• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport

Śmiertelna włóczęga Waltera Plotzke

Paweł Pizuński
19 lipca 2011 (artykuł sprzed 12 lat) 

Wesołe miasteczko, które zajechało do Gdańska latem 1908 r. rozbiło się na Dolnym Mieście. Przyniosło gdańszczanom wiele radości, ale w co najmniej jednym przypadku także bezsensowną śmierć.



Lunapark od razu stał się wielką atrakcją dla mieszkańców miasta, więc właściciele karuzeli, strzelnic lub gabinetów osobliwości mogli być zadowoleni. Każdego dnia, zwłaszcza w soboty i w niedziele, spływały do ich kieszeni niezłe dochody.

Geyer, właściciel karuzeli, pensję swemu jedynemu pracownikowi wypłacał pierwszego dnia każdego miesiąca. Nigdy nie robił z tego ceregieli. Podchodził do niego po prostu z kilkoma banknotami w ręce i wręczał mu je gdzieś na osobności, bez uroczystych gestów i bez uścisków dłoni. Dla niego był to zwykły obowiązek, ale już dla Waltera Plotzke, jedynego pracownika pana Geyera, fakt ten urastał do rangi święta, które trzeba było uczcić wesołą biesiadą w gronie kolegów.

1 września 1908 r. świętowanie dnia wypłaty Plotzke zaczął będąc jeszcze w pracy. Wysłał znajomego po parę ćwiartek sznapsu i wypił kilka kieliszków. Poczuł się lepiej, gdy zaszumiało mu w głowie, ale był to tylko wstęp do dalszego świętowania. Gdy wybiła godz. 22 wyruszył z dwoma kolegami z pracy w podróż piwną.

Ucztę zaczęli w pewnym lokalu blisko Dworu Popielnego. Wypili tam kilka kolejek sznapsu, po kilka kufli piwa i po butelce porteru. Było już po północy, gdy postanowili zmienić lokal. Szli w stronę Starego Miasta, ale wszystkie knajpy, które mijali po drodze były już zamknięte.

- Zajdziemy do "Hotel de Stolp" - zaproponował nagle Plotzke.
- Tam też już zamknęli - odrzekł Albrecht.
- Ale nas wpuszczą.
- Czemu mieliby nas wpuścić? - zapytał kowal Witte.
- Bo ja tam już kiedyś pracował. Znają mnie...
- Pijany jesteś. Nie wpuszczą nas.
- Nie ma strachu. Wpuszczą - odparł Plotzke i nie pomylił się. Zostali wpuszczeni...

* * *

Około godziny trzeciej nad ranem kelner Paul Busch wracał do domu z kolegą z pracy. Z Długiego Targu skręcili w ul. Krowią i szli chodnikiem wzdłuż jezdni, gdy ujrzeli młodego człowieka idącego w ich kierunku. Miał ciemną, rozchełstaną marynarkę, pomięte spodnie i wyraźnie się zataczał. Z rozpędu wszedł pomiędzy nich, potrącając obu.

- Uważaj, jak chodzisz... - upomniał go Busch i tamten się odwrócił.
- To ty lepiej uważaj, padalcu! - odburknął tamten i ruszył dalej. Był wyraźnie pijany.
- Sam jesteś padalec - odrzekł Busch.

Zagwizdał przeciągle, a wtedy tamten znowu się odwrócił, podszedł do niego bez słowa. Wyjął coś z kieszeni i zanim którykolwiek zdążył zareagować, zadał Buschowi cios nożem. Od razu uciekł.

Busch zachwiał się, oparł ręką o ścianę pobliskiej kamienicy, ale nie upadł. Z pomocą kolegi zdołał dojść do ul. Świętego Ducha i przewrócił się na skrzyżowaniu z Groblą I. Przybiegli przywołani przez jednego z przechodniów policjanci i gdy jeden z nich zajął się sprowadzeniem ambulansu, drugi wyruszył w pościg za sprawcą. Niestety, pomimo usilnych starań, nie udało się go zatrzymać.

* * *

Kelner Paul Busch zmarł wkrótce w lazarecie miejskim. Zadany niewielkim nożem cios w podbrzusze okazał się na tyle groźny, że doprowadził do wykrwawienia i zgonu.

W mieście rozpętała się burza. Prasa rozpisywała się na temat zdziczenia obyczajów wśród "młodzieży roboczej", a wzmocnione patrole policji przemierzały ulice z większą niż dotąd częstotliwością. O zbrodni stało się tak głośno, że debatowano o niej już nie tylko na targu, ale i w ratuszu, a oburzenie opinii publicznej potęgował fakt, że wykrycie sprawcy mogło okazać się trudne.

Policjantowi Schroederowi, który w czasie zdarzenia stał na ulicy Grobla IV, wydawało się, że jest w stanie sprawcę rozpoznać. Dobrze zapamiętał trzech podpitych młodych ludzi, którzy feralnej nocy przechodzili obok niego hałasując tak bardzo, że musiał im zwrócić uwagę. Jeden z nich zachowywał się szczególnie agresywnie. Gdy Schroeder zwrócił mu uwagę, tamten prawie się na niego rzucił. Jego ubiór, twarz i ogólny rys postaci jak ulał pasował do rysopisu człowieka, który zabił Buscha, tyle tylko, że wyśledzenie go w mieście tak dużym, jak Gdańsk, było bardzo trudne. Trzeba było liczyć na szczęśliwy traf...

* * *

Zabójca znalazł się jednak dwa dni później. Zgłosił się na posterunek policji w Baszcie Kotwiczników i wśród łez skruchy zeznał, że to chyba on zabił Buscha.

- Dlaczego chyba? - zapytał dyżurny policjant.
- No bo ja, proszę pana, nic nie pamiętam. W tym dniu byłem bardzo pijany...
- Jak można nie pamiętać, że zabiło się człowieka?
- A no, chyba można. Pamiętam tylko, co robiłem za dnia i połowę nocy, ale to, co zdarzyło się później, uleciało mnie z pamięci.
- To skąd w takim razie wiecie, że zabiliście kelnera Buscha?
- Mój kolega wczoraj mi powiedział...
- Jak nazywa się kolega?
- To Franz Albrecht. Pracujemy razem w wesołym miasteczku - odrzekł Walter Plotzke i powtórzył to jeszcze parę razy, by policjant zapisał wszystko w swym kajecie.

Plotzkego natychmiast odesłano do sędziego śledczego i gdy ten go przesłuchiwał, odszukano Albrechta. Siedział w budzie jarmarcznej na ul. Dobrej i nie był bynajmniej zaskoczony wizytą policji. Wyglądał tak, jakby się jej spodziewał. Potwierdził, że spośród trójki przyjaciół, którzy 1 września 1908 r. wybrali się na rekonesans piwny po gdańskich knajpach, on jeden zachował w miarę trzeźwy umysł.

- Tamtej nocy około pierwszej opuściliśmy lokal koło Dworu Popielnego i udaliśmy się do "Hotel de Stolp", gdzie Plotzke kiedyś pracował. Wypiliśmy tam trochę i wyszliśmy około trzeciej nad ranem...
- Jak wtedy zachowywał się Plotzke?
- Całkiem dobrze. Był dość trzeźwy i mówił do rzeczy. Zdaje mi się, że rozbroiła go wizyta u matki...
- Kiedy byliście u jego matki?
- Poszliśmy tam zaraz po wyjściu z hotelu, bo to blisko było. Do matki Plotzke sam poszedł, a my czekali na niego na dole. Wrócił bardzo szybko. Żalił się, że matka odprawiła go z kwitkiem i był wściekły. Zły był tak bardzo, że zaczął zachowywać się jak wariat. Krzyczał, że nie ma ani matki, ani brata, ani siostry i że jest im wszystko jedno, co się z nim stanie. Gdy szliśmy ulicą Grobla IV siłą musiałem go powstrzymać, by nie rzucił się na policjanta, a później, na Świętego Ducha, porywał się na jakichś dwóch przechodniów. Tamci zdołali się jakoś go pozbyć, ale ci, których spotkał na Krowiej, ucierpieli...
- Widzieliście jak Plotzke dźgnął nożem kelnera Buscha?
- Wygląda na to, że tak. Szliśmy wtedy z Wittem w odległości kilkunastu kroków od Plotzkego. Dostrzegłem dwóch ludzi stojących na rogu ulicy Krowiej. Plotzke wszedł pomiędzy nich i potrącił obu, a wtedy oni najpierw coś mu powiedzieli, a później któryś z nich zagwizdał. Zdaje mi się, że chciał przywołać policjanta. Jak to usłyszał Plotzke, zawrócił gwałtownie i uderzył tamtego w brzuch.
- Nożem?
- Chyba tak.
- Co stało się później?
- Plotzke puścił się biegiem w stronę Dolnego Miasta i udało nam się go dogonić dopiero na Żabim Kruku. Wtedy nikt z nas nawet nie podejrzewał, że tam, na Krowiej stać się mogło coś złego.
- Czy po drodze Plotzke mówił coś na ten temat?
- Nie. Nic wprost nie powiedział, ale kiedy szliśmy Żabim Krukiem odwrócił się nagle do nas i rzekł "Dobrze mu włoiłem. Długo będzie o tym pamiętał"...

* * *

Walter Plotzke stanął przed gdańskim sądem przysięgłych 2 marca 1909 r. Sala rozpraw, w której toczył się proces, pękała w szwach od publiczności, a ci, którzy przyszli zbyt późno, by dostać się do środka, tłoczyli się nawet na schodach przed wejściem. Ponieważ oskarżony w zasadzie przyznał się do winy, rozprawa nie trwała długo. Walter Plotzke skazany został na cztery lata więzienia, przy czym na poczet kary zaliczono mu miesiąc spędzony w areszcie śledczym.

O autorze

autor

Paweł Pizuński

- historyk, autor m.in. Pocztu Wielkich Mistrzów Krzyżackich i Pierwszego Pitawala Gdańskiego. Opisywane przez niego historie kryminalne pochodzą z gdańskiej prasy z początku XX w.

Opinie (13) 3 zablokowane

  • Coś tu podejzane

    No to w końcu jak to jest?Skoro ten Plotzke był jedynym pracownikiem Geyera to jak mógł się wybrać ;z kolegami w podróż piwna"

    • 3 5

  • Takie podejście Pana Pizuńskiego

    do historii jak powyżej świadczy dobitnie o tym, że historia (jako nauka) powinna pozostać domeną naukowców. My, zwykli zjadacze chleba, wolimy historię poznawać poprzez historyjki. Z opowieści o Walterze P. można dowiedzieć się wielu rzeczy: tą wiedzę Autor przekazuje z wdziękiem, nienachalnie, niebanalnie i chwała mu za to, ze nie jest nudny.

    • 18 0

  • hmmm 4 lata więzienia za zabójstwo? (3)

    a mówią że teraz sądy są łagodne... Chociaż 4 lata w ówczesnym więzieniu to nie to samo co teraz (TV i wszelkie wygody)

    • 9 3

    • Masz na myśli szwedzkie więzienie.

      • 0 1

    • (1)

      wzięli pod uwagę, że nie do końca był świadomy i w dodatku rodzinka go zdenerwowała :)

      • 1 0

      • Tyle że alkohol to okoliczność

        obciążająca a nie łagodząca. Przynajmniej współcześnie :-)

        • 2 0

  • !!

    fajna podróż w czasie zwłaszcza jak sie zna te ulice!! wiecej!!

    • 7 1

  • sala pękała w szwach

    widac też sie żle działo ale jakos ludzie bardziej to przeżywali.Dzisiaj rano sie przeczyta na drugi dzień sie nie pamięta

    • 2 1

  • Huhu

    Z tego można by było zrobić niezłą sztukę. "Z kroniki Gdańska":P

    • 6 0

  • Teraz tez trzeba uwazac na nozownikow bez roznicy wiec czy Gdansk jest polski czy niemiecki (1)

    • 3 2

    • Ja myślę, że to wogóle nie robi różnicy... nożownicy to międzynarodowi psychole...

      • 5 0

  • dobry artykuł (1)

    Podoba mi się ta historia, z resztą jak większość Pawła Pizuńskiego. Tak trzymać! Swoją drogą mam dziwne wrażenia, że kiedyś kary byłyby mniej surowe:) teraz to by dostał 12-25, w zależności od tego jakie okoliczności łagodzące znalazłby sąd.

    do Trójmiasto.pl -> dlaczego ten artykuł znajduje się na takich peryferiach?:)

    • 37 0

    • nie byłyby

      miało być: były:)

      • 2 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Majówkowe zwiedzanie Stoczni vol.7

20 zł
spacer

Sprawdź się

Sprawdź się

Gdzie w Gdańsku znajdowała się Góra Wisielców?

 

Najczęściej czytane