wiadomości

stat

Powrót syna fałszywego. Historia jednego z najsłynniejszych szpiegów PRL-u

artykuł historyczny
Na prawym zdjęciu Heinz Peter Arnold vel. Janusz Halicki, mieszkaniec Trójmiasta niemieckiego pochodzenia. Na lewym zdjęciu jego "wtórnik", czyli agent polskiego wywiadu Jerzy Kaczmarek.
Na prawym zdjęciu Heinz Peter Arnold vel. Janusz Halicki, mieszkaniec Trójmiasta niemieckiego pochodzenia. Na lewym zdjęciu jego "wtórnik", czyli agent polskiego wywiadu Jerzy Kaczmarek.

W lutym 1986 roku miała miejsce ostatnia wymiana szpiegów pomiędzy państwami ówczesnego Bloku Wschodniego i Bloku Zachodniego. Wśród wymienionych był Jerzy Kaczmarek, jeden z najsłynniejszych agentów wywiadu PRL. Polak przez niemal siedem lat szpiegował w Zachodnich Niemczech pod fałszywą tożsamością. Dawcą jego przybranych personaliów był zmarły w tajemniczych okolicznościach Janusz Halicki*, mieszkaniec Trójmiasta niemieckiego pochodzenia.



Choć mało kto byłby w stanie odpowiedzieć na pytanie, kim w żargonie służb specjalnych jest "wtórnik", prawie każdy podziwiał na szklanym ekranie jego filmowe kreacje. Wielu z nas oglądało przecież osadzone w realiach II wojny światowej seriale "Stawka większa niż życie" czy "Tajemnica twierdzy szyfrów". Głównymi bohaterami tych produkcji telewizyjnych byli właśnie "wtórnicy", czyli agenci działający pod przybraną tożsamością innych, realnie żyjących ludzi. Bohater pierwszego serialu udawał kapitana Abwehry Hansa Klossa, zaś drugiego serialu Johanna Jorga, również kapitana Abwehry.

Recepta na wywiadowczy sukces

Jaki jest sens wcielania się działających w obcym państwie szpiegów pod skradzioną tożsamością? Czy nie lepiej byłoby po prostu stworzyć agentowi fikcyjny życiorys? Wbrew pozorom, absolutnie nie. Celem "wtórnika" jest bowiem umiejscowienie go na ważnym stanowisku w organach danego państwa, gdzie będzie miał dostęp do cennych i przede wszystkim poufnych informacji. Praca bądź służba na takim stanowisku wiąże się z reguły z dokładnym prześwietleniem życiorysu kandydata przez służby kontrwywiadowcze danego kraju.

Jakakolwiek luka w biogramie czy brak świadków, mogących potwierdzić jego dany epizod, najpewniej zakończy się wpadką. Umiejętne wcielenie się w realnie żyjącą, bądź zmarłą niedawno osobę spowoduje, że oficerowie kontrwywiadu szpiegowanego państwa pozytywnie zweryfikują "kreta", gdyż w jego życiorysie nie znajdą niczego podejrzanego.

Najsłynniejszym "wtórnikiem" w historii wywiadu PRL był niewątpliwie Jerzy Kaczmarek, który w latach 1978-1985 szpiegował w Bremie, w ówczesnych Niemczech Zachodnich. Kaczmarek posługiwał się tożsamością Heinza Petera Arnolda vel. Janusza Halickiego, mieszkańca Trójmiasta niemieckiego pochodzenia. Wkrótce po zdemaskowaniu Kaczmarka, dawca jego przybranej tożsamości zmarł w tajemniczych okolicznościach.

Żona SS-manna zakochuje się w oficerze Armii Czerwonej

W marcu 1945 roku niemiecki Lauenburg, który wkrótce miał stać się polskim Lęborkiem, został zdobyty przez żołnierzy Armii Czerwonej. Choć miasto zostało zajęte bez niemal jednego wystrzału, zwycięzcy nie zamierzali stosować wobec mieszkańców taryfy ulgowej i krwawo zemścili się nich za okrucieństwa, dokonane wcześniej przez żołnierzy niemieckich na terenie Związku Radzieckiego. Podobnie jak w innych miastach na wschodzie dogorywającej III Rzeszy, przez Lauenburg przetoczyła się fala morderstw, gwałtów i kradzieży, a także podpaleń ocalałej zabudowy.

W tych tragicznych warunkach narodziła się miłość niemieckiej mieszkanki miasta oraz oficera Armii Czerwonej. Hildegarda Arnold, 25-latka samotnie wychowująca trzyletnią córeczkę, zakochała się w pochodzącym z dzisiejszej Białorusi oficerze Armii Czerwonej o imieniu Piotr. Mąż Hildegardy, oficer SS, zaginął podczas działań wojennych.

Owocem związku młodej Niemki i radzieckiego oficera był chłopiec, który przyszedł na świat w sierpniu 1946 roku. Dziecko otrzymało na chrzcie imiona Heinz Peter - pierwsze po poległym na froncie bracie Hildegardy, drugie po swoim biologicznym ojcu. Wkrótce po zakończeniu radzieckiej okupacji miasta i włączeniu go w granice Polski, oficer Armii Czerwonej musiał wrócić do swojej ojczyzny. Hildegarda znów została sama, ale nie na długo. Okazało się bowiem, że jej mąż przeżył wojnę i po zwolnieniu z niewoli powrócił do rodzinnego miasta.

Łatwo możemy sobie wyobrazić, jaką wściekłość wywołała u byłego SS-manna obecność dziecka spłodzonego przez niewierną żonę wraz z przedstawicielem "podludzi". Zdradzony mężczyzna nie odszedł od żony, ale nakazał jej porzucić malca. Kiedy w 1947 roku rodzina Arnoldów wraz z innymi, zamieszkującymi Lębork Niemcami została wysiedlona za Odrę i Nysę Łużycką, mający niespełna rok Heinz Peter trafił do sierocińca. W placówce zmieniono mu niemieckie imiona na polskie imię Janusz. Na szczęście, los oszczędził dziecku wychowywania się w przytułku. Mały Janusz został szybko adoptowany przez polską rodzinę Halickich z Sopotu.
Hildegarda Arnold, zwana w dokumentach Służby Bezpieczeństwa "legalizacyjną matką". Nieświadoma oszustwa kobieta zmarła na zawał serca wkrótce po spotkaniu się z polskim agentem.
Hildegarda Arnold, zwana w dokumentach Służby Bezpieczeństwa "legalizacyjną matką". Nieświadoma oszustwa kobieta zmarła na zawał serca wkrótce po spotkaniu się z polskim agentem. www.youtube.com

SB znajduje dawcę i biorcę tożsamości

Janusz Halicki dorastał na Wybrzeżu, nie mając najmniejszego pojęcia o swoich korzeniach. Dopiero w drugiej połowie lat 70-tych, jako dojrzały mężczyzna, mąż i ojciec dwójki dzieci, przypadkiem odnalazł dokument świadczący o jego niemieckim pochodzeniu. Ta informacja wstrząsnęła nim. Jego rodzina wspominała, że nie mógł on pogodzić się z faktem, iż biologiczna matka porzuciła go.

Sopocianin postanowił odszukać swoją biologiczną matkę. Nie miał zielonego pojęcia, że działając poprzez państwowe instytucje, nie miał na to najmniejszych szans. Gdańska jednostka Służby Bezpieczeństwa PRL wytypowała go bowiem jako idealnego kandydata na dawcę tożsamości dla agentów polskiego wywiadu. Halickiemu uniemożliwiono wydanie paszportu, a poczynione przez niego poszukiwania matki za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża zakończyły się fiaskiem.

Oficerem, który miał wcielić się w Janusza Halickiego vel. Heinza Petera Arnolda wybrano pochodzącego z Poznania oficera Służby Bezpieczeństwa Jerzego Kaczmarka. Choć Kaczmarek był aż o pięć lat młodszy od Halickiego, nie był to wybór przypadkowy. Oficer SB był absolwentem germanistyki (studiował w Poznaniu oraz Lipsku) i mówił perfekcyjnie po niemiecku. Różnicę wieku ukryto przy pomocy sprytnej charakteryzacji. Zapuszczenie brody i odpowiednio dobrane okulary sprawiły, że Kaczmarek wyglądał na starszego, niż wskazywałaby metryka.

Pierwszy kontakt i pierwsza śmierć

W kwietniu 1976 roku, zgodnie z rozkazem przełożonych, Kaczmarek przeprowadził się do Bydgoszczy i już pod fałszywą tożsamością rozpoczął pracę jako nauczyciel języka niemieckiego w jednym z tamtejszych liceów. Jednocześnie za pośrednictwem Czerwonego Krzyża rozpoczął oficjalnie poszukiwania swojej rzekomej matki. Kobieta została oczywiście natychmiast "odnaleziona" i nawiązała z agentem kontakt korespondencyjny. Przy okazji wyszło na jaw, że od wielu lat poszukiwała swojego zaginionego syna.

W tym miejscu należy wspomnieć, że skradziona tożsamość Kaczmarka nie była jedyną "przykrywką", która zwiększała szanse na powodzenie jego misji. Na początku lat 70-tych nastąpiła normalizacja stosunków pomiędzy PRL a RFN. Jednym z jej konsekwencji była zgoda rządu Edwarda Gierka na wyjazd do Zachodnich Niemiec obywateli polskich niemieckiego pochodzenia w ramach tzw. akcji łączenia rodzin. Z możliwości wyjazdu skwapliwie skorzystały setki tysięcy osób, co dodatkowo uwierzytelniało przyjazd Kaczmarka.

Nieświadoma niczego Hildegarda zaprosiła oficera polskiego wywiadu do RFN. Aby nie wzbudzić najmniejszych podejrzeń, Kaczmarek jak każdy obywatel PRL musiał przejść trwają wiele miesięcy procedurę wydania paszportu. Po otrzymaniu dokumentu, wyruszył w lutym 1978 roku do jednego z miast w Nadrenii - Północnej Westfalli, gdzie Hildegarda wraz z rodziną osiadła po wojnie.

"Legalizacyjna matka" (jak nazywano kobietę w materiałach wywiadowczych) odebrała fałszywego syna z dworca kolejowego i spędziła z nim cały dzień. Następnie zakwaterowała go w mieszkaniu swojej córki i ruszyła w drogę powrotną do domu. Nazajutrz miało nastąpić kolejne spotkanie.

Nigdy do niego nie doszło. Wiele wskazuje na to, że serce niemal 60-letniej Hildegardy nie wytrzymało tłumionych od wielu lat wyrzutów sumienia połączonych z radością z odnalezienia zaginionego syna. Kobieta zmarła na zawał serca w taksówce, którą wracała do domu ze spotkania z Kaczmarkiem.
Normalizacja stosunków pomiędzy PRL a RFN, umożliwiła w latach 70-tych nie tylko wyjazd za Łabę setek tysięcy obywateli polskich pochdzenia niemieckiego, ale i podjęcie przez polski wywiad wielu działań wywiadowczych. Na zdjęciu I sekretarz PZPR Edward Gierek wita się z knaclerzem RFN Helmutem Schmidtem.
Normalizacja stosunków pomiędzy PRL a RFN, umożliwiła w latach 70-tych nie tylko wyjazd za Łabę setek tysięcy obywateli polskich pochdzenia niemieckiego, ale i podjęcie przez polski wywiad wielu działań wywiadowczych. Na zdjęciu I sekretarz PZPR Edward Gierek wita się z knaclerzem RFN Helmutem Schmidtem. www.youtube.com

Wujek z SPD nieświadomie instaluje kreta

Wydawałoby się, że śmierć Hildegardy definitywnie przekreśliła realizowany od lat plan polskiego wywiadu. Przełożeni Kaczmarka byli przekonani, że kwestia jego powrotu do Polski jest kwestią najbliższych dni. Nikt nie przypuszczał, że historia potoczy się zupełnie inaczej.

Po śmierci Hildegardy, Kaczmarek sprawiał wrażenie osoby głęboko poruszonej śmiercią domniemanej matki. Trudno stwierdzić, czy kierowały nim szczere emocje czy odegrał jedynie wyrachowane widowisko. Tak czy inaczej, na pogrzebie Hildegardy pojawił się jej brat, który wyciągnął pomocną dłoń do fałszywego bratanka i pomógł mu rozpocząć nowe życie.

Brat Hildegardy był aktywnym członkiem SPD (niem. Socjaldemokratycznej Partii Niemiec). Dzięki jego rozległym znajomościom, Kaczmarek nie tylko w ekspresowym tempie otrzymał niemieckie obywatelstwo, ale i pracę w Federalnym Urzędzie Emigracyjnym ds. późnych przesiedleńców w Bremie. Warto pamiętać, że Kaczmarek bezbłędnie operował nawet niemieckim żargonem urzędniczym, co umożliwiło mu podjęcie tej pracy niemal z dnia na dzień. Wkrótce Kaczmarek również wstąpił w szeregi SPD.

Dzięki pracy w bremeńskim urzędzie, fałszywy Heinz Peter Arnold stał się kopalnią wiedzy dla polskiego wywiadu. I nie chodziło wyłącznie o szeroki dostęp do wielu dokumentów przeróżnych urzędów RFN. Przez jego ręce przechodziły m. in. wnioski emigrantów z Polski, którzy starali się w Zachodnich Niemczech o status uchodźcy. Po 1981 roku, znalazło się wśród nich wielu działaczy "Solidarności". Wnioski te zawierały wiele cennych informacji na temat osób, które pozostały w kraju.
Rzeźbiony dziadek do orzechów, wykonany dla Kaczmarka na zamówienie polskiego wywiadu. Niepozorny przedmiot był skrytką na szyfry.
Rzeźbiony dziadek do orzechów, wykonany dla Kaczmarka na zamówienie polskiego wywiadu. Niepozorny przedmiot był skrytką na szyfry. www.youtube.com

Wsypa i wymiana na Moście Szpiegów

Szpiegowska działalność Kaczmarka trwałaby zapewne o wiele dłużej, gdyby nie dociekliwość Janusza Halickiego. W 1984 roku, prawdziwy Heiz Peter Arnold poznał podczas wizyty w domu swoich znajomych parę niemieckich turystów, którzy przyjechali pozwiedzać niegdysiejszy Danzig. Wręczył im swoją metrykę urodzenia i poprosił o pomoc w odnalezieniu swojej biologicznej matki.

Turyści po powrocie do Zachodnich Niemiec wywiązali się z obietnicy i zgłosili się do tamtejszego Czerwonego Krzyża. Niemieccy urzędnicy szybko zorientowali się, że osoba o podanych personaliach przyjechała do RFN kilka lat wcześniej. Sprawą natychmiast zainteresowali się oficerowie BfV, czyli zachodnioniemieckiego kontrwywiadu.

Kaczmarek został aresztowany w połowie marca 1985 roku. W jego mieszkaniu znaleziono szereg obciążających dowodów, w tym rzeźbionego dziadka do orzechów, w którym polski szpieg chował szyfry. O sprawie huczały media w całym RFN, a polskiemu kretowi groziło wieloletnie więzienie. Przełożeni Kaczmarka nie zamierzali zostawić swojego agenta na pastwę losu i zwrócili się do Stasi, czyli wywiadu komunistycznej NRD o pomoc.

W lutym 1986 roku miała miejsce ostatnia podczas Zimnej Wojny wymiana schwytanych szpiegów pomiędzy służbami wywiadowczymi państw Bloku Wschodniego a Bloku Zachodniego. Wymiana odbyła się na słynnym moście Glienicke, zwanym również Mostem Szpiegów, łączącym ówczesny Berlin Zachodni z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Jednym z wymienionych był właśnie Jerzy Kaczmarek.
Polski agent Jerzy Kaczmarek na spotkaniu w ambasadzie Polski w Berlinie Wschodnim. Wkrótce po uwolnieniu, luty 1986 r.
Polski agent Jerzy Kaczmarek na spotkaniu w ambasadzie Polski w Berlinie Wschodnim. Wkrótce po uwolnieniu, luty 1986 r. www.dw.ocm

Śmierć na dworcowej ławce

Wkrótce po przyjeździe Kaczmarka do Polski, w czerwcu 1985 roku zmarł w Gdańsku Janusz Halicki. Jego żona, którą wezwano na komisariat milicji przy ul. Piwnej została poinformowana, że jej mąż dostał zawału serca i zmarł na dworcowej ławce. Maił zaledwie 38 lat. Pomimo, iż rodzina zmarłego zarzekała się, że Halicki nie miał żadnych, poważnych problemów ze zdrowiem, prokurator nie zlecił przeprowadzenia sekcji zwłok. Halicki spoczął na Cmentarzu Komunalnym w Sopocie.

Prawdziwy Heizn Peter Arnold zmarł w identyczny sposób jak jego biologiczna matka. Hildegarda zmarła wkrótce po rozpoczęciu działalności Kaczmarka, Heizn vel. Janusz wkrótce po jej zakończeniu. W obu przypadkach nie przeprowadzono sekcji zwłok, która rozwiałaby wszelkie podejrzenia. Nic więc dziwnego, że wiele osób powątpiewa w to, że oba zgony nastąpiły z przyczyn naturalnych. Rzeczywiście można odnieść wrażenie, jakby pozbyto się się po prostu niewygodnych świadków. Czy tak było w rzeczywistości?

Śmierć dwojga Bogu ducha winnych ludzi to nie jedyna konsekwencja działalności Kaczmarka. Na zawsze zniszczono również relacje pomiędzy gałęziami rozdzielonej przed laty rodziny. Kiedy po śmierci Halickiego, jego córka chciała nawiązać kontakt z jego niemiecką rodziną, ta odwróciła się od kobiety plecami i nie chciała mieć z nią nic do czynienia.

Post scriptum

Gdyby nie dociekliwość polsko-niemieckiej dziennikarki Róży Romaniec, zapewne nigdy nie dowiedzielibyśmy się, jakie były dalsze losy Jerzego Kaczmarka. Romaniec jest kuzynką żony Heinza Petera Arnolda vel. Janusza Halickiego. Zależało jej na tym, aby odnaleźć człowieka, który zrujnował życie jej rodziny. Efektem jej dziennikarskiego śledztwa jest film "Meine Famile und der Spion" (niem. Moja rodzina i szpieg), który w 2013 roku wyemitowała niemiecka telewizja ARD.

Jerzy Kaczmarek pozostał w polskim wywiadzie jeszcze tylko przez cztery lata od czasu wymiany na moście Glienicke. W lutym 1990 roku odszedł ze służby na własną prośbę. Wkrótce potem otrzymał posadę w spółce Międzynarodowe Targi Poznańskie, gdzie zrobił imponującą karierę i pracuje aż po dzień dzisiejszy.

Romaniec poprosiła "wtórnika" swojego wuja o rozmowę przed kamerami. Kaczmarek nie wyraził żadnej skruchy z powodu następstw swoich działań. Stwierdził, że wykonywał jedynie rozkazy przełożonych i działał dla dobra swojej ojczyzny.

Ta ciekawa, ale zarazem niezwykle ponura historia dobitnie pokazuje, jak wielka polityka potrafi zrujnować życie zwykłych ludzi. Ludzi, którzy wbrew swojej woli stali się pionkami na szpiegowskiej szachownicy i zapłacili za to straszliwą cenę.

(*nazwisko zmienione)

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (90)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
12.12.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Ostatni proces o czary Ostatni proces o czary odbył się w Gdańsku. Na śmierć na stosie 82 - letnią Annę Krüger, skazała Ława Starego miasta. W 1662 burmistrz Gabriel Krummhauser opublikował apel o zaprzestaniu tego typu oskarżeń.

Najczęściej czytane