wiadomości

stat

Wolni żeglarze mieli marzenia większe od rozsądku

artykuł historyczny

W komunistycznej Polsce marzenia o wolności były realizowane w różny sposób. Dwaj bracia ze wschodu Polski uzyskali ją, gdy zostali Wolnymi Polskimi Żeglarzami.



MieczysławPiotr Ejsmont urodzili się 3 listopada 1940 roku w Grodnie. Od dzieciństwa byli nierozłączni i ciągle ciągnęło ich na wodę. Gdy już nieco podrośli zapisali się do morskiego klubu Ligi Ochrony Kraju, by rozwijać swe żeglarskie pasje i w przyszłości spełnić swe największe marzenie - odbyć rejs przez wszystkie morza i oceany.

Ich "morska kariera" nieco wyhamowała, gdy z powodu zbyt młodego wieku nie przyjęto ich do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni. Udaje im się natomiast odbyć kilka rejsów m. in. na pokładzie "Janka Krasickiego" czy "Zawiszy Czarnego", podczas których zdobyli dyplomy sterników morskich.

Szara rzeczywistość dała o sobie niebawem znać, gdyż bracia musieli z czegoś się utrzymywać. Za namową rodziny wrócili do Węgorzewa, gdzie dostali pracę na kolei. Długo tam jednak nie zagrzali miejsca - zew morza był zbyt silny.

Mieli po 19 lat, gdy wystąpili o zgodę na odbycie rejsu dalekomorskiego. Gdy im odmówiono, nie mieli zamiaru się poddawać.

Trzeba przyznać, że bracia Ejsmont nie rozdrabniali się: ich plan zakładał odbycie rejsu dookoła świata. We wrześniu 1959 roku przyjechali do Szczecina, gdzie wypożyczyli mały, bo zaledwie 6-metrowy jacht "Powiew". Do dziś nie wiadomo, w jaki sposób bracia ominęli patrole morskie WOP, ale udało się i wypłynęli na pełne morze.

Jednak w pewnym momencie limit szczęścia się wyczerpał. Gdy żeglarzom zamokły zapasy żywności, musieli zawinąć do portu na Bornholmie, by je uzupełnić. Swoim pojawieniem się na duńskiej wyspie wywołali spore zamieszanie i... popłoch wśród pracowniku konsulatu PRL. Bo właśnie do konsulatu "nieuświadomieni politycznie" bracia zgłosili się z prośbą o udostępnienie żywności. Zapewniali przy tym, że nie chcą żadnego azylu, a po skończonym rejsie na pewno powrócą do kraju.

Po otrząśnięciu się z pierwszego zaskoczenia, dyplomaci zrobili to, co musieli zrobić - bracia zostali deportowani do Polski, gdzie z miejsca ich aresztowano. Oskarżenia, jakie przeciwko nim przygotowano, były poważne - porwanie jachtu i ucieczka z Polski. Czekając na wyrok, pięć miesięcy spędzili w więzieniu, ale na szczęście sąd, biorąc pod uwagę młody wiek oskarżonych i ich dotychczasową dobrą opinię umorzył sprawę.

Niedługo po zakończeniu sprawy bracia otrzymali powołanie do wojska, gdzie skierowano ich do służby w 9 Flotylli Obrony Wybrzeża na Helu. Być może także dzięki temu w następnych latach Ejsmontowie pozostali już na wybrzeżu - w Gdyni udało im się dostać pracę bosmanów na jachtach "Wielkopolska" i "Polonia".

Władza komunistyczna była jednak niezwykle pamiętliwa - Piotr i Mieczysław dostali kategoryczny zakaz wspólnego wychodzenia w morze. Dodatkowo, obu im odmówiono udziału w rejsie polskich żeglarzy dookoła Ameryki Południowej.

Bracia po raz kolejny pokazali jednak swą determinację - w lipcu 1965 roku, gdy mimo zakazu oba jachty, na których pływali znalazły się w Kopenhadze, Ejsmontowie zeszli z pokładów i poprosili o azyl polityczny. Szybko go otrzymali i odtąd nic już nie stało na przeszkodzie do realizacji ich odwiecznego marzenia.

Obaj zatrudnili się w fabryce, by za odłożone pieniądze zakupić własny jacht. Gdy to się już udało nadali mu nazwę "John", na cześć Johna F. Kennedy'ego, który ostro wypowiadał się o potrzebie wprowadzenia wolności w krajach bloku wschodniego.

Rejs, który rozpoczął się 14 maja 1967 roku, trudno zaliczyć do udanych. Jeszcze na Morzu Północnym doszło do kolizji z duńskim tankowcem, który dość nieudolnie manewrował w pobliżu jachtu.

Szczęśliwa gwiazda jednak nie opuszczała Ejsmontów - dość szybko udało im się zebrać nowe środki (część pochodziła z odszkodowania za uszkodzony jacht) i kupić większy, nieco nowocześniejszy jacht "John II", którym praktycznie od razu postanowili pokonać Atlantyk.

Decyzja szalona? Ale tym razem się udało! "John II" był najmniejszym polskim jachtem, który przepłynął Atlantyk. Ale, ale - czy na pewno polskim? Co szczególnie ważne podkreślenia bracia Ejsmontowie cały czas pływali pod polską banderą... No, prawie polską, gdyż była to stworzona przez nich bandera Wolnych Żeglarzy - biało-czerwona bandera z wcięciem i niebieską obwódką.

Ich przybycie do Stanów Zjednoczonych było sporym wydarzeniem (jako ciekawostkę możemy podać fakt, że w podróży bracia skończyli 28 lat). O randze ich przybycia może choćby świadczyć to, iż spotkali się z senatorem Edwardem Kennedym, bratem nieżyjącego już prezydenta.

Sukces podróży przez Atlantyk sprawił, że bracia wrócili do największego marzenia - opłynięcia kuli ziemskiej. Zaczęli zbierać fundusze na pełnowartościową jednostkę morską. Bardzo pomocna okazała się amerykańska Polonia, zachwycona ich wcześniejszym dokonaniem. Sporą część funduszy wyłożyła także zamożna ciotka braci - Emilia Markiewicz-Marks. Dzięki temu Ejsmontom udało się w pełni wyposażyć jacht "Polonia" i wyruszyć w swój wymarzony rejs. Nie płynęli sami: ze względu na wielkość jachtu dobrali sobie załoganta - 22-letniego Wojciecha Dąbrowskiego, który na pokład wszedł podczas postoju w Argentynie.

Do dziś dokładnie nie wyjaśniono, co stało się z jachtem i trójką żeglarzy. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania zarządzone przez chilijskie lotnictwo i argentyńską marynarkę nie przyniosły żadnych rezultatów. Wiemy tylko, że Ejsmontowie planowali opłynięcie przylądka Horn a następnie powrót do portu w Buenos Aires. Zaginęli jednak pod koniec 1969 roku.

Pamięć o braciach żywa jest po dziś dzień - w Sokółce na Podlasiu mają swój pomnik, a w rodzinnym Węgorzewie na Mazurach co rok odbywa się memoriał o Puchar Braci Ejsmontów.

Ich pasję trafnie podsumował jeden z polskich słynnych kapitanów jachtowych, Krzysztof Baranowski, który powiedział iż w ich przypadku "siła marzeń była większa od rozsądku".

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (10)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika