wiadomości

stat

Danuta Domańska: Byliśmy kochani przez telewidzów

artykuł historyczny
Danuta Domańska: spikerka, goniec, dziennikarka, reporterka, publicystka, redaktorka, konferansjerka, lektorka, modelka, jurorka, a także lalkarka w jednej osobie.
Danuta Domańska: spikerka, goniec, dziennikarka, reporterka, publicystka, redaktorka, konferansjerka, lektorka, modelka, jurorka, a także lalkarka w jednej osobie. mat.prasowe / archiwum autorki

Mówi, że zawsze lepiej się czuła przepytując niż będąc przepytywaną, ale zgodziła się odpowiedzieć na kilka naszych pytań. Spikerka, goniec, dziennikarka, reporterka, publicystka, redaktorka, konferansjerka, lektorka, modelka, jurorka, a także... lalkarka. O jej niedawno wydanej książce wspominkowej pt. "Duża buźka, telewidzowie. Moja prywatna historia Telewizji Gdańsk" oraz o jej życiu dawniej i dziś rozmawiamy z Danutą Domańską, kobietą-legendą, pierwszą damą gdańskiej telewizji.



Recenzje książek z Trójmiasta


Magdalena Raczek: Skąd się wziął pomysł na książkę pt. "Duża buźka, telewidzowie. Moja prywatna historia Telewizji Gdańsk"? Czy jest pani z niej zadowolona?

Danuta Domańska: Pomysł wziął się z tego, że nikt właściwie nie wie, jak to w tej telewizji dawniej było, nikt już o tym nie napisze, ulegnie to zapomnieniu, więc doszłam do wniosku, dlaczego by o tym nie opowiedzieć? Jestem zadowolona, dlatego, że wreszcie po trudach i cierpieniach książkę wydała się. Z tym że pomyślana była nieco inaczej - było przygotowanych do niej dużo zdjęć, wycinków gazetowych, okładek, plakatów, pocztówek, mnóstwo ikonografii, ale redaktor i wydawca tego nie wykorzystali. Okładka jest taka, jak chciałam, a tytuł zapożyczyłam z jednej z moich wpadek na antenie. Niektórzy zarzucają mi, że pewnych rzeczy nie dopowiadam, inne urywam, ale to jest celowe. Styl pisania mam taki - można to nazwać "telewizyjny" - uważam, że obraz powinien mówić więcej niż tekst, stąd takie krótkie formy, jakby opowiadania. Mam nadzieję, że dzięki temu łatwo się to czyta, że książka jest taka łatwa, lekka i przyjemna.

Niedawno ukazała się książka ze wspomnieniami Danuty Domańskiej pt. "Duża buźka, telewidzowie. Moja prywatna historia Telewizji Gdańsk".
Niedawno ukazała się książka ze wspomnieniami Danuty Domańskiej pt. "Duża buźka, telewidzowie. Moja prywatna historia Telewizji Gdańsk". mat.prasowe
Jestem pod wrażeniem tego, ile w tej skromnej objętościowo publikacji zamieszczonych jest faktów, nazwisk, zdarzeń, choć jednocześnie odnieść można wrażenie, że to jedynie część tego, co pani mogłaby nam opowiedzieć...

Tak, to prawda, pewnych rzeczy nie zamieściłam, z pewnych zrezygnowałam. Miałam na przykład piękne listy pisane do mnie, to były listy od telewidzów, ale także listy od wielbicieli i tzw. "byłych". Doszłam do wniosku, że niektóre są zbyt intymne, chociaż one też oddawały atmosferę tego, co się wtedy działo. Pomyślałam jednak, że może to kogoś z żyjącej rodziny urazić, więc zrezygnowałam.

To były czasy, kiedy byliśmy kochani przez telewidzów. Na przykład, gdy nie miałam jeszcze własnego samochodu, kolejka nie jechała, a ja musiałam być pilnie w redakcji, szłam na przystanek autobusowy. Zawsze ktoś mnie podwoził. Jednym z podwożących był zaprzyjaźniony z redakcją Harry Gawrych. Jeździł jak szatan. Któregoś dnia kazał mi wsiąść z tyłu, bo jak się okazało był świeżo po kontuzji narciarskiej i miał prawą nogę - od dużego palca po biodro - w gipsie, i ta noga leżała na miejscu pasażera z przodu.

Inne czasy. O tym też pisze pani w książce - że to już nie ta telewizja, nie ten świat...

Nie tyle świat jako świat, ale ludzie, zwłaszcza ci, którzy potem zawładnęli telewizją. Wtedy nawet nasi cenzorzy nie byli groźni. W Domu Prasy graliśmy wszyscy w karty, byliśmy kolegami. Zdarzało się również, że tzw. "ojcowie województwa" mieli poczucie humoru. Realizowaliśmy kiedyś takie programy z cyklu "Niedziele w..." [były to programy tv realizowane w różnych miejscowościach - przyp. red.] i podczas jednego z nich, w Sierakowicach - pamiętam, że byłam ubrana w garnitur koloru pomidorowego - zapowiedziałam kolejną wykonawczynię, a z estrady poleciała piosenka "Ej Piotr, ej Piotr, jakie ty masz oczy, Ej Piotr, ej Piotr, ale z ciebie łotr". Na imprezę wjeżdżał ówczesny wojewoda Piotr Stolarek. A ja sobie myślę: "O rany...". Gdyby to było teraz, to by to była raczej moja ostatnia niedziela... (śmiech).


Próbowałam zliczyć wszystkie funkcje, jakie pani pełniła i nie wiem, czy mi się to udało, bo było tego całe mnóstwo: spikerka, goniec, dziennikarka, reporterka, publicystka, redaktorka, konferansjerka, lektorka - czytała pani listy dialogowe, jeździła po kraju z koncertami, a do tego modelka i jurorka, a także prowadząca rewie mody...

Tak, prowadziłam również bardzo dużo koncertów, programów rozrywkowych, czytałam pod konfrontacje. Miałam zawsze silny głos. Kiedyś przy filmie "Ojciec Chrzestny" mojemu koledze z radia wysiadł głos, musiałam go zastąpić. Czytałam od 7 rano do 11 w nocy dialog włosko-amerykański, ani chwili przerwy, 200 stron. Po wieczornej projekcji wpadłam do SPATIF-u, oparłam się o drzwi i zaczęłam płakać.

Skąd u pani taki hart ducha?

Byłam w szkole muzycznej, w szkole baletowej. Profesor Janina Jarzynówna uczyła nas, że nieważne, czy jesteś słaba, chora, nieszczęśliwa - nikt nie odwoła przedstawienia, nie przerwie programu.

Chciałabym zapytać o pani pamięć - pani opowiada o tym wszystkim tak swobodnie, tak lekko, jakby to było wczoraj - to jest niewiarygodne. Pani podaje tyle faktów, mnóstwo detali: co pani jadła, jakie było menu w restauracjach, jak pani była ubrana. Czy wspomagała się pani przy pisaniu książki jakimiś wspomnieniami, notatkami, pamiętnikami?

Mam po prostu bardzo dobrą pamięć. Ktoś kiedyś mi powiedział: "Słuchaj, taka pamięć jak twoja, to jest przekleństwo." (śmiech) Nigdy nie robię notatek, byłam zresztą znana z tego, że na stole nie miałam żadnych notatek, komunikaty mówiłam też zawsze z pamięci. Mam też taką zdolność, że szybko zapominam złe rzeczy, tzn. one gdzieś tam siedzą we mnie, ale nie rzutują na bieżące wydarzenia, na życie. Poza tym jestem optymistką. Lubię ludzi, zwierzęta, słońce i deszcz.

Sopot to pani dom rodzinny, jednak pani rodzina pochodzi z Warszawy, trochę też wędrowaliście, zanim osiedliliście się tutaj.

Po powstaniu mama, babcia, brat i ja wylądowaliśmy w Krakowie, a potem w Zakopanem. Byliśmy rozdzieleni z tatą. Spotkaliśmy się po wojnie w Łodzi. Tata był lekarzem, został wcielony do wojska i wylądowaliśmy w Sopocie. Był tu komendantem szpitala dla rannych, który mieścił się w szkole przy dzisiejszej ulicy Książąt Pomorskich zobacz na mapie Sopotu. W Grand Hotelu było sanatorium również dla rannych żołnierzy.

W Zakopanem przeżyłam pierwszy dzień wolności. Była akademia w kinie i pierwszy raz usłyszałam hymn "Jeszcze Polska nie zginęła". Byłam tak przejęta i zapłakana, że miałam mokre ubranie. Również w Zakopanem mało nie zginęłyśmy z mamą. Obok naszego domu, gdzie mieszkałyśmy na strychu, kwaterowali żołnierze radzieccy. Kazali mamie pilnować jakichś skór. W nocy ktoś je ukradł, a oni postawili pod murem mamę i mnie, i chcieli nas rozstrzelać mimo protestu "ormowców". Babcia była na strychu z moim malutkim bratem. Tam poszedł tzw. "politruk" i zobaczył babci broszkę. Babcia miała ją od swojego syna - prymusa szkoły ułanów w Grudziądzu, który za pierwsze pieniądze kupił jej piękne kolczyki z rubinami - było to koło i wpisana w nie gwiazda. Jeden z tych kolczyków zgubił się, a z drugiego babcia zrobiła sobie broszkę. Zobaczył ją ten politruk i stwierdził: "Ty jesteś nasza". Okazało się, że to gwiazda pięcioramienna radziecka. Wzięli nas wtedy spod tego muru i dostaliśmy jeszcze worek mąki, a potem byliśmy pod specjalną ochroną.

Różne dziwne sploty okoliczności i bliskie spotkania ze śmiercią opisuje pani też w książce, np. gdy w wypadku samochodowym zginęli pani koledzy, z którymi miała pani jechać.

"Ktoś kiedyś mi powiedział: "Słuchaj, taka pamięć jak twoja, to jest przekleństwo." Nigdy nie robię notatek, byłam zresztą znana z tego, że na stole nie miałam żadnych notatek, komunikaty mówiłam też zawsze z pamięci."
"Ktoś kiedyś mi powiedział: "Słuchaj, taka pamięć jak twoja, to jest przekleństwo." Nigdy nie robię notatek, byłam zresztą znana z tego, że na stole nie miałam żadnych notatek, komunikaty mówiłam też zawsze z pamięci." mat.prasowe / archiwum autorki
Tak, zdarzyło mi się kilka takich sytuacji. Zaliczyłam też rejs na łodzi podwodnej, pełną akrobację samolotem, lądowanie na brzuchu, gdy nie wyszło z samolotu podwozie - sporo tego miało miejsce, ale człowiek był jakiś taki bardzo odważny, i gdy trzeba było coś takiego zrobić, to ja byłam oczywiście pierwsza.

Odwaga widoczna jest także w interwencyjnych reportażach, które pani realizowała, by komuś pomóc, np. jak miała pani do czynienia z mieszkaniami stoczniowców, niewybudowaną drogą. Siła telewizji wtedy była niewiarygodna.

Wtedy telewizja była czymś niesamowitym, pozwalała wszędzie wejść, wszędzie być, interweniować. Dziś skończyłoby się to dla mnie na pewno zupełnie inaczej. Telewizja była wtedy bardzo silna, dziś wstyd się przyznać, że się tam pracowało (śmiech).

Spędziła pani w telewizji prawie 40 lat. Czy był to pani jedyny zakład pracy?

Poza przerwą w stanie wojennym, gdy przebywałam na zwolnieniu lekarskim - po prostu "przechowali" mnie wtedy lekarze ze Szpitala Kolejowego. Wcześniej pracowałam jeszcze w Teatrze Łątek, prowadzonym przez panie Totwen, pochodzące z Wilna. Był to teatr marionetkowy, czyli z lalkami na sznurkach. Jestem jeszcze lalkarką. Te sznurki zawsze nam się plątały, a ja zawsze umiałam je rozplątywać. Mówiłam wtedy, że to jest tak, że ja mam tyle problemów w życiu, że mam wyczucie w palcach w rozplątywaniu. To było na samym początku mojej kariery zawodowej. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam malutkie dziecko i musiałam pracować, dlatego pracowałam w Łątkach. W 1959 roku, w czerwcu, dostałam etat w telewizji i zrezygnowałam wtedy z teatru. Ale wcześniej jeździłam z nimi na różne gościnne występy, oni autokarem, a ja dojeżdżałam do nich w nocy. Te wyjazdy dawały nam bardzo dużo, bo mieliśmy nieraz po pięć spektakli, za pierwszy było 50 proc. stawki, a za kolejne już 100 proc.

Podróże również zajmują dużo miejsca tak w pani życiu, jak i w tej książce - jest w niej sporo takich opisów - np. latanie do Warszawy, na narty do Zakopanego. Mam wrażenie, że teraz się tak nie lata, jak wtedy. Lotnisko było jeszcze na Zaspie. A do tego zagranica. Pisze pani: "Byliśmy prawie wszędzie" - a to wszystko w czasach, gdy były zamknięte granice.

Jeździliśmy dużo, a w dodatku ja jeździłam bez paszportu. Często latałam do Warszawy, bo tam studiowałam - może to się wydaje niewyobrażalne, żeby teraz kogoś, kto studiuje, było stać na samolot - ale w PRL-u o podnoszenie kwalifikacji dziennikarzy bardzo dbano. Zakład pracy płacił mi za to i dostawałam delegacje na samolot. Poza tym mieliśmy bardzo dużo szkoleń, jeśli chodzi o warsztat. Pracowałam też w Warszawie przez kilka miesięcy i miałam propozycję, żeby tam zostać, ale bałam się zaryzykować, bo wybrałam sopocki dom za dom rodzinny, i to mi może przeszkadzało też w kontaktach damsko-męskich. To było coś, gdzie rodzina mogła wracać. Jestem bardzo związana z tym domem, jak tu wracam po jakimś wyjeździe, to zawsze mówię: "Boże, jak ja kocham to mieszkanie".

Mieszkanie i miasto chyba też? W plebiscycie na stulecie Sopotu zdobyła pani nawet drugie miejsce jako sopocianka stulecia?

Tak, znalazłam się na podium razem z Haffnerem i znanym architektem, twórcą sopockiej fontanny.

A jakie są pani ulubione miejsca sopockie poza tą kawiarnią, w której się spotykamy? [W kawiarni Mount Blanc w Sopocie pani Danuta ma swój stolik - przyp. red.].

Tak, tutaj bardzo lubię przychodzić, spotykamy się tu z przyjaciółmi prawie codziennie. Mało chodzę na molo, ale nadmorskie alejki lubię bardzo, np. do Brzeźna i z powrotem robię szybkie marsze. Zawsze lubiłam plażę, kocham słońce.

Spotkania autorskie w Trójmieście


Ma pani wciąż tyle ciekawych historii do opowiedzenia, czy zamierza je pani również spisać?

Tak. Teraz próbuję drugą książkę napisać, właśnie o tych wszystkich wspomnieniach przed telewizją, o czym tutaj teraz rozmawiamy. Tytuł będzie zapożyczony od mojej wnuczki Moniki, która jak była mała, to mówiła o czymś, co było dawno: "To było wtedy, gdy mnie jeszcze nie było na życiu". Więc tytuł będzie brzmiał: "Jak mnie jeszcze nie było na życiu". Może to będzie wywiad-rzeka. Jeszcze nie wiem, jaką to będzie miało formę, ale od momentu, kiedy jeszcze mnie nie było na świecie, po czasy wojny, pierwsze dni wolności, powstania, tułaczki, przyjazdu tutaj, kiedy nie mogłam się odnaleźć w szkole.

Co się działo?

Byłam zbyt dojrzała, za dużo przeżyłam - powstanie, tułaczkę - nie umiałam się odnaleźć w szkole, mimo że byłam najmłodsza w klasie. Maturę zdawałam eksternistyczną w I LO w Gdańsku. W szkole wypominano mi balet, szkołę muzyczną, a nauczyciele wysyłali mnie do Hollywood.

Później na tych atutach zbudowała pani swoją zawodową karierę: uroda, cięty język, inteligencja. Była pani porównywana do Brigitte Bardot i Claudii Cardinale. W końcu uroda przynosiła pani profity? Jak ważne są dla pani prezencja i wygląd?

Jest to ważne dla mnie i było zawsze. Zauważany jest również mój styl ubierania, na ulicy czasem ktoś zwróci na mnie uwagę. Mam swój styl i uważam, że w moim zawodzie jest to dozwolone i dobrze się z tym czuję.

Jeśli mowa o stylu i pięknie, to warto wspomnieć, że poznała pani nawet osobiście Marlenę Dietrich. Co może pani o niej powiedzieć?

Świetna kobieta! Rozmowa z nią to była duża przyjemność, choć bardzo sceptycznie traktowała mężczyzn, potem się okazało, że jest innej orientacji. W każdym razie traktowała ich z góry, powiedziała nawet, że "nie widzi żadnego prawdziwego mężczyzny na tej konferencji". Lubiła się otaczać młodymi. Jej nonszalancja, gdy swoim futrem zamiatała kurz i brud w hali stoczni, była niesamowita.

Czy tęskni pani za telewizją, za pracą i za przeszłością?

Za tamtą telewizją, kiedy w niej pracowałam - tak. Ta współczesna jest zupełnie inna i to pozwala mi mniej cierpieć (śmiech).

kalendarz historyczny

1965 Odłonięcie pomnika Jana III Sobieskiego Na Targu Drzewnym stanął pomnik Jana III Sobieskiego. Autorem dzieła jest Tadeusza Barącza z 1897 r. Posąg króla do 1945 r. stał na Wałach Hetmańskich we Lwowie.

1997 XVII Zjazd Nowej Hanzy W Gdańsku rozpoczął się XVII Zjazd Nowej Hanzy z udziałem delegacji ze 106 miast. Prezydenci Polski i Niemiec byli gośćmi honorowymi.

Sprawdź się

Gdzie w Gdańsku znajdowała się Góra Wisielców?