wiadomości

stat

Szwedzka epopeja polskich podwodniaków

artykuł historyczny

O działaniach OORP "Wilk", "Orzeł", "Dzik" i "Sokół" napisano już prawie wszystko. Nawet krótka i tragiczna historia ORP "Jastrząb" doczekała się licznych opracowań. W tym wszystkim jakoby zapomniano o trzech jednostkach, które los - a niektórzy stwierdzą, że polskie dowództwo - skazał na internowanie w Szwecji.



O OORP "Sęp", "Żbik""Ryś" pisaliśmy już na stronach Trojmiasto.pl. Patrząc na ich losy podczas kampanii wrześniowej trudno nie zauważyć, że założenia planu operacyjnego "Worek" były bardzo chybione.

Dużych niemieckich okrętów, na które mieli polować nasi podwodniacy, w rejonie Zatoki Gdańskiej raczej nie było. Sporadycznie pojawiały się niszczyciele, a pancerniki "Schlesien" i "Schleswig-Holstein" rzadko opuszczały bezpieczne miejsce cumowania. Gdy już wypływały, to zawsze w licznej eskorcie mniejszych jednostek. Desantu na Hel Niemcy nie planowali, za to użyli wielu jednostek przeciwminowych i zwalczających okręty podwodne.

Na tym ostatnim najgorzej wyszedł ORP "Ryś", którego rejon patrolowania wypadł akurat na linii nieprzyjacielskiego dozoru. Pecha miał również "Sęp" - wykonał jedyny atak torpedowy na niemiecki niszczyciel podczas kampanii wrześniowej, który w dodatku zakończył się niepowodzeniem, a dla okrętu polskiego silnymi kontratakami bombami głębinowymi.

Można powiedzieć, że jedynie "Żbik" odniósł częściowy sukces, bo to na postawionych przez niego minach zatonął trałowiec "M-85".

"Ryś" i "Sęp" po kontakcie z nieprzyjacielem odniosły szereg mniejszych i większych uszkodzeń (o ich skali może świadczyć choćby fakt, iż "Ryś" nie zważając na zakaz wydany przez komandora Mohucznego wpłynął na doraźne naprawy do portu wojennego na Helu).

Z kolei "Żbik", który co prawda nie był mocno atakowany, to przez wcześniejsze lata nie był remontowany w doku, więc i jego stan nie był dobry.

W związku z tym wszystkim komandor podporucznik Władysław Salamon (dowódca "Sępa"), komandor podporucznik Aleksander Grochowski ("Ryś") i komandor podporucznik Michał Żebrowski ("Żbik") musieli sobie odpowiedzieć sobie na pytanie "co dalej". Bo dalsza walka na poważnie uszkodzonych jednostkach musiała skończyć się tragiczne.

Dowództwo Floty dało dowódcom wybór - mogli albo próbować przedrzeć się do Wielkiej Brytanii lub - gdyby to się nie udało - wpłynąć do któregoś z portów neutralnych.

Na początku decyzja mogła być tylko jedna - kurs na Anglię. Niestety, po udanej przeprawie ORP "Wilk" (w nocy z 14 na 15 września szczęśliwie udało mu się przebyć cieśninę Sund) Niemcy skierowali w ten rejon liczne dodatkowe jednostki do zwalczania okrętów podwodnych.

Dlatego 17 września (ORP "Sęp"), 18 września (ORP "Ryś") i 25 września (ORP "Żbik") wpłynęły na wody terytorialne Szwecji.

Przybycie okrętów, na których znajdowało blisko 190 oficerów i marynarzy, było dla Szwedów dużym zaskoczeniem i początkowo nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić. Ograniczyli się zatem do zaplombowania radiostacji okrętowych, rozbrojeniu jednostek i utworzeniu tymczasowego obozu przejściowego dla marynarzy.

Sytuacja zmieniła się po spektakularnej ucieczce "Orła" z Estonii - władze szwedzkie obawiały się podobnego zajścia, dlatego też polskie jednostki skierowano do Vaxholm, a następnie zdemontowano istotne elementy maszyn, bez których nie dało się ich uruchomić.

Dodatkowo pojawiły się naciski, ażeby Polacy, wbrew prawu międzynarodowemu, opuścili swe okręty. Na to marynarze się nie zgodzili, co z kolei spowodowało dodatkowe represje - ograniczono im swobodę poruszania się, a drobne szykany stały się codziennością. Na przykład wyjście poza obóz było możliwe jedynie w szyku i to pod silną eskortą.

Komendant obozu był zdeklarowanym germanofilem, co nie ułatwiało wzajemnych relacji. Odbijało się to również na stanie psychicznym marynarzy, którzy zaczęli popadać w apatię. Pojawiały się incydentalne problemy z utrzymaniem dyscypliny.

Sytuacja w Szwecji mocno zaniepokoiła kontradmirała Jerzego Świrskiego, tym bardziej, że docierały do niego sygnały o coraz większym rozprężeniu wśród internowanych. Świrski wspominał potem, że liczył, iż załogi okrętów internowanych w Szwecji podejmą próbę ucieczki. I faktycznie: indywidualne próby ucieczek były podejmowane, ale nikt nie pomyślał o uciecze na okręcie.

Pojawił się pomysł, by wyczerpanych psychicznie dowódców (tak ocenili ich wysłani do Szwecji oficerowie) zastąpić innymi, którzy tchnęliby nowego ducha w marynarzy i razem podjęli próbę przedarcia się do Anglii. Tu z kolei natrafiono na zdecydowany opór... Brytyjczyków, którzy w długim memorandum uzasadniali swoje stanowisko. Ich zdaniem bez pomocy Szwedów i ich map wyprowadzenie okrętów było niemożliwe, a nawet gdyby udało się opuścić port to cieśnina Sund była zbyt dobrze strzeżona przez nieprzyjaciela. Za najważniejszy argument podawali, że gdyby ucieczka się powiodła, mogłaby być pretekstem do napaści Niemiec na Szwecję.

Plany ucieczki spaliły więc na panewce. Podjęto szereg działań dyplomatycznych, mających na celu uwolnienie okrętów, ale i one nie poskutkowały. Załogi powoli przyzwyczajały się myśli, że całą wojnę przyjdzie im spędzić w internowaniu.

Wydawać by się mogło, że sytuacja zmieni się po wydarzeniach z 9 kwietnia 1940 roku, kiedy to Hitler zaatakował Danię i Norwegię. Szwedzi zaczęli obawiać się o swoje bezpieczeństwo, dlatego zmobilizowali część swoich sił. Dość szybko podjęto decyzję o przebazowaniu "Sępa", "Żbika" i "Rysia" do bazy szwedzkiej marynarki wojennej w Sztokholmie, gdzie poddano je drobnym remontom i - co najważniejsze - ponownie je uzbrojono.

Załogi się ożywiły i nie mogły doczekać się udziału w walce. Okręty doprowadzono do stanu, w którym mogły alarmowo opuścić port w ciągu kilku godzin. Trzeba było tylko pobrać paliwo i... nic, bo Szwedzi wciąż pamiętali o ucieczce "Orła". Choć obawiali się niemieckiej agresji, z drugiej strony obawiali się, że Polacy po pobraniu paliwa po prostu uciekną, dając tym samym kolejny pretekst Hitlerowi.

W tym samym czasie sztab admirała Świrskiego opracowywał już plany wykorzystania polskich okrętów, jakby nie zwracając uwagi na szybko zmieniającą się sytuację i fakt, iż do samego opuszczenia portu było jeszcze bardzo daleko.

Niebawem przyszło kolejne rozczarowanie - władze szwedzkie uznały, że niebezpieczeństwo ze strony Niemiec zostało zażegnane, więc w trosce o swoją neutralność cofnęły mobilizację i ponownie rozbroiły polskie okręty. Załogi ponownie popadły w marazm, którego całkowicie nie była w stanie odwrócić nawet wydana dla nich specjalna odezwa od Naczelnego Wodza.

Polskie okręty po krótkim pobycie na jeziorze Malaren, skierowano ostatecznie do Mariefred, gdzie przygotowano odpowiednie miejsca dla marynarzy. Duch bojowy praktycznie w ogóle upadł, tym bardziej, że w jednym ze swych rozkazów kontradmirał Świrski zabronił podejmowania jakichkolwiek prób ucieczki.

Marynarze szybko przekonali do siebie lokalnych mieszkańców. Często zdarzało się, że Polacy podejmowali pracę w lesie lub przy zbiorach. Odbijało się to na dyscyplinie wojskowej, która praktycznie już nie istniała.

I tak minęła wojna.

Jesienią 1945 roku polskie załogi internowane w Szwecji stanęły przed wyborem - powrót do kraju, pozostanie w Szwecji lub emigracja do Anglii. Takie opcje przedstawił im wysłany z kraju oficer "polskiej" floty, który nie potrafił nawet zbyt dobrze mówić po polsku, za to w ojczystym rosyjskim rozmawiał doskonale.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że okręty zostały obsadzone jedynie szkieletowymi obsadami i ostatecznie 24 października 1945 roku powróciły do Gdyni. Ci z marynarzy, którzy zostali w Szwecji pozakładali rodziny i w niedługim czasie Mariefred stało się niemal "polskim" miasteczkiem. W 1966 odsłonięto tam tablicę pamiątkową, a na cmentarzu znajduje się zbiorowa polska mogiła.

A co czekało tych, którzy wrócili do "odrodzonej" Polski? Za przykład niech posłuży historia, która wydarzyła się aż sześć lat po wojnie. Wiosną 1951 roku ORP "Sęp" pływał szkoleniowo po Bałtyku. Jeden z marynarzy, mat Marian Kowal, zażartował, że okręt mógłby wpłynąć do Szwecji, by sprawdzić, czy Szwedki jeszcze pamiętają polskich marynarzy. Wkrótce po tym załoga ORP "Żuraw" uprowadziła swoją jednostkę do Szwecji.

Informacja Wojskowa, mająca wtedy wszędzie swych informatorów, szybko przypomniała sobie o żarcie mata Mariana Kowala. Wraz z siedmioma kolegami został aresztowany i poddany torturom. Oskarżenia niezwykle poważne - udział w spisku mającym na celu uprowadzenie okrętu. Kary - po 16 lat więzienia dla marynarzy, wyrok śmierci dla Mariana Kowala.

Mimo apelacji i wnoszonych do najwyższych organów państwa próśb wyrok wykonano, a rodziny nie poinformowano nawet o miejscu złożenia zwłok.

Na fali odwilży roku 1956 wszystkich skazanych w tym sfingowanym procesie uniewinniono.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (25)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika