wiadomości

stat

Poznaj najciekawsze gdańskie legendy

artykuł historyczny
Klabaternik, dobry duszek każdego statku.
Klabaternik, dobry duszek każdego statku. mat. hetman80.deviantart.com

Nie ma chyba takiego miasta, które obok swej oficjalnej historii, nie posiadałoby legend z nim związanych. Podobnie jest w przypadku Gdańska i jego okolic. Dziś przypomnimy niektóre z nich.



Jak to ze spojrzeniem gdańskich lwów było...

Większość gdańszczan doskonale kojarzy herb miasta. Są na nim oczywiście dwa lwy, które patrzą na siebie. Ale czy wszystkie?

Gdańsk od dłuższego czasu był solą w oku władcy Prus, Fryderyka II. By w końcu wymusić od niepokornego grodu uległość, niemiecki monarcha postanowił w 1765 roku otworzyć komorę celną w Kwidzynie. Choć w niedługim czasie odbiło się to dość znacznie na sytuacji ekonomicznej Gdańska, mieszczanie nie zamierzali rezygnować ze swej wolności, ani tym bardziej odwracać się od Rzeczpospolitej.

Swą postawę postanowili zatem zamanifestować - zapadła decyzja by przyozdobić miejski ratusz nowym herbem. Tu warto zaznaczyć, że w owych czasach Gdańsk mógł się poszczycić kamieniarzami najwyższej, światowej klasy. Najznamienitszym z nich był zaś Daniel Eggert. Ulubionymi postaciami, jakie rzeźbił, były lwy. Mistrz poczuł się niezwykle wyróżniony, że to właśnie jego spotkał taki zaszczyt i od razu zabrał się do pracy.

Wspomnijmy, tak w ramach oczywistego przypomnienia, jak wygląda herb Gdańska - znajduje się na nim tarcza z koroną, pod którą umiejscowione są dwa krzyże. Całość "trzymana" jest przez dwa lwy, spoglądające na siebie. Oczywiście każdy artysta pragnie by jego dzieło było najpiękniejsze i jedyne w swoim rodzaju. Podobnie było i tym przypadku. Po kilku tygodniach wytężonej pracy zadanie zostało wykonane.

Ruszyły zatem przygotowania do uroczystego odsłonięcia nowego dzieła. Miejscy radni postanowili zrobić z tego huczne wydarzenie, które miało podtrzymać na duchu mieszczan. Gdy jednak w kulminacyjnym momencie osłonięto wynik pracy mistrza Daniela, początkowy zachwyt ustąpił miejsca zdziwieniu i niedowierzaniu. No bo jak to tak - korona jest, krzyże i tarcza również, ale lwy nie spoglądają na siebie, tylko w jednym kierunku! Czy to możliwe, żeby mistrz aż tak się pomylił? Coraz głośniejsze stawały się głosy oburzenia i nie wiadomo jak to by się ostatecznie dla Daniela skończyło, gdyby z tłumu nie wystąpił stary mistrz kamieniarstwa Krzysztof. Spojrzał on na herb, odwrócił się w stronę mieszczan i rzekł te słowa "czyż nie widzicie w którą stronę patrzą nasze lwy? Patrzą tam, gdzie zaczyna się Droga Królewska, ku Wyżynnej i Złotej Bramie. Stamtąd, od strony Rzeczpospolitej, od króla Stanisława, przyjdzie pomoc i wsparcie dla naszego Gdańska". Wszyscy zgromadzeni podążyli wtedy za spojrzeniem lwów i dopiero wtedy zrozumieli zamysł Daniela.

Choć jego dzieło faktycznie podniosło ducha u mieszczan, lwy nadaremno wypatrywały polskiego władcy. Oczekiwana pomoc nie nadeszła, a niedługo potem Gdańsk dostał się pod pruską strefę wpływów. Jednak każda legenda powinna posiadać dobre zakończenie, więc nie inaczej jest i tym razem, bo ostatecznie po wielu wielu latach Gdańsk powrócił do Rzeczpospolitej. A Lwy? Cóż, dalej zdobią fasadę Ratusza Miejskiego, patrząc razem w tym samym kierunku.

Pierwszym, który zobaczył Amerykę był...

Czy tak mógł wyglądać Jan z Kolna?
Czy tak mógł wyglądać Jan z Kolna?
Dawno dawno temu, w kaszubskiej wsi Kolno, mieszkał młody chłopak imieniem Jan. Już od najmłodszych lat ciągnęło go w stronę morza, gdyż niczego bardziej nie pragnął jak tylko zostać wielkim żeglarzem i odkrywcą. Możemy sobie wyobrazić jego radość, gdy pewnego dnia udał się wraz z kuzynem do portowego Gdańska.

Gdy razem weszli na Drogę Królewską oczom Jana ukazał się stojący na fontannie Neptun. Ówczesna tradycja nakazywała, że kto po raz pierwszy go zobaczy musi niezwłocznie złożyć pocałunek na jego... pośladkach. Miało to w przyszłości zapewnić całującemu niezmierzone bogactwo i szczęście. Jan oczywiście nie chciał być gorszy, lecz gdy już wskoczył do fontanny i zbliżył się do rzeźby, nagle usłyszał głos Władcy Mórz, mówiący: "nigdzie nie będziesz mnie całował! Znam Twe marzenia, zatem szybko biegnij do portu i znajdź statek "Ostatnia Nadzieja". Gdy już to uczynisz, wejdź na niego i poczekaj aż wyjdzie on w morze. Na statku mieszka dobry duszek, Klabaternik. Łatwo go poznasz, bo ubrany jest w strój marynarski i kapelusz spod którego twarzy mu nie widać. On to właśnie pomoże Ci w realizacji Twojego marzenia".

W tym miejscu warto tylko powiedzieć, że Klabaternik zwany również czasem Klabautermannem, był dobrym, opiekuńczym duszkiem statku. Znany był ze swojego przyjaznego usposobienia. Z jednej strony pomagał pracowitym marynarzom, a z drugiej nie miał litości dla tych leniwych, często dość znacznie uprzykrzając im życie. Nigdy nie opuszczał swego statku chyba, że nie było już żadnej szansy na jego ratunek.

Dobrego duszka można było oczywiście zobaczyć, ale najczęściej wyłącznie o północy przy kluzie kotwicznej. No chyba, że sam Klabaternik zadecydował inaczej. Wracając do naszej opowieści, gdy już na morzu załoga odkryła Jana, pasażera na gapę, w pierwszym odruchu chciała go po prostu wyrzucić za burtę. Wtedy właśnie pojawił się Klabaternik i poprosił, by pozwolono mu mimo wszystko zostać i uczestniczyć w dalszym rejsie.

Tak też zaczęła się przygoda Jana z morzem. Trwała ona przez wiele lat, a nasz bohater wyrósł na dzielnego i mężnego żeglarza, któremu zawsze towarzyszył oddany przyjaciel, którym nie mógł być nikt inny, jak tylko Klabaternik. Podczas jednej z ich licznych rozmów, duszek zdradził Janowi, że Amerykę tak naprawdę odkrył nie Kolumb, ale imiennik naszego bohatera - Jan z Kaszub. Nie wiedzieć tylko czemu w późniejszych latach kronikarze pomijali ten fakt, uparcie twierdząc, że to Krzysztof Kolumb był tam pierwszy.

Mijały kolejne lata, podczas których Jan dorobił się ogromnej fortuny i własnego statku który nazwał "Jan z Kolna". Wtedy przypomniał sobie opowieść duszka o Ameryce i postanowił wziąć udział w wyścigu do jej brzegów. Jak się niebawem okazało, jego przeciwnikiem był nie byle kto. "Jan z Kolna" miał się ścigać z galeonem "Krzysztof Kolumb". Oj, ciężka to była podróż, naznaczona przez liczne sztormy i huragany. Cała załoga, nie wyłączając Klabaternika miała pełne ręce roboty - sam duszek nie raz pomagał załodze łatać dziury czy też swą latarenką wskazywał drogę między mieliznami. Ostatecznie to "Jan z Kolna" wygrał wyścig. Tym razem w cały świat poszła wieść kto pierwszy przybił do wybrzeża Ameryki. I tak oto, skromny Jan z Kolna nie dość że spełnił swe marzenia to jeszcze pokonawszy Krzysztofa Kolumba "odkrył" Nowy Świat. Warto o tym pamiętać jadąc jedną z gdańskich ulic która nosi imię "sławnego" kaszubskiego odkrywcy.

Kamienne "więzienie" pewnego Czarta

Wraz z przybyciem do Gdańska Zakonu Braci Kaznodziejów, zwanych również Dominikanami, tradycją się stało, by co rok organizować odpust ku czci świętego Dominika. Kto tylko mógł przybywał zatem do miasta, by posłuchać mądrych dominikańskich nauk i kazań. Licznie przybywali na to wydarzenie również i Kaszubi.

Cała ta sytuacja, jak można się domyślać, zupełnie nie podobała się zupełnie gdańskiemu Czartowi. No bo jak tu kusić, jak ludzi na złą drogę sprowadzać, gdy moc modlitw skutecznie to uniemożliwia? Pewnego dnia przyszedł mu do głowy iście szatański pomysł. Postanowił wziąć największy głaz jaki zdoła unieść i rzucić go przed Bramę Wyżynną blokując tym samym dostęp do miasta.

Jak wymyślił, tak zrobił - udał się zatem do lipuskiego lasu w poszukiwaniu odpowiedniego kamienia. Poszukiwania nie trwały co prawda długo ale sama podróż nie należała do najłatwiejszych. Czy nasz Czart był wątłej budowy, czy też skutecznie osłabiły go dominikańskie modlitwy, tego nie wiemy, ale już po niespełna kilometrze lotu siły zaczęły go opuszczać. Niedaleko miejscowości Kościerzyna, jakby tego wszystkiego było mało, do uszu Czarta doszło pianie koguta, a jak powszechnie wiadomo, obok wody święconej modlitw i kilku innych rzeczy, diabły boją się promieni słońca.

Przestraszony już nie na żarty Czart zaczął zatem szukać schronienia. Ponieważ nie dały one rezultatu, a na niebo zaczynało już wschodzić słońce, nasz bohater postanowił zrzucić głaz na pobliską drogę, wywiercić w nim niewielki otwór i to w nim się schować. Dalszą podróż do Gdańska postanowił odbyć kolejnej nocy. Nie przewidział tylko jednej rzeczy.

Otóż już za dnia mieszkańców okolicznej wioski niezmiernie zaskoczył widok leżącego na drodze ogromnego kamienia, którego wcześniej tu nie było. Mimo licznych prób, nie udało im się go przesunąć. Sprowadzony na miejsce proboszcz jednoznacznie stwierdził, że to znak od Boga i że mieszkańcy w owym głazie powinni ustawić krzyż. Niebawem pojawił się kowal z krucyfiksem, który niezwłocznie osadzono... w dziurze, w której nadal siedział Czart. Głaz pozostawiono na miejscu, a do miasta wyznaczono nową drogę. Spoczywa on tam po dziś dzień i podobno gdy się przyłoży do niego ucho, słychać ciche złorzeczenia uwięzionego w nim diablika...

Opinie (20) 4 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1921 Spotkanie Stefana Żeromskiego z czytelnikami Stefan Żeromski spotkał się w Gdyni z czytelnikami. Do spotkania doszło w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Pomorza.

1999 Przy ul. Stągiewnej odbudowano kamieniczki Przy ul. Stągiewnej na Wyspie Spichrzów odbudowano i oddano do użytku kompleks kamieniczek.

Sprawdź się

Ilu mieszkańców zakładał plan zabudowy Gdyni, stworzony w 1925 roku?