec na Politechnice Gdańskiej. Choć w nocy z 14 na 15 marca wiec odwołano, wieść, że się odbędzie, "poszła w miasto".

Piątek, 15 marca był dniem wolnym od zajęć. Obowiązywały godziny rektorskie. Przed zamkniętym terenem PG, głównie w alei Zwycięstwa, narastał tłum. Samochody stanęły w korku. Około godziny 15 do akcji wkroczyły zgromadzone wcześniej oddziały MO i ORMO. Wezwania do rozejścia się nic nie dały. W ruch poszły pałki, świece dymne i gazy łzawiące. Ludzie odpowiedzieli gradem kostki brukowej, która poleciała na milicjantów (na alei Zwycięstwa akurat trwał remont nawierzchni). Chaotyczne, lecz niezwykle intensywne starcia przeniosły się aż w okolice restauracji Cristal przy al. Grunwaldzkiej we Wrzeszczu.

Do regularnych bitew z milicją dochodziło też przy Operze Bałtyckiej i na przystankach SKM. Jak wspominali uczestnicy protestu, zajścia przypominały wzajemne gonitwy: raz manifestanci gonili milicję, za chwilę role się odwracały.

Dla niezwykle agresywnych i brutalnych służb porządkowych zajścia we Wrzeszczu były swoistym poligonem, na którym milicjanci uczyli się wykorzystywać świece dymne i gazy. Słynne w latach 80. polewaczki i armatki wodne nie były jeszcze w powszechnym użyciu.

We Wrzeszczu z milicją walczono przez ponad pięć godzin. Historycy szacują, że tego dnia w zajściach, łącznie z obserwatorami, wzięło udział 20 tys. osób. Zatrzymano ponad 200. Milicja z premedytacją starała się wyłapywać osoby z marginesu, by udowodnić, że zajścia miały przede wszystkim chuligański charakter. Tym sposobem na trzy miesiące do aresztu trafiła np. niejaka Danuta P., starszawa już nierządnica, która miała wulgarnie wyzywać milicjantów.

Do mniejszych zamieszek doszło także w centrum Gdańska. W Gdyni milicjanci nie wytrzymali ciśnienia - grupa około 40 funkcjonariuszy pobiła nagle niewinnych spacerowiczów na Kamiennej Górze.

Władza szybko uporała się ze studenckimi protestami. To nie był jeszcze czas, gdy przeciw partii gotowi wystąpić byli robotnicy. Wydarzenia marcowe komuniści wykorzystali do bezpardonowej nagonki na Żydów. Zarówno tych prawdziwych, jak i tych, których za Żydów uznano. W wyniku prymitywnej, antysemickiej kampanii z Polski wyjechało wielu przedstawicieli elit ze środowisk naukowych czy akademickich.

Dla kraju, w którym zarówno Niemcy, jak i Rosjanie w czasie wojny dokonali rzezi wśród inteligencji był to dodatkowy i głęboki cios. W Trójmieście antysemicka kampania nie była jednak tak nasilona. Antyżydowskie nastroje dało się zaobserwować głównie wśród pracowników Służby Bezpieczeństwa. Do końca 1969 roku do emigracji zmuszono 157 osób, z czego 67 wyjechało do Izraela.

Dla młodych ludzi ze środowisk inteligenckich Trójmiasta marzec 1968 roku był wydarzeniem przełomowym i pokoleniowym. Dla wielu późniejszych opozycjonistów (m.in. Bogdana Borusewicza, dzisiejszego senatora), którzy często na własnej skórze doświadczyli represji i brutalnego oblicza socjalizmu, tamten marzec był momentem, w którym uświadomili sobie, że - mówiąc banalnie - warto walczyć o ideały. Także te wydarzenia pozwoliły Gdańskowi stać się miejscem, w którym rozpoczęła się największa z pokojowych rewolucji XX wieku.

Korzystałem m.in. z publikacji Marka Andrzejewskiego, Sławomira Cenckiewicza, Grzegorza BerendtaPiotra Osęki.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (93)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika