wiadomości

stat

Niemiec ratuje Polaka, ale sielanki nie ma

artykuł historyczny

Kwiecień roku 1927 na Pomorzu nie był miesiącem spokojnym - przynajmniej pod względem pogodowym: nieustanne opady sprawiły, że "prawie codziennie wzbierały wody Wisły koło Wisłoujścia".



Prasa ("Gazeta Gdańska - Echo Gdańskie" z 22 kwietnia) donosiła o wezbranej wodzie zalewającej groble "zewnętrzne" i uniemożliwiającej funkcjonowanie promów przy Schönbaum (obecnie Drewnica), Schöneberg (Ostaszewo) i Paluchowie, oraz utrudniającej kursowanie promów parowych m.in. w Schiewenhorst (Świbno). "Nawodnienie", czyli nasiąknięcie grobli, niemal całkowicie wstrzymało ruch wozów i samochodów zmierzających ku przeprawom promowym: dlatego też z myślą o pieszych "położono w miejscach zagrożonych belki".

Wisła była jednak rzeką zdradliwą i niebezpieczną, nawet wtedy, gdy nie przybierała. Kroniki wypadków obfitowały w doniesienia o tragicznych zdarzeniach nad wodą. Oto na przykład w "poniedziałek świąteczny" w Tczewie wpadł do Wisły "mały chłopczyna" Witold Bartkiewicz, który "zabawiał się" na berlince (berlinka - statek rzeczny) i "byłby niewątpliwie utonął".

Można zaryzykować stwierdzenie, że to kolejny wypadek, jakich wiele, gdyby nie pewne szczególne, towarzyszące mu okoliczności. W tej konkretnej sprawie, z pomocą polskiemu dziecku pospieszył "porucznik policji gdańskiej" narodowości niemieckiej, Kurt Volkholz, który akurat przebywał w Tczewie na świątecznym wypoczynku. Bez namysłu, ryzykując własnym życiem (bo "prąd był bardzo silny") skoczył do wody, niosąc chłopcu ratunek. "Dzielnego oficera wraz z dzieckiem z zimnych nurtów rzeki" wyłowił właściciel berlinki. "Gazeta" pisała z podziwem o "czynie p. Volkholza", bo najwyraźniej nie był to częsty przypadek, by Niemiec uratował z opresji Polaka (tylko skąd miał wiedzieć, że to Polak - tego gazeta już nie podała...).

Policjant Wolnego Miasta Gdańska.
Policjant Wolnego Miasta Gdańska. fot. Danzig-online.pl
Niemniej, w innych dziedzinach życia Wolnego Miasta Gdańska, stosunki polsko-niemieckie dalekie były od poprawnych. Jednym z obszarów wzajemnej rywalizacji była gospodarka, a konkretnie sprawa korzystania przez obie strony z gdańskiego portu. W roku 1927 port w Gdańsku przeżywał chwile świetności i był na Bałtyku portem dominującym, ponieważ "prześcignął dawno cały szereg portów obcych", wśród których były "porty niemieckie i sowieckie".

Wśród pokonanych znalazły się porty w niemieckim Szczecinie i rosyjskim Petersburgu (przemianowanym przez Sowietów na Leningrad). "Dominujące stanowisko" zawdzięczał Gdańsk "Polsce i ustrojowi stworzonemu traktatem wersalskim", co oczywiście nie budziło entuzjazmu strony niemieckiej, tym bardziej, że odnotowywano "zwłaszcza w eksporcie towarów polskich nową, świetną konjunkturę", a "wywóz węgla i drzewa dosięgnął rekordowych po prostu cyfr". Dobrych wyników gdańskiego portu nie pogorszyły nawet "strajki zagraniczne", nie wpłynęły bowiem negatywnie na rosnący eksport polskich towarów.

Niemcy starali się wszelkimi środkami torpedować polski handel w Gdańsku, jednak - jak się okazało - wojna handlowa była bronią obosieczną, o czym - szczególnie boleśnie - przekonali się gdańscy organizatorzy Targów Gdańskich. Targi te "wskutek wojny gospodarczej, która wybuchła między Niemcami i Polską zachwiały się bardzo poważnie".

Słabość targów była wynikiem tego, że ich organizatorzy nastawili się głównie na import towarów. Tymczasem "położenie Gdańska, jako portu polskiego odpowiadało tylko urządzeniu targów eksportowych".

Gdańskie targi zorganizowano po raz pierwszy w roku 1920, a edycja z roku 1924 była nawet "prawdziwym sukcesem Gdańska, dokąd zjechało się bardzo wielu kupców, i przemysłowców szczególnie z Polski". Niestety, już rok 1925 przyniósł plajtę targów wiosennych, ponieważ - "z powodu prowokacji czynników nieodpowiedzialnych wobec poczty w Gdańsku" - "przemysł i kupiectwo polskie nie okazało dla tej imprezy żadnego zainteresowania".

Pocztówka wydana z okazji otwarcia w Gdańsku nowej hali targowo-wystawienniczej "Technik". Wrzesień, 1925 r.
Pocztówka wydana z okazji otwarcia w Gdańsku nowej hali targowo-wystawienniczej "Technik". Wrzesień, 1925 r. ze zbiorów Mirosława Piskorskiego
Wkrótce potem okazało się, że jedyną pamiątką po targach gdańskich, które "pochłonęły [przecież] bardzo poważne sumy" (a których "nigdy powetować nie będzie można") była "wielka hala "Technik", nadająca się [jedynie] na zgromadzenia i widowiska o charakterze cyrkowym".

Czytaj także: Hala Technik, czyli Ergo Arena Wolnego Miasta Gdańska

Innym, daleko bardziej poważnym skutkiem polsko-niemieckiej wojny o dostęp do gdańskiego portu było coś, czego Niemcy nie byli w stanie przewidzieć, a co - w niedługim czasie - stało się ich prawdziwym koszmarem, którego strona niemiecka nie spodziewała się. Oto bowiem, w bezpośredniej bliskości gdańskiego portu, wyrosła gdańszczanom naprawdę silna konkurencja. Polacy, nie chcąc oglądać się na Niemców, postanowili zbudować swój własny port w Gdyni. I chociaż prace przy budowie portu i miasta rozpoczęto zaledwie kilka lat wcześniej, to już w roku 1927 stwierdzenie "Gazety Gdańskiej", że oto "ustaje życie wsi, a zaczyna się życie miasta", było jak najbardziej zgodne z rzeczywistością.

A w roku 1934 gdyński port nie tylko pod względem wielkości przeładunków wyprzedził Gdańsk, ale stał się ponadto największym portem na Bałtyku (i najnowocześniejszym w Europie)...

Źródło: "Gazeta Gdańska - Echo Gdańskie" nr 91 z 22 kwietnia 1927 r. Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki  Cyfrowej.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (25)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1974 Eugeniusz Kwiatkowski został doctorem honoris causa UG Eugeniusz Kwiatkowski były wicepremier i minister został doctorem honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Kilka dni później zmarł w Krakowie.