wiadomości

Gdańskie legendy. Kamienny chleb i podglądanie w kuchni

artykuł historyczny
Po odsiadce w miejskim więzieniu dwaj bracia walczący o miłość jednej białogłowy musieli pożegnać się z myślą o małżeństwie z nią. Ale przynajmniej kościół Mariacki zyskał piękną kaplicę.
Po odsiadce w miejskim więzieniu dwaj bracia walczący o miłość jednej białogłowy musieli pożegnać się z myślą o małżeństwie z nią. Ale przynajmniej kościół Mariacki zyskał piękną kaplicę. fot. galeria trojmiasto.pl

Jedni zaczytują się w nich bez pamięci, drudzy traktują z dystansem, jeszcze inni twierdzą, że w każdej z nich jest jakieś ziarnko prawdy. Mowa o ludowych legendach - dziś przedstawimy kilka kolejnych dotyczących Gdańska.



Magiczny strumień



Działo się to dawno, dawno temu. Do Gdańska wraz z żoną i córką przybył zamożny kupiec, który postanowił zamieszkać w pięknym grodzie nad Motławą.

Początkowo wszystko działo się po jego myśli - interesy szły doskonale, a cała rodzina darzyła się miłością i żyła szczęśliwie. Niestety niebawem miało to się diametralnie zmienić. Pewnego dnia niespodziewanie na tajemniczą chorobę zapadła kupiecka córka. Lekarze byli bezradni - ku rozpaczy rodziców orzekli, że ich jedyna pociecha niebawem umrze.

Bałtyckie legendy: Zemsta Purtka i tabacznicy w raju



Tak się jednak nie stało - córka co prawda nie umarła, ale straciła wzrok. To był dla rodziny wielki cios. Z każdym dniem, miesiącem, rokiem córka stawała się coraz bardziej smutna i zamknięta w sobie. Marniała w oczach.

Pewnego dnia wybrała się wraz z matką na spacer do lasu. Ta, chcąc podnieść córkę na duchu, zaczęła opisywać otaczającą je przyrodę. Niestety przyniosło to odwrotny skutek - dziewczyna zaniosła się płaczem i uspokoiła się dopiero po dłuższym czasie. Przed dalszym kontynuowaniem spaceru zechciała obmyć twarz w jednym z leśnych strumyków. Gdy tylko to zrobiła, stał się cud - odzyskała wzrok!

Święta Studzienka, widok z Królewskiego Wzgórza, akwarela Augusta Lobegotta Randta z 1854 r. wedle rysunku z 1825 r.
Święta Studzienka, widok z Królewskiego Wzgórza, akwarela Augusta Lobegotta Randta z 1854 r. wedle rysunku z 1825 r. żródło: Gedanopedia
Informacja o tym niezwykłym wydarzeniu lotem błyskawicy obiegła całą okolicę. Nad cudowną wodę zaczęli przybywać liczni potrzebujący chorzy, a cudowne ozdrowienia trwały nadal. Ale do czasu. Pojawił się bowiem człowiek, który postanowił uzdrowić swego starego i oślepłego konia. Jak postanowił, tak robił. Jednak nie tylko umył konia w niezwyklej wodzie, ale również go nią napoił. W efekcie koń faktycznie odzyskał wzrok, ale stracił go jego właściciel, a cudowne źródełko szybko uschło. Dziś po nim została nie tylko nazwa ulicy - Do StudzienkiMapka - ale i wspomnienie o znajdującej się tam niegdyś osadzie.

Prawdziwa historia Świętej Studzienki



Nawrócenie poganina



Przed wieloma wiekami Gdańsk otoczony był przez przepotężne lasy, w których żyła wspaniała zwierzyna. Na nią to często urządzali polowania okoliczni rycerze i książęta.

Nie inaczej było z księciem Subisławem. Któregoś dnia, zebrawszy swą drużynę, ruszył na polowanie. W pewnym momencie książę ujrzał wielkiego dzika, który miał być jego wspaniałym myśliwskim trofeum. Ruszył zatem za nim w pogoń w głąb boru. Miał jednak pecha. Podczas pościgu książęcy koń potknął się na jednym z licznych wykrotów i zrzucił swego jeźdźca, który spadając, złamał nogę (według innych przekazów upadł na swoją włócznię, raniąc się głęboko).

Wówczas Subisław spostrzegł, że oddalił się od swych towarzyszy i leży w głuszy zupełnie sam. Początkowo głośno krzyczał, używał myśliwskiego rogu, ale nikt się nie zjawiał.

Legendy gdyńskie i sopockie. Te poważne i te z przymrużeniem oka



Tymczasem ból w nodze stawał się coraz mocniejszy. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko się modlić o pomoc. Jako że Subisław był poganinem, modlił się do wielu bogów, ale z czasem i coraz większą utratą sił zaczął wątpić, czy którykolwiek z nich go uratuje.

Gdy wydawało się, że koniec jest już bliski, Subisław usłyszał kroki. Z jednej strony bał się, że to może być jakieś dzikie zwierzę, ale z drugiej miał nadzieję, że to tak wyczekiwana pomoc. I tu miał rację, bowiem zobaczył starszego mężczyznę. Okazało się, że to żyjący w leśnej głuszy pustelnik. Pomógł on księciu dosiąść konia i razem ruszyli do pustelni. Niebawem opatrzony Subisław leżał w łóżku a jego wybawca przygotowywał mu uzdrawiający napój z ziół. Po jego wypiciu strudzony książę zasnął głębokim snem.

Śniły mu się dziwne rzeczy - ujrzał bowiem polanę, na której stała świetlista postać z gałązką oliwną w dłoni. Usłyszał również głos, który mówił o tym, by się nawrócił.

Legendy gdańskie: miłość, diabły i stolemowie



Gdy Subisław się obudził, opowiedział pustelnikowi swój niezwykły sen. Ten w zamian opowiedział mu o wierze chrześcijańskiej i o samym Bogu. Wywarło to na księciu przeogromne wrażenie.

Gdy Subisław powrócił do pełni sił, ochrzcił się, a w miejscu, gdzie spotkał pustelnika, postanowił ufundować klasztor, do którego z czasem zaproszono cystersów. Na wspomnienie gałązki oliwnej miejsce to nazwano Oliwą.

Dwie wersje legendy o kamiennym chlebie



Mówiąc o Oliwie i znajdującej się tam katedrze, nie sposób nie wspomnieć o legendzie kamiennego chleba, która posiada dwie wersje.

Przed wieloma latami ziemia gdańska była trawiona przez klęskę głodu. Oliwski opat postanowił pomóc nieco mieszkańcom i wydał polecenie, by klasztorna kuchnia nieustannie piekła chleb. Każdy chętny mógł wziąć jeden bochenek, by nasycić głód.

Trafił się jednak pewien niegodziwiec, który poszedł po swój chleb, a gdy go zjadł, powrócił raz jeszcze do klasztoru, gdzie skłamał, że jeszcze żadnego nie dostał. Otrzymał więc drugi.

Gdy mężczyzna ruszył w drogę powrotną do Gdańska, napotkał starszą, głodną kobietę, która poprosiła go, by podzielił się z nią chlebem. Tu po raz kolejny ten człowiek skłamał, mówiąc, że nie ma chleba. Gdy kobieta raz jeszcze poprosiła go o podzielenie się pieczywem, mężczyzna odpowiedział, że nie ma żadnego chleba, a w zawiniątku niesie tylko kamień.

Wówczas kobieta odparła "niech zatem to będzie kamień" i zniknęła.

Człowiek z chlebem ruszył w dalszą drogę do domu. Gdy zgłodniał, postanowił zjeść chleb. Okazało się jednak, że zmienił się on w kamień. Przestraszył się boskiej kary i szybko powrócił do Oliwy, gdzie wyznał swoje grzechy opatowi.

Katedra Oliwska uzyskała swój obecny kształt i wygląd w drugiej połowie XIV w.
Katedra Oliwska uzyskała swój obecny kształt i wygląd w drugiej połowie XIV w. fot. Maciej Czarniak/trojmiasto.pl
Druga wersja legendy o kamiennym chlebie brzmi inaczej. Mówi bowiem o tym, że dawno temu Kaszuby nawiedziła seria nieszczęść. Najpierw przyszła niezwykle sroga i ciężka zima, która zdziesiątkowała uprawy. Na domiar złego wiosną wylały rzeki, dopełniając rozmiarów tragedii. Nadszedł czas wielkiego głodu.

Szczęście mieli tylko ci, którzy zabezpieczyli swoje zbiory lub wcześniej porobili odpowiednie zapasy. Oni mogli na oliwskim rynku albo sprzedać to, co mieli, albo wymienić się na inny towar.

Pewnego dnia na oliwski targ ruszył bogaty kaszubski chłop. Niósł wór pełen chleba, który zamierzał wymienić na kasze. Podczas swej wędrówki spotkał wdowę z dziećmi, która prosiła go o jedzenie. Chłop się obruszył i odparł, że nie ma chleba, tylko niesie kamienie.

Ruszył niebawem dalej, ale im bardziej zbliżał się do Gdańska, tym bardziej worek stawał się ciężki. Przystanął, żeby się posilić, i wtedy ze zdumieniem spostrzegł, że cały chleb zamienił się w kamienie.

Rezolutny chłop od razu zrozumiał, że spotkała go zasłużona kara boska. Szybko powrócił do domu, kazał swej żonie przygotować kolację, a sam ruszył na poszukiwanie wdowy wraz z dziećmi. Zaprosił ich na wspaniały posiłek i postanowił otoczyć całą szóstkę opieką. Od tego czasu nie odmówił również nikomu potrzebującemu pomocy.

Wdowie i jej dzieciom już nigdy niczego nie brakowało. Po pewnym czasie chłop zabrał cały "kamienny chleb" i udał się z nim do katedry oliwskiej, by użyć go do wzmacniania murów kościoła. Według legendy znajduje się on tam aż po dzień dzisiejszy.

Z tą legendą wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. We wnętrzu katedry oliwskiej przez wiele lat przechowywano coś, co przypominało właśnie taki chleb. Obok niego znajdowała się tablica informująca o klęsce głodu. Na pierwsze zapiski mówiące o tym możemy natrafić w XVI wieku. Niestety na przełomie XVIII i XIX wieku chleb zaginął. Tablica z kolei znajdowała się w kościele do 1956 roku (możemy ją zobaczyć na niektórych zdjęciach).

Święty Jakub z Composteli w Gdańsku



Swego czasu żyło w Gdańsku dwóch braci. Przewrotny los sprawił, że obaj zakochali się w jednej pannie. Żaden z nich nie chciał ustąpić i każdy walczył o życzliwość dziewczyny. Obaj nie ustawali zatem w staraniach o piękną wybrankę, a ta nie mogła się zdecydować na żadnego z nich.

Pewnego dnia na jednej z plaż bracia znaleźli piękny i ogromny bursztyn. Każdy z nich chciał go zabrać i podarować ukochanej. Doszło między nimi do bójki, po której ledwo żywi bracia znaleźli się w więzieniu. Obok kary więzienia nakazano im również odbyć pielgrzymkę pokutną szlakiem św. Jakuba z Composteli.

Gdy opuścili mury więzienia, okazało się, że ich wybranka wyszła za mąż za kogoś innego. Miłość im przeszła, a do Hiszpanii było nie po drodze.

Na stare lata przypomnieli sobie o niezrealizowanym wyroku i padł na nich strach przed karą Bożą. Dlatego też ufundowali w kościele Mariackim kaplicę św. Jakuba z Composteli, gdzie w centralnym miejscu ustawiono jego figurę. Obaj bracia często się w niej modlili, na swój sposób realizując pokutę.

Gdańskie ślady św. Jakuba



Kucharska zazdrość o pyszne pierniki



Dominikanie obecni są w Gdańsku od prawie 800 lat. Co istotne w tej historii, dawniej do murów ich klasztoru przylegała stojąca po dziś dzień Baszta Jacek, nazwana tak na cześć św. Jacka Odrowąża, pierwszego polskiego dominikanina.

Mnisi w owych czasach produkowali najlepsze w mieście pierniki w kształcie serduszek. Swym smakiem, delikatnością i wykwintnością przewyższały wszystkie inne, łącznie z tymi toruńskimi. Recepturę ich wypieku i przygotowania posiadał pierwszy kucharz w dominikańskiej kuchni - ojciec Walenty.

Jak to zwykle bywa w tego typu historiach, pojawili się i zawistni ludzie, którzy chcieli posiąść tajemnicę niezwykłej receptury dominikańskich pierników. Jeden z cukierników zakradł się do wspomnianej Baszty Jacek, z której było doskonale widać kuchnię zakonników.

Baszt Jacek. Po prawej stronie, tuż za budynkiem hali targowej, widać budynek klasztoru dominikanów oraz kościoła św. Mikołaja.
Baszt Jacek. Po prawej stronie, tuż za budynkiem hali targowej, widać budynek klasztoru dominikanów oraz kościoