wiadomości

stat

Zbrodnia wykuta w kamieniu

artykuł historyczny
Leśniczy z Sopotu Waldemar Baranowski przy kamieniu upamiętniającym zbrodnię na jego koledze po fachu.
Leśniczy z Sopotu Waldemar Baranowski przy kamieniu upamiętniającym zbrodnię na jego koledze po fachu. fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl

W głębi sopockiego lasu zobacz na mapie Sopotu, na grzbiecie wzniesienia rozdzielającego dwie doliny stoi wysoki na ok. 60 cm głaz z wyrytym napisem w języku niemieckim: "Leśniczy państwowy Waldemar Heusmann zm. 15 lipca 1919 r. zastrzelony przez kłusowników". Okoliczności śmierci leśniczego nie były dotąd znane, ale teraz udało się je wyjaśnić.



O zbrodni przypomina napis wykuty w kamieniu.
O zbrodni przypomina napis wykuty w kamieniu. fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl
Nocne strzały w lesie nie zaniepokoiły rodziny leśniczego. Dopiero nad ranem zaczęła szukać go policja.
Nocne strzały w lesie nie zaniepokoiły rodziny leśniczego. Dopiero nad ranem zaczęła szukać go policja. fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl
Leśniczy Waldemar Heusmann wyjął z szafy trójlufkę, przewiesił ją przez ramię i ruszył ku drzwiom wyjściowym leśniczówki.
- Gdzie ty idziesz? - zapytała żona.
- Do lasu idę na chwilę. Może na dziki się zasadzę... - odpowiedział.
- O tej porze? - zdziwiła się.
Heusmann spojrzał na zegarek. Było przed godz. 20.
- Takie moje obowiązki. Ludzie się skarżą. Dziki szkody na polach robią - odrzekł i wyszedł.

W rynarzewskiej leśniczówce pozostała żona Heusmanna, jego dwójka dzieci i rodzice, którzy właśnie przyjechali w odwiedziny. Po kolacji każdy zajęty był sobą. Dzieci szykowały się do snu, żona z pomocą matki Heusmanna sprzątała, a ojciec czytał gazetę. Nikt się nie zaniepokoił, gdy tuż po godz. 20 rozległa się w oddali seria trzech wystrzałów. Domownicy poczuli się zaniepokojeni, gdy zapadły ciemności. Heusmann nie wracał do domu i nie było go też nazajutrz z samego rana. Wtedy dopiero policja rozpoczęła poszukiwania.

* * *

Zwłoki leśniczego znaleziono w środę, 16 lipca, krótko po godz. 7 rano. Leżał martwy w gęstym sosnowo-bukowym zagajniku, ale policja kryminalna od razu ustaliła, że zginął w zupełnie innym miejscu.

Nieopodal często uczęszczanej przez spacerowiczów Drogi Nadleśniczych, pomiędzy 119 i 120 stanowiskiem myśliwskim znaleziono ślady krwi, zakrwawiony pień drzewa i oderwany ludzki palec nieopodal niego. Skoro nie należał on do Heusmanna, który zginął od postrzału w brzuch, to musiał to być palec któregoś ze sprawców zbrodni. Nigdzie w pobliżu nie odnaleziono też trójlufki Heusmanna, więc policja przyjęła roboczą wersję dramatu, który rozegrał się w lesie.

Krótko po wyjściu z domu leśniczy natknął się na ludzi, którzy kłusowali lub kradli drzewo w okolicy. Usiłował ich zatrzymać, ale tamci zaczęli stawiać opór, wystrzelił więc dwukrotnie w ich stronę i nawet ciężko zranił jednego z napastników w rękę, ale sam też został trafiony w brzuch. Rannemu lub zmarłemu Heusmannowi zabójcy zabrali broń, po czym zawlekli go do zagajnika, by utrudnić w ten sposób znalezienie zwłok.

Z Gdańska sprowadzono policyjnego psa. Szybko podjął on trop, ale zgubił go wkrótce i wrócił do miejsca, gdzie znaleziono martwego Heusmanna. Wtedy policjanci ruszyli po śladach krwi, które najpewniej należały do sprawcy zabójstwa, ale urywały się one nieopodal Świemirowa. Nic też nie dała wizyta w oliwskim lazarecie, gdzie - jak przypuszczano - mógł się udać ciężko ranny w rękę sprawca. Nikt tam nie pamiętał, by w ostatnim czasie przyjmowano pacjenta z roztrzaskaną dłonią.

Obiecujące były natomiast zeznania ludzi, którzy poprzedniego dnia po południu przechodzili w pobliżu miejsca zbrodni. Doskonale zapamiętali oni trzech młodych ludzi w wojskowych ubraniach, którzy kręcili się wtedy w okolicy. Jeden z nich miał prawdopodobnie broń, musieli to więc być kłusownicy. Policja zaczęła rozglądać się po okolicy, a w Świemirowie dosłownie zaroiło się od mundurowych. Szukali osobników podobnych do tych, których opisywali świadkowie i już po południu aresztowano pierwszego podejrzanego.

Otto Reinhard był robotnikiem, ale od pewnego czasu nie miał pracy. Ludzie przypomnieli sobie, że dość często widywano go w lesie, a na dodatek w dzień po zabójstwie zachowywał się dziwnie. Rozpowiadał po wsi różne rzeczy na temat zmarłego leśniczego i policjanci uznali, że o zdarzeniu, które rozegrało się w lesie musi wiedzieć znacznie więcej, niż okoliczni mieszkańcy.

Reinhard z początku nic nie chciał mówić. Twierdził, że w czasie, kiedy strzelano do Heusmanna był w domu, ale wystarczyło nim tylko trochę "wstrząsnąć", aby wyznał wszystko.
- Ja do Heusmanna nie strzelał... Mnie przy tym nawet nie było, jak to sie stało... - zapierał się.
- Kto więc strzelał. Gadaj wreszcie, bo żywy stąd nie wyjdziesz...
- To Kroll strzelał.
- Kto to jest ten Kroll?
- Kumpel z roboty. My razem poszli do lasu...
- Coście tam robili?
- Worki my przenosili...
- Co było w workach?
- Nie wiem... Jak Boga kocham, nie wiem...
- Kto jeszcze był z wami?
- Sehnke...
- Kto?
- Sehnke, też kumpel z pracy.
- Gdzie tamci są teraz?
- Nie wiem... Kroll gdzieś zniknął...
- A ten drugi?
- Nie wiem... Pewno u lekarza...
- Co mu sie stało?
- Leśniczy w ręke mu strzelił. Jak my go nieśli, to chwilami od zmysłów odchodził...


* * *

Krolla zatrzymano pod wieczór, a kilka godzin później znalazł się też Sehnke. Leczył zranioną rękę w szpitalu sióstr Diakonis w Gdańsku. Policjanci od razu zakuli go w kajdany i zabrali do więzienia sądowego, ale podobnie jak Kroll nic powiedzieć nie chciał. Twierdził, że nigdy w lesie nie kłusował, a o kontuzjowanej ręce mówił, że sam się przez przypadek postrzelił. Zeznawać zaczął, gdy go trochę postraszono i gdy uświadomiono mu, że na równi z Krollem odpowiadać może za morderstwo.

- Tego chcesz baranie!? Kat ci ten głupi łeb odrąbie i będzie po tobie! - policjant pochylił się nad nim jak sęp nad struchlałą ze strachu myszą. Widać było, że Sehnke ma dość wszystkiego.
- To nie ja strzelał. To Kroll wypalił... - wyksztusił w desperacji.
- Jak to Kroll? Przecież to u ciebie karabin widziano.
- Ja nawet przymierzyć nie zdążył, jak mi leśniczy pół ręki odstrzelił... To Kroll z pistoletu wypalił...
- Od początku gadaj jak to było!
- Boże...
- jęknął odruchowo zasłaniając twarz. - Litości!
- Nie bój sie głupku! Jak prawde gadać będziesz nic ci się nie stanie...
- My pierwszy raz na lewizne poszli. W domu bieda. My nie mieli co jeść, to ja pomyślał, że dobrze będzie co z lasu przynieść...
- To ty namówił tych dwóch osłów?
- Krolla przede wszystkim, bo Reinhard broni nie miał. My tylko do pomocy go wzięli...
- Kroll miał pistolet?
- Tak.
- Kiedy wy natknęli sie na leśnego?
- My do domu już wracali, jak nas zatrzymał. Wyszedł nagle zza drzew i krzyknął "Ręce do góry!", więc ja zbaraniał. Nie pamiętam, co ja wtedy zrobił, ale zdaje mi sie, że leśny pomyślał, że chcę strzelić do niego i wypalił do mnie z fuzji.
- Ty mi tu głupot nie gadaj! -
krzyknął policjant i Sehnke aż się skulił - Celować chciałeś do niego, ale leśny cię ubiegł...
- Ja nie chciał strzelać! Jak Boga kocham! Ja nie chciał strzelać!
- Dobra już dalej gadaj...
- Jak Heusmann wypalił, to ja tylko ból poczuł. W głowie mnie się zakręciło i ja tylko zobaczył jak Kroll wystrzelił z pistoletu, co go z wojska miał. Jak ja się ocknął, to leśny martwy już leżał. Wtedy zawlekli my go w te krzaki i czym prędzej do domu my poszli...
Opuścił głowę i zastygł tak na dłuższy czas. Gdy go wyprowadzano szedł posłusznie jak dziecko.


* * *

Sehnke i Kroll stanęli przed gdańskim sądem przysięgłych 3 listopada 1919 r. Obu zarzucano zabójstwo i obaj przyznali się do winy, więc proces nie trwał długo. Obrońca domagał się, by zarówno Sehnkemu, jak i Krollowi przyznać okoliczności łagodzące z uwagi na ciężkie położenie, w jakich znalazły się ich rodziny po wojnie, ale sędziowie odmówili.

- Wszyscy po wojnie są w trudnej sytuacji - zauważył prokurator. - Na rynku brakuje podstawowych produktów żywnościowych i każdy boryka się z różnorakimi kłopotami. Gdyby jednak każdy szedł z tego powodu do lasu polować na zwierzęta i strzelać do leśniczych, to wkrótce zabrakłoby zarówno tych pierwszych, jak i tych drugich. Na to nikt z nas się przecież nie godzi... - argumentował i przysięgli przyznali mu rację. Tyle, że nie zgodzili się na zaproponowany przez niego wymiar kary.

Prokurator żądał dla Krolla 15 lat, a dla Sehnkego 8 i pół roku ciężkiego więzienia, ale orzeczenie sądu brzmiało łagodniej. Kroll skazany został na 14 i 3 miesiące, a Sehnke na 6 lat i 3 miesiące ciężkiego więzienia.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (60)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika