wiadomości

stat

O statkach, co się bombom nie kłaniały

artykuł historyczny

Nie tylko polskie okręty walczyły po stronie aliantów w II wojnie światowej. W wojennym trudzie pomagały także jednostki handlowe, a wśród nich dwa "empajery" - Tobruk i Narwik.



Trudy wojenne szybko dały się odczuć polskiej flocie handlowej. Część statków była już wiekowa, część trzeba było poddać remontom, gdyż odniosły większe lub mniejsze uszkodzenia podczas przedzierania się do portów brytyjskich. Na domiar złego niektóre statki znajdowały się w portach opanowanych przez Niemców lub ich sojuszników.

Ponieważ Brytyjczycy mieli podobne problemy, podjęli decyzję o budowie serii statków handlowych, które mogłyby uzupełnić braki po alianckiej stronie. Tak też narodziła się seria statków typu "empire", które stały się równie słynne jak późniejsze "liberciaki".

W 1942 r. Brytyjczycy zdecydowali się przekazać polskiej flocie dwa drobnicowce: "Empire Builder" i "Empire Roamer". Pierwszy z nich stał się "Tobrukiem", a drugi ochrzczono "Narwikiem". Były to 136-metrowe parowce, osiągające prędkość 10,5 węzła i posiadające po pięć ładowni. Pomiędzy jednostkami występowała minimalna różnica w pojemności: "Tobruk" miał pojemność 7048 BRT, natomiast "Narwik" 7031 BRT. Załoga składała się z 40 osób.

Choć przekazane jednostki formalnie stały się własnością GAL-u (Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe) to w rzeczywistości dysponowała nimi administracja transportu wojennego (War Transport Administration).

Nie dała ona polskim załogom wiele czasu na poznanie swych nowych statków.

Kilka dni po podniesieniu polskiej bandery, "Tobruk", pod dowództwem kapitana ż. w. Bronisława Hurko, otrzymał polecenie przyjęcia ładunku, w skład którego wchodziły m. in. czołgi, samoloty, amunicja i materiały wybuchowe. Miał z nim dołączyć do konwoju PQ-13, płynącego na rosyjską daleką północ.

Konwoje oznaczone jako "PQ", kierowane do radzieckich portów w Archangielsku i Murmańsku w ramach umowy Lend-Lease, cieszyły się złą sławą wśród załóg. Niezwykle trudne warunki atmosferyczne, liczne ataki nieprzyjacielskiego lotnictwa oraz okrętów zbierały krwawe żniwo wśród jednostek alianckich. Podczas wszystkich rejsów do portów radzieckich utracono przeszło 85 jednostek handlowych i 16 okrętów.

Jednym z najbardziej dramatycznych konwojów arktycznych był PQ - 17, który na skutek decyzji brytyjskiej admiralicji o rozproszeniu, stracił w nieprzyjacielskich atakach 20 z 31 jednostek.

Przed "Tobrukiem" na tej trasie pojawił się również ORP "Garland", który płynął w eskorcie PQ - 16. Ataki Luftwaffe spowodowały poważne uszkodzenia okrętu i śmierć 22 członków załogi.

Wraz z osiemnastoma innymi statkami "Tobruk" opuścił szkocki port Loch Eve 10 marca i wyruszył w swój pierwszy rejs. Gdy tylko minięto Reykjavik nastąpiło drastyczne pogorszenie pogody - pojawiła się mgła i zaczął wiać silny wiatr.

Na domiar złego na niebie pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy, co zapowiadało rychłe spotkanie z nieprzyjacielem. Już niebawem konwój zostaje zaatakowany i w krótkim czasie straci cztery statki.

Warunki atmosferyczne stale się pogarszały - podczas kolejnej burzy śnieżnej, 29 marca, "Tobruk" stracił kontakt z konwojem. Kapitan Hurko podjął wtedy decyzje o samotnym rejsie do portu przeznaczenia.

Początkowo szczęście sprzyjało polskiej jednostce, gdyż nie napotyka nieprzyjaciela. Udało się za to napotkać jedną z jednostek eskortowych, która niebawem opuściła "Tobruk" ruszywszy do ataku na nieprzyjacielski okręt podwodny.

Gdy wydawało się, że rejs zakończy się sukcesem, w odległości ok. 50 mil od Murmańska na niebie pojawiły się niemieckie bombowce. Wydawać by się mogło, że los statku jest już przesądzony - sam przeciwko siedmiu samolotom praktycznie nie miał szans. Jednak dzięki umiejętnym manewrom kapitana Hurko udało się ominąć zrzucone bomby, a pokładowi artylerzyści zestrzelili co najmniej jeden z atakujących samolotów (niektóre źródła podają informację nawet o dwóch pewnych zestrzeleniach).

"Tobruk" nie wyszedł jednak z walki bez szwanku - bliskie wybuchy bomb poważnie uszkodziły statek. Na szczęście już bez żadnych niespodzianek udało się bezpiecznie osiągnąć port, gdzie zacumowano 31 marca.

