wiadomości

stat

Śmierć czyhała w Ikarusie. Zbrodnia sprzed 25 lat

artykuł historyczny
Początek lat 90. Ikarus w barwach Zakładu Kominikacji Miejskiej pokonuje ulice Moreny.
Początek lat 90. Ikarus w barwach Zakładu Kominikacji Miejskiej pokonuje ulice Moreny. fot. Maciej Kosycarz/KFP

W czwartkową zimną noc z 24 na 25 marca 1988 r. ruch w bazie autobusowej w Gdańsku przy alei Karola Marksa 140 zobacz na mapie Gdańska (dziś to al. Gen. Józefa Hallera) był niewielki. Pracowały przede wszystkim warsztaty naprawcze przygotowujące uszkodzone autobusy do porannego wyjazdu. Około 1 w nocy nieopodal warsztatu naprawy ogumienia zatrzymał się Ikarus ze zgaszonymi światłami. Przez otwarte przednie drzwi wysiadł niewysoki mężczyzna.



Rok 1989. Ikarus na przystanku autobusowym na ul. Kościuszki w Sopocie.
Rok 1989. Ikarus na przystanku autobusowym na ul. Kościuszki w Sopocie. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP
-Idź, idź! Poczekaj na mnie przy płocie. Zaraz do ciebie przyjdę, tylko coś zrobię - usłyszał od kierowcy autobusu.

Mężczyzna ruszył powoli w kierunku ogrodzenia oddzielającego bazę autobusową od ulicy. Idąc wyraźnie się zataczał. W pewnej chwili tknięty jakimś przeczuciem obejrzał się. Potem jeszcze raz, gdy zobaczył, że autobus jedzie w jego kierunku z maksymalną prędkością. Nie zdążył zareagować. Rozpędzony, 16-tonowy Ikarus 260, wjechał w niego z impetem.

Siła uderzenia była tak duża, że wyleciała prawa przednia szyba rozbita na drobne kawałki. Autobus przejechał mężczyznę i z piskiem opon zahamował kilkanaście metrów dalej. Kierowca wrzucił wsteczny bieg i cofając ponownie najechał na leżącego na asfalcie człowieka. Potem Ikarus odjechał znikając za budynkiem.

Huk i hałas wywabiły z warsztatu Stanisława Myszkina, montera ogumienia. Myszkin dostrzegł autobus, który przejeżdża przez coś, co monterowi wydawało się workiem szmat, a potem odjeżdża szybko w kierunku budynku dyrekcji zakładu. Kiedy Myszkin podszedł bliżej okazało się, że na placu leżą zmiażdżone i zmasakrowane zwłoki ludzkie.

Przybyli na miejsce śledczy z MO chcieli ustalić tożsamość denata, który nie miał przy sobie żadnych dokumentów, a stan, w jakim znajdowały się zwłoki utrudniał identyfikację. Nikt zresztą ciała nie rozpoznał. U ofiary stwierdzono wieloodłamowe złamanie kości czaszki, zmiażdżenie mózgu, przerwanie tchawicy, złamanie kręgosłupa, żeber i miednicy oraz pękniecie wątroby.

Przesłuchania trwały cała noc. Nad ranem, po przybyciu porannej zmiany, wszystkich 27 pracowników pracujących w nocy w bazie Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego przy al. Karola Marksa (w 1989 r. dokonano podziału WPK, obecnie baza jest użytkowana przez następcę WPK - Zakład Komunikacji Miejskiej), przewieziono na badania krwi. Wszyscy byli trzeźwi.

Z zeznań pracowników wyłonił się niewyraźny obraz potencjalnego sprawcy morderstwa. Kilku kierowców przetokowych (kierowcy, którzy przestawiają autobusy w bazie, tak aby rano mogły wyjeżdżać zgodnie ze swoimi rozkładami jazdy), widziało niskiego mężczyznę z krótką brodą, w jasnej kurtce, który jeździł w nocy Ikarusem po różnych sektorach zakładu. Nikt jednak nie zapamiętał jego twarzy, ani go nie rozpoznał.

Lepiej poszło z identyfikacją ofiary. Do pracy nie przyszedł bowiem monter opon Jerzy Lisiuczek. Wezwana przez śledczych żona Lisiuczka, Krystyna, rozpoznała zwłoki męża.

Jerzy i Krystyna żyli w nieformalnym związku przez blisko dwa lata, a małżeństwem byli zaledwie od tygodnia. Mieszkali w domku jednorodzinnym będącym własnością Jerzego. Lisiuczek oprócz domu po ojcu odziedziczył także złote monety i cenne precjoza. Wszystko to Jerzy zapisał swojej żonie jeszcze przed ślubem.

Między małżonkami nie układało się jednak najlepiej. Często się kłócili. Krystyna miała do Jerzego pretensję, że często pije i wynosi z domu przedmioty na sprzedaż.

W domu Lisiuczków pokój wynajmował od kilku miesięcy Wiesław Czubkosz, kierowca autobusu, pracujący podobnie jak Jerzy w WPK. Czubkosz zwrócił uwagę śledczych, ponieważ oprócz oczywistych związków z tragicznie zmarłym, nosił wąsy i krótką brodę.

Kierowca miał jednak alibi, które potwierdziła żona ofiary. Początkowo Krystyna Lisiuczek zeznała, że Czubkosz uczestniczył w imieninach jej brata, a następnie poszedł spać do swojego pokoju przed końcem imprezy. Ona natomiast o zgonie męża dowiedziała się dopiero od milicjantów, a wcześniej nie wiedziała, dlaczego jej mąż wyszedł w nocy z domu.

Dopiero po dwóch tygodniach wdowa zgłosiła się do śledczych i opowiedziała, co naprawdę wydarzyło się feralnej nocy.

Ich troje

Krystyna znała Wiesława od października 1987 r. Poznała go na jednym z wieczornych kursów dokształcających dla dorosłych. Oboje szybko zostali kochankami. Gdy okazało się, że Czubkosz podobnie jak konkubent Krystyny pracuje w WPK, kierowca zaprzyjaźnił się z Jerzym i wkrótce wynajął pokój u Lisiuczków.

W pracy Wiesław był kutym na cztery nogi cwaniakiem. Miał cały komplet lewych kart drogowych, którymi posługiwał się, aby o dowolnej porze dnia i nocy dostać się do bazy WPK. Dzięki podrobionym dokumentom często wyjeżdżał praktycznie bez kontroli z bazy różnymi autobusami. Pojazdy uruchamiał bez kluczyków, za pomocą zapałki.

Gdy Jerzy był poza domem, Wiesław składał Krystynie liczne dowody afektu. Pod dom podjeżdżał autobusem, kiedy skończył pracę albo miał przerwę między kursami.

Feralna noc

24 marca wieczorem po imprezie Czubkosz wyszedł z domu Lisiuczków. Około północy pod dom podjechał trzydrzwiowym, krótkim "Ikarusem" 260. Czubkosz wpadł do środka i zerwał z fotela śpiącego w nim Jerzego Lisiuczka.

- Szybko, szybko, mamy interes do załatwienia - poganiał mocno już pijanego Lisiuczka.

Wiesław chwycił jeszcze stojącą na stole półlitrówkę wódki i szklankę.

- Wypijemy sobie jeszcze trochę w autobusie - rzucił do niezdarnie ubierającego się Jerzego.

O drugiej w nocy do domu wrócił rozdygotany Czubkosz. Był tylko w podkoszulku i spodniach. Nie miał na sobie kurtki, golfa i czapki, które wyrzucił po drodze do kosza na śmieci. Kazał Krystynie zgasić światło. Kobieta położyła się obok Czubkosza na łóżku w jego pokoju. Kierowca patrzył tępo w sufit.

- Jestem mordercą - rzucił w kierunku Krystyny. Kobieta milczała.

Skruszona wdowa

Po zeznaniach Lisiuczkowej Wiesław Czubkosz zostaje aresztowany. Podczas kolejnych przesłuchań o współudział w morderstwie oskarża swoją kochankę. Twierdzi, że Krystyna namawiała, aby "załatwił" Jerzego, bo ona nie może dłużej tak żyć. A jeśli tego nie zrobi, ona załatwi go sama. Podobno kobieta kręciła mu nad dłonią łańcuszkiem z krzyżykiem, twierdząc, że to pomoże mu w zgładzeniu jej męża.

Prokuratura wszczyna dochodzenie przeciwko Krystynie Lisiuczek. Po kilku miesiącach sprawa zostaje jednak umorzona z braku dowodów winy. W czerwcu 1989 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazuje Czubkosza na 25 lat więzienia. Rewizja wniesiona przez obronę do Sądu Najwyższego została odrzucona.

Opinie (68) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1997 Relikwie św. Wojciecha w Gdyni opis W kościele Najświętszej Marii Panny Królowej Polski pojawiły się tłumy gdynian, które chciały zobaczyć relikwie św. Wojciecha, prezentowane z okazji 1000-lecia przybycia świętego na Pomorze.

1998 Złodziej serc na deskach Teatru Wybrzeże opis Baśń dla dzieci znanej gdańskiej pisarki Lucyny Legut została zaprezentowana na scenie Teatru Wybrzeże. Premiera "Złodzieja serc" zachwyciła widzów.

Polecane wydarzenia

Sprawdź się

Kto otrzymał pierwszy numer telefoniczny w Gdańsku?