wiadomości

stat

Jak Dieter z kolegami odrywali Gdańsk od Polski

artykuł historyczny
Powojenne zniszczenia Gdańska spowodowały, że nie każdy chciał, by pozostał on w Polsce.
Powojenne zniszczenia Gdańska spowodowały, że nie każdy chciał, by pozostał on w Polsce. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP

W czerwcu 1949 r. Milicja Obywatelska aresztowała w Gdańsku grupę młodych ludzi. Wszystkich oskarżono o próbę oderwania przemocą Gdańska od Polski. Celom tym miała służyć organizacja Jugendbund der Freien Stadt Danzig - Związek Młodzieży Wolnego Miasta Gdańska, działająca w latach 1946-49. Członkowie grupy zostali skazani i osadzeni w więzieniach. Więcej niż skromne wzmianki o organizacji pojawiały się tylko w znanych nielicznym wojskowych wydawnictwach historycznych. Nigdy jednak nie pojawił się obszerny opis tej historii.



W przedszkolu Hitler Jugend

Wszystko zaczęło się od Manfreda Dietera S. To on założył organizację. Tylko imiona miał niemieckie. Nazwisko raczej polskie, rodzinę też. Ojciec Manfreda dość późno podpisał volkslistę. Przed frontem wschodnim chronił go wiek. Do czasu. Trafił tam w 1943 r. Rodzina chłopaka mieszkała na Oruni w kamienicy przy ulicy Raduńskiej (obecnie stoją tam bloki). Dieter urodzony w 1931 r. od początku chodził tylko do niemieckiej szkoły. Potem, jak wszyscy uczniowie, należał do Deutsche Jugend. To było przedszkole ideologiczne dla dzieciaków w wieku 10-14 lat. Przedsionek Hitlerjugend. Nazywano ich powszechnie "pimpfami" (szczeniakami). Dieterowi imponowali starsi chłopcy maszerujący z pochodniami i jeżdżący na ćwiczenia wojskowe.

II wojna światowa

Matka Manfreda wykazała się przezornością. Już w grudniu 1944 r. wysłała go do babki na wieś pod Rybnik na Śląsku. Wrócił cały i zdrowy dopiero w lipcu 1945 r. Ojca nie było, siedział w obozie jenieckim w Bawarii. Wrócił dopiero w 1947 r. Manfred musiał pójść do roboty. Piętnastolatka bez zawodu i żadnego doświadczenia nikt specjalnie nie chciał. W dodatku miejscowi Niemcy, czy też autochtoni, jak ich określano, pracowali zaraz po wojnie przy najcięższych i najgorzej płatnych pracach. Dieter po miesiącu, góra dwóch musiał zmieniać miejsce zatrudnienia.

W jednym z zakładów Dieter zaprzyjaźnił się z Edmundem C. Nie dość, że Edmund był w wieku jego ojca, to jeszcze pomagał chłopakowi w pracy. No i opowiadał, jak to było w przedwojennym Gdańsku. Kiedy Dieter stracił pracę w produkującym tekstylia zakładzie we Wrzeszczu, poinformował Edmunda C., że szukają tam nowych pracowników. To scementowało ich przyjaźń. Chłopak często po pracy wpadał do mieszkania Edmunda S. przy ul. Deckerta, żeby pogadać. W trakcie tych rozmów obaj często zastanawiali się, czy zmieni się fatalna sytuacja gospodarcza. Obaj dochodzili do wniosku, że wybuchnie wojna (o rychłym wybuchu III wojny światowej przekonana była wówczas większość Europejczyków, niezależnie od państwa, w którym żyli), Gdańsk na powrót stanie się wolnym miastem i wrócą do niego wszyscy wysiedleni do Niemiec. Nie był to zresztą wymysł obu panów, ponieważ plotka o tym, że na wiosnę wkroczą Amerykanie i utworzą WMG krążyła wśród autochtonów aż do 1956 r. Pojawiały się również pogłoski jakoby: "w 1945 roku specjalne oddziały SS wmieszały się w tutejszą ludność cywilną i w odpowiednim czasie ujawnią się i wspomogą Amerykanów karząc tych, którzy pracują dla polskich okupantów".

Organizacja po raz pierwszy

Pomnik poświęcony poległym żołnierzom niemieckim z Gdańska i okolic. Po II wojnie światowej został zburzony, ale nie wszystkim się to spodobało.
Pomnik poświęcony poległym żołnierzom niemieckim z Gdańska i okolic. Po II wojnie światowej został zburzony, ale nie wszystkim się to spodobało. fot. Zbigniew Kosycarz/KFP
Dieter wpadł na pomysł, żeby założyć organizację grupującą samych miejscowych gdańszczan, która po powrocie wysiedlonych mogłaby włączyć się w struktury przyszłej władzy. Edmund próbował mu wytłumaczyć, że można za to trafić do więzienia. Dieter nie tylko nie porzucił pomysłu, ale nawet wymyślił nazwę. Edmund S. stwierdził, że to, co wymyślił Dieter jest podobne do nazwy niemieckiej młodzieżowej organizacji komunistycznej. Chłopak się obraził.

Wkrótce znalazł dwóch chętnych do wstąpienia. W jego wieku. Tak jak on miejscowych. W lipcu 1946 r. spotkał się z nimi we Wrzeszczu przed kinem "Capitol" (potem "Znicz"). Wszyscy udali się do pobliskiego lasu i gdzieś w okolicach nieistniejącego już mostku Weisera Dawidka założyli organizację o nazwie Jugendbund der Freien Stadt Danzig, do której mieli należeć tylko "rodowici gdańszczanie".

Dieter, który pracował wówczas w zakładzie tektury falistej we Wrzeszczu przy Al. Grunwaldzkiej 209, potajemnie, w pracy, na tekturze wystukał pracowicie sześć legitymacji. Trzy na zapas dla przyszłych członków. Na okładce u góry była nazwa. Pod nią, pośrodku napis "Ausweis". Wewnątrz Dieter w każdej wypisał personalia członków. Było też miejsce na zdjęcie. Organizator wręczył je obu Zygfrydom z nakazem, aby je dobrze ukryli. Spotykali się jeszcze kilka razy w różnych miejscach Wrzeszcza, organizując wycieczki krajoznawcze i gadając. Nowi koledzy Dietera jednak nie tylko nie przyprowadzili nowych członków, ale i przestali w ogóle przychodzić. Przez cały czas szef Jugenbundu nosił swoją legitymację w kieszeni koszuli na piersi. W marcu 1947 r. zakopał ją gdzieś nad kanałem Raduni.

Ulotka

W styczniu 1948 r. matka Dietera Manfreda przyniosła do domu ulotkę z ziomkowskiego zjazdu młodzieży gdańskiej na zamku w Gemen (wówczas znajdującym się we francuskiej strefie okupacyjnej). Zjazd odbył się siedem miesięcy wcześniej. Ulotkę wysłał do babki Dietera jego kuzyn mieszkający w Niemczech. Ulotka to w zasadzie opis spotkania, pieśni, rozmów, modlitw, wspomnień zarówno sprzed wojny, jak i tych traumatycznych z 1945 r. oraz podziękowań dla opiekujących się blisko 600 uczestnikami księży. No i autoreklama. Jak cudowna jest ta gdańska młodzież. Jeden z uczestników zjazdu deklarował: "Gdy znów zobaczyłem gdańskie dziewczyny, to już nigdy nie będzie mi się podobać żadna inna".

Matka Dietera, która przyniosła ulotkę do domu, miała ją oddać babce. Dieter schował druczek i powiedział, że ulotkę zgubił. To miała być instrukcja, jak ponownie stworzyć organizację i wabik dla przyszłych członków. W marcu Dieter przed kinem "Światowid" (funkcjonowało do 1949 r. w adaptowanej sali dawnego Gimnazjum Polskiego przy ul. Augustyńskiego) spotkał równolatka Rudolfa N., którego znał ze szkoły. Dieter zapytał, czy Rudolf chciałby należeć do podziemnej niemieckiej organizacji Jugenbund der Freien Stadt Danzig i pokazał mu ulotkę. Rudolf zgodził się z entuzjazmem. Miał przyprowadzić też nowych członków. W kwietniu i maju pojawiło się kilka osób. Dieter zapisywał personalia członków na liście, którą ukrył potem w książce na strychu kamienicy, w której mieszkał. Tytułu książki nie zapamiętał.

Pistolet

W kwietniu 1948 r. Dieter przez dwa miesiące pracował w brygadzie budowlanej gdańskiego urzędu miasta. Zastępował ojca, który leżał w domu po wypadku. Podczas prac przy oczyszczaniu Alei Grunwaldzkiej we Wrzeszczu Dieter poznał równolatka Henryka R. z Siedlec. Podczas rozmów Dieter powiedział nowemu koledze, że zakłada podziemną organizację gdańszczan. Pokazał mu ulotkę, którą Henryk pobieżnie przeczytał.

Wcześniej dużo rozmawiali o broni. Dieter wspomniał, że przydałaby się jakaś broń. Henryk R. stwierdził, że być może coś by się znalazło. Dwa tygodnie wcześniej w gruzach znalazł pistolet. Zaproponował Dieterowi kupno kieszonkowego pistoletu kaliber 6,35 mm za 1500 zł. Umówili się w mieszkaniu znajomego Henryka R. na Siedlcach przy ulicy Malczewskiego, opodal łaźni. Znajomy przechowywał broń w łóżku. Broń była nieco zniszczona i przerabiana, ale Dieter zapłacił tysiąc złotych a conto nabytku. Po kilku dniach nieopodal kościoła św. Franciszka w Emaus zapłacił resztę i odebrał broń. Do kompletu dostał dwa naboje.

Jak Jugendbund z popiołów

Okładka książki Alberta Forstera "Danzig und die See".
Okładka książki Alberta Forstera "Danzig und die See".
W odnowionej organizacji znaleźli się oprócz Dietera i Rudolfa, także Bernard S., jego brat Jan, Bernard W., Lotta (jedyna dziewczyna), Ginter i jeszcze jeden chłopak, którego imienia Dieter nawet nie zapamiętał, bo nie zdążył zapisać na liście. Wszyscy w podobnym wieku. Pierwsze nieformalne zebranie odbyło się na trawniku przed urzędem wojewódzkim. Kilku 17-latków przez godzinę omawiało sprawy organizacyjne po niemiecku, a Dieter pokazywał swoją ulotkę do przeczytania.

W maju i czerwcu 1948 r. odbyło się kilka zebrań. Dieter wprowadził do tych pogadanek jeszcze coś, co nazywał "zasadami niemieckiego ducha, które wpojono mu w Hitler Jugend". Na początku każdego zebrania Kameradschaftfuehrer (stopień funkcyjny w HJ) Dieter S. wyciągał listę i sprawdzał obecność. Potem omawiał program spotkania i głos mieli zabierać kolejni członkowie grupy. Dieter do listy dopisał również jednego z Zygfrydów z poprzedniego wcielenia organizacji, chociaż nie miał z nim od dawna kontaktu. Te dziewięć osób to i tak było za mało, żeby stworzyć podstawową jednostkę struktury Hitler Jugend. Kameradschaft powinien liczyć co najmniej 10 członków.

Poza tym nastolatkowie włóczyli się po gdańskich ruinach i czytali niemieckie książki. Przede wszystkim historię Gdańska, autorstwa Alberta Forstera "Danzig und die See". To znaczy urywki czytał Dieter. Książkę na zebrana przynosił w skórzanej teczce. Wybrali się też na Stogi, żeby poszukać amunicji do pistoletu samozwańczego przywódcy. Dieter zaczął mówić, że teraz wszyscy w organizacji powinni mieć broń, aby móc walczyć o powstanie wolnego miasta. I jeszcze, że potem nie zostanie w mieście ani jeden Polak. W lesie na Stogach znaleźli kilkanaście naboi do karabinu maszynowego. Ukryli je w bunkrze na Biskupiej Górce. Po kilku dniach okazało się, że ktoś im ten skarb ukradł. W lipcu nikt już poza Dieterem i Rudolfem na spotkania nie przychodził.

Na muszce imperialistów

W 1949 r. Dieter chciał uciec do Niemiec. Planował ucieczkę przez Szczecin z kolegą Janem G. Nie zgadzała się na to jednak jego matka. Mimo to postanowili, że poszukają kontaktu z rybakami dalekomorskimi, którzy w ich mniemaniu mieli im pomóc w ucieczce. Zaczęli szukać tego kontaktu w Gdańsku.

16 maja Dieter został aresztowany. Oprócz niego aresztowano trzech innych członków grupy: Rudolfa N. oraz Jana i Bernarda S. Do aresztu trafili również Edmund C., z którym Dieter rozmawiał o dawnym Gdańsku, Henryk R., od którego kupił pistolet i Jan G., z którym miał uciec do Niemiec.

W trakcie przesłuchań Dieter S. opowiadał obszernie o organizacji. Przesłuchującym spodobała się historia, jakoby porwało go dwóch podejrzanych typów, którzy w samochodzie, przystawiając pistolet do głowy, kazali mu prowadzić działania organizacji wymierzone przeciwko Polsce. Dowodem miał być list wysłany do Stanisławy R. z Sopotu, w którym anonimowy autor prosi, aby powiadomiła Dietera S., aby ten nie jechał do kurortu pod żadnym pozorem, ponieważ czyha tam na niego niebezpieczeństwo i może zostać porwany.

Dieter odwołał potem te zeznania. List tak naprawdę napisała jego znajoma Klara G. z Wrzeszcza. Dieter dał potem parę złotych jakiemuś dziewięciolatkowi, żeby dostarczył przesyłkę do adresatki. Chciał się w ten sposób dowiedzieć, jakie jest "ustosunkowanie Stanisławy R. do jego osoby".

Upadły również podejrzenia pomocy dla organizacji ze strony dyplomatów szwedzkich. Wątek pomocy w postaci broni, żywności i mundurów ze Szwecji pojawiał się na zebraniach organizacji i poruszany był głównie przez Dietera, który wcześniej ogólnie rozmawiał na temat szwedzkiej "pomocy" z Edmundem C. W 1948 r. dowiedział się od Jana G. (tego od ucieczki), że jego kuzynka wyszła za mąż za marynarza - obywatela Szwecji, a G. jeździł z nią do szwedzkiego pastora do Nowego Portu po odbiór listu od męża i otrzymał od pastora ubranie w podarunku.

Wyrok

Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku skazał Dietera S. na 9 lat więzienia. Rudolf N. dostał 5 lat, obaj bracia S. po 3 lata, Henryk R. 6 lat. Edmund C. został skazany 4 lata, a Jan G. na 3 lata. Początkowo wszyscy trafili do zakładu karnego w Gdańsku. Potem Dieter S., Rudolf N., Jan S. i Henryk R., pojechali do progresywnego więzienia dla młodocianych w Jaworznie. Zakład ten wzorowany był na łagrach rosyjskich. Więźniowie byli wychowywani przez pracę, na wzór człowieka radzieckiego, w oparciu o metody sowieckiego pedagoga Antoniego Makarenki.

W późniejszym czasie wyroki na mocy amnestii złagodzono. Skazanych wypuszczono na warunkowe zwolnienia po 2-3 latach odsiadki. Najdłużej siedział Dieter S. Zwolniono go po 4,5 roku więzienia. Po 1956 r. część z nich domagała się rewizji nadzwyczajnej swojej sprawy. Sąd nie uwzględnił ich wniosków.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (36)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1811 Zmarł Alexander Gibsone Alexander Gibsone zmarł w Gdańsku, kupiec, bankier, rezydent angielski w Gdańsku, były właściciel dóbr wejherowsko - rzucewskich.

1817 Urodził się Eduard August Hildebrandt Znany niemiecki malarz - pejzażysta i podróżnik. Zmarł w Berlinie w 1869 r. Eduard August Hildebrandt urodził się w Gdańsku.