wiadomości

stat

Morscy bohaterowie Trylogii

artykuł historyczny

W okresie międzywojennym w Polsce jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać towarzystwa żeglugowe. Część z nich istniała zaledwie kilka miesięcy, inne przetrwały trudny czas wojny, a niekiedy i nowe czasy, jakie po niej nastały. Jednym z mniej znanych było towarzystwo Polskarob.



Jego oficjalna nazwa brzmiała Polsko-Skandynawskie Towarzystwo Transportowe Polska - Robur. Do życia powołane zostało przez Związek Kopalni Górnośląskich Robur. W tych czasach wszystkie przedsiębiorstwa, które chciały inwestować w rozwijającej się Gdyni, mogły liczyć na specjalne traktowanie ze strony władz.

9 maja 1927 Związek podpisał umowę z Ministerstwem Przemysłu i Handlu, na mocy której z jednej strony otrzymywał na 35-letnią dzierżawę nabrzeże w Gdyni, a z drugiej zobowiązywał się do eksportu węgla (miesięczną wielkość określono na 125 tysięcy ton) głównie do krajów skandynawskich, rozbudowania infrastruktury portu oraz zakupu statków niezbędnych do transportu surowca. Spółką kierował Napoleon Korzon, a dyrektorem naczelnym, a następnie właścicielem był Alfred Falter.

Dość szybko zakupiono dwa pierwsze statki, które otrzymały nazwy "Robur I" i "Robur II". Trzeba przyznać, że nie były to zbyt nowoczesne jednostki ("Robur I" zwodowany został w 1879 roku!), a i pech ich nie opuszczał. "Robur II" w połowie listopada 1928 roku wyszedł ze szwedzkiego portu Pitea, kierując się do Polski.

Warunki były dość trudne - na morzu szalał sztorm i padał gęsty śnieg. Mimo to kapitan zostawił na mostku odbywającego swój drugi rejs oficera wachtowego. Na efekt nie trzeba było czekać - w nocy 18 listopada 1928 roku na pokładzie dało się odczuć trzy silne wstrząsy. Okazało się że "Robur II" wszedł na licznie występujące w tym rejonie podwodne skały, które rozerwały mu poszycie. Statek zaczął powoli tonąć, a na jakąkolwiek pomoc z lądu z powodów atmosferycznych nie można było liczyć.

Opuszczenie szalup ratunkowych było równoznaczne z samobójstwem, dlatego załoga musiała czekać na poprawę pogody. Dopiero następnego dnia morze uspokoiło się na tyle, by załoga mogła opuścić pokład. Na szczęście nikt nie zginął, ale "Robur II" został bezpowrotnie stracony. Nieco później, bo w 1930 roku okazało się, że dalsza eksploatacja "Robura I" jest całkowicie nieopłacalna - głównym czynnikiem był oczywiście wiek jednostki. Dlatego też, prawie bez żalu, statek sprzedano jednemu z armatorów szwedzkich. Na szczęście na ich miejsce szybko zaczęły przybywać zakupione kolejne jednostki.

Pierwsze jednostki na zamówienie

I tak w 1928 roku zakupiono w Anglii jednostkę, której nadano nazwę "Robur III". Statek zbudowano w 1923 roku, miał pojemność 1894 BRT, długość 84 metry i osiągał prędkość 9 węzłów. W 1929 roku również z Anglii przypłynął "Robur VI" o nieco większej pojemności, wynoszącej 2088 BRT. Niektórzy mogą zadać pytanie, co się stało ze statkami, które powinny otrzymać numery IV i V? Przybyły one do Polski nieco później, bo w 1930 roku, ale za to prosto ze szwedzkiej stoczni i oczywiście otrzymały nazwy stoczni "Robur IV" i "Robur V".

Były to pierwsze jednostki wykonane specjalnie na zlecenie Polskarob-u. Charakteryzowały się pojemnością 1975 BRT, długością przeszło 78 metrów, a dzięki maszynie tłokowej parowce mogły osiągnąć prędkość 9 węzłów. Największa jednostka, "Robur VIII", zamówiona w Anglii, zwodowana została pod koniec kwietnia 1937 roku, a do Polski przybyła w połowie 1938 roku. Była to prawie 105-metrowa jednostka o pojemności 2864 BRT o prędkości niemalże identycznej, jak inne statki towarzystwa, wynoszącej 9 węzłów. I znowu zagubił się nam jeden numer z serii. W 1937 roku towarzystwo zakupiło bunkrową stację pływającą, "Robur VII", która służyła do zapatrywania przebywających w porcie statków w węgiel (co ciekawe jednostka była niezwykle wydajna, gdyż była w stanie wydać 300 ton węgla w ciągu godziny). Do wybuchu wojny wszystkie statki towarzystwa wykorzystywane były przy transporcie węgla głównie do krajów zachodnioeuropejskich, jak i skandynawskich.

Propaganda zmienia nazwy okrętów

Gdy wybuchła wojna na szczęście prawie wszystkie jednostki przebywały poza portami polskimi. Jedyną, jaka w nich pozostała, był "Robur VII", który zdecydowano się zatopić u wejścia do portu w Gdyni. Po licznych i niebezpiecznych perypetiach ostatecznie wszystkie jednostki Polskarob-u znalazły schronienie w portach brytyjskich. Niebawem jednak towarzystwo Polskarob przestało istnieć - w jego miejsce powstało "A. Falter Shipowner".

Ze względów propagandowych zdecydowano się również zmienić nazwy samych statków. "Robur III" miał pływać pod nazwą "Kmicic", "Robur IV" był odtąd "Częstochową", "Robur V" stał się "Kordeckim", "Robur VI" "Zbarażem", a "Robur VIII" "Zagłobą". Niestety pech prześladujący pierwsze Robury niebawem dał o sobie znać - wojnę przetrwały bowiem tylko dwie jednostki...

Wojska atakują niezależnie od nazwy

Pierwszą ofiarą nieprzyjaciela padł "Zbaraż". 15 lipca 1940 roku statek pod dowództwem kapitana ż.w. Zygmunta Kinasta płynął z Londynu do Hartlepool, gdy został zaatakowany przez nieprzyjacielskie samoloty. Niestety w starciu z nimi jednostka nie miała większych szans i w efekcie została ciężko uszkodzona. Początkowo podjęto próby doholowania statku do portu, lecz podczas drogi "Zbaraż" nagle silnie się przechylił, po czym szybko zatonął. Na szczęście nikt z załogi nie zginął.

20 sierpnia 1941 roku los odwrócił się tym razem od "Częstochowy". Co ciekawe, statkiem dowodził kapitan ż. w. Zygmunt Kinast, który tonął już wcześniej wraz ze "Zbarażem". Jednostka wyszła w rejs do Reykjaviku. Załoga musiała nieustannie mieć się na baczności - trzeba było uważać i na niemieckie okręty podwodne i samoloty, a także na zupełnie nową broń wymyśloną przez Niemców, która zebrała duże żniwo u samych niemalże brzegów brytyjskich, czyli na miny magnetyczne.

Rejs niespodziewanie przerwany został u wschodniego wybrzeża Anglii - statkiem targnęła silna eksplozja. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, iż "Częstochowa" tonęła wolno, więc prawie wszystkim udało się ją opuścić. Śmiercią marynarza poległ jedynie jeden z oficerów - Bohdan Senycia. Oczywiście powstało pytanie, co było przyczyną zatonięcia? Historycy do dziś o to się sprzeczają. Początkowo uznawano za pewnik minę magnetyczną. Nieco później w rozmaitych źródłach - w tym w niemieckich - pojawiły się informacje o ataku nieprzyjacielskich kutrów torpedowych. I w świetle zachowanych dokumentów, tę ostatnią wersję możemy uznać chyba za najbardziej prawdopodobną.

Dwie najtragiczniejsze historie dotyczące polskich jednostek handlowych niewątpliwie związane są z dramatem s/s "Wigry" (którą już przedstawialiśmy na naszym portalu) oraz z historią "Zagłoby", czyli dawnego "Robura VIII". Jego dowódcą był, znany z książek Karola Borchardta, kapitan ż.w. Zbigniew Deyczakowski. "Zagłoba" podobnie jak i "Częstochowa" oraz "Zbaraż" brał udział w rejsach do Stanów Zjednoczonych. Nie były to łatwe rejsy, nie tylko z powodów możliwych ataków ze strony nieprzyjaciela - statek nie był bowiem przygotowany na trasy północnoatlantyckie, co przekładało się na ciężką pracę na fali i potężne przechyły, jakie powodowały nawet średnie fale.

Początkowo jednostce sprzyjało szczęście - podczas jednego z rejsów jej konwój został niejako ominięty przez niemiecki "pancernik kieszonkowy" "Admiral Scheer", który zaatakował inny konwój. W późniejszym okresie podczas ataku wykonanego przez niemiecki samolot załodze "Zagłoby" ogniem z karabinów udało się go uszkodzić (w niektórych źródłach możemy przeczytać, że samolot został zestrzelony).

Szczęście jednak przestało sprzyjać wraz z wyjściem z Halifaxu pod koniec stycznia 1943 roku. Konwój praktycznie od razu znalazł się w orbicie bardzo silnego sztormu, który szybko rozproszył jednostki. Polski statek widziano ostatni raz 9 lutego. Potem nikt więcej nie widział ani załogi, ani statku. Pojawiło się pytanie: co się stało? Początkowo podejrzewano, że w wyniku przechyłu statek przewrócił się do góry dnem i zatonął. I znowu być może odpowiedź możemy odnaleźć w niemieckich archiwach - w nich bowiem możemy wyczytać, że "Zagłoba" padł ofiarą dowodzonego przez kpt. Frankego U-262. Wraz ze statkiem zginęła cała 36-osobową załoga - Polacy wraz z brytyjskimi artylerzystami.

Tylko jeden przetrwał do 1990 roku

"Kmicic" brał udział w ewakuacji polskiego wojska z Francji do Wielkiej Brytanii, następnie transportował oddziały biorące udział w inwazji w Normandii aż ostatecznie jako pierwszy statek wpłynął do wyzwolonego przez wojska polskie belgijskiego portu w Gendawie (za co otrzymał belgijski medal).

"Kordecki", podobnie jak "Kmicic", pływał w licznych konwojach północnoatlantyckich, skąd wychodził obronną ręką z ataków nieprzyjacielskich. Identycznie transportował też wojska na francuski brzeg podczas desantu w Normandii. Po zakończeniu wojny w 1946 roku właściciel Alfred Falter zdecydował o przerejestrowaniu statków pod banderę Panamy. I tak "Kmicic" stał się "Chopinem" (na początku lat 60-tych został najprawdopodobniej zezłomowany), a "Kordecki" zmienił nazwę na "Copernicus" (w drugiej połowie lat 60-tych trafił do stoczni złomowej).

Najdłużej na morzu obecny był "Robur VII". Zatopiony u wejścia do portu w Gdyni, następnie został wydobyty i wyremontowany przez Niemców. Po wojnie przekazany Wielkiej Brytanii, następnie pływał pod banderą ZSRR. Od 1947 roku ponownie włączony pod biało-czerwoną banderę już jako statek ratowniczy "Smok", pływał w PRO aż do 1990 roku!

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (4)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Polityka prywatności
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1792 Srebrnych Krzyż Orderu Virtuti Militari dla Ludwika Metzella Srebrnych Krzyż Orderu Virtuti Militari otrzymał Gdańszczanin Ludwik Metzell, oficer artylerii koronnej, zasłużony w bitwie pod Zielonką. W wieku 84 lat zmarł w Warszawie.

1969 Otwarcie Bulwaru Nadmorskiego W Gdyni oddano do użytku Bulwar Nadmorski o długości prawie 2 km

Najczęściej czytane