Jednak niedługo po zacumowaniu w Murmańsku odezwały się syreny alarmowe i rozpoczął się silny nalot niemiecki. Tym razem "Tobruk" nie miał szczęścia. Jednostka została trafiona, ciężko uszkodzona i osiadła na dnie basenu portowego. To, co nie znalazło się pod wodą, zostało strawione przez ogień.

Po nalocie na pokład weszła komisja, która stwierdziła, że statek należy uznać za stracony. Z taką decyzją nie chcieli pogodzić się Polacy, którzy rozpoczęli walkę o odzyskanie jednostki.

Widząc determinację polskiej załogi Rosjanie obiecali pomoc. Tak zaczęła się ciężka, przeszło sześciomiesięczna praca. Mimo częstych nalotów i skrajnie niesprzyjających warunków atmosferycznych, udało się najpierw rozładować statek, a następnie prowizorycznie załatać powstałe w kadłubie dziury i podnieść jednostkę na powierzchnię.

Rozpoczęło się pełne napięcia oczekiwanie na wolne miejsce w stoczni. Warto tu zaznaczyć, że każdy udany nalot mógł przekreślić szanse na ocalenie jednostki.

Wreszcie we wrześniu 1942 roku "Tobruk" opuścił stocznię w Archangielsku, a w listopadzie, wraz z konwojem QP - 14, wyruszył w powrotny rejs do Wielkiej Brytanii.

Potem polska załoga śmiała się, że szczęśliwe przejście możliwe było dzięki... liczbie 13. Konwój, w skład którego wszedł "Tobruk", wyszedł w morze 13 listopada, polska jednostka zajęła w nim 13. pozycję, a sam rejs trwał 13 dni...

***


Jednym z podstawowych obowiązków każdego marynarza jest niesienie pomocy wszystkim tym, którzy na morzu potrzebują pomocy. Niezwykłą akcją ratunkową zapisał się na kartach historii drugi z przejętych statków - "Narwik".

Na przełomie września i października 1942 roku statek znajdował się w rejsie do Stanów Zjednoczonych. Nie był on pomyślny: dotychczasowy dowódca, kapitan ż.w. Tadeusz Niefiedowicz z powodu nagłej choroby musiał opuścić pokład, a jego obowiązki przejął I oficer Czesław Zawada.

Niedługo potem, na jednostce wybuch pożar: nastąpił samozapłon węgla, który na szczęście został szybko ugaszony przez załogę.

Później na "Narwiku" odebrano sygnał SOS nadany przez brytyjski liniowiec "Orcades", który został storpedowany przez niemiecki okręt podwodny. Szczęściem w nieszczęściu statek tonął powoli, stąd też wszystkim, którzy przeżyli atak, udało się go opuścić.

Po przybyciu na miejsce "Narwik" przystąpił do akcji ratowniczej, z pokładu spuszczono m.in. motorówkę, która doholowywała do burt oddalone łodzie ratunkowe.

Nie obyło się bez nerwów, gdy na horyzoncie pojawił się sprawca zatopienia liniowca. Na szczęście, z niewyjaśnionych do dziś powodów, u-boot nie zaatakował.

Ostatecznie "Narwik" na swój pokład przyjął 1022 rozbitków! Była to najskuteczniejsza i największa akcja ratownicza przeprowadzona przez jeden statek podczas II wojny światowej. Za tę akcję kapitan Zawada wraz z załogą otrzymali odznaczenia polskie i brytyjskie.

***


Po tych wydarzeniach obie jednostki brały również udział w licznych innych konwojach oraz operacjach wojskowych, takich jak alianckie inwazje na Sycylię i Norwegię. Po zakończeniu wojny "Tobruk" i "Narwik" powróciły do Polski, gdzie dalej wykorzystywano je do rejów oceanicznych.

Na tym moglibyśmy zakończyć wspominanie ich historii, gdyby nie jeszcze jedno niezwykłe wydarzenie, jakim był... rejs pod żaglem w wykonaniu "Tobruku".

W roku 1950, podczas rejsu z Włoch do Rotterdamu, statek trafił na niezwykle silny sztorm. Maszyny pracowały coraz gorzej, pojawiły się przecieki w kotłach, statek coraz mniej słuchał się steru, który zostaje uszkodzony.

"Tobruk" stanął przed niebezpieczeństwem wejścia na skaliste brzegi w okolicach francuskiego Finistère. Wtedy padła dawno już niesłyszana na pokładach statków komenda "wszystkie ręce do żagli". Kapitan zdecydował bowiem stworzyć prowizoryczny żagiel z brezentowych elemetów będących na wyposażeniu jednostki. Dzięki niemu udało się odzyskać sterowność statku, który bezpiecznie dotarł do portu.

Choć ani nieprzyjacielskie ataki, ani też sztormy nie zdołały pokonać obu niezwykłych statków, musiały one ugiąć się przed nieubłaganie upływającym czasem. "Tobruk" został skreślony ze stanu floty w 1968 r., a  "Narwik" cztery lata później - w roku 1972 roku.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (10)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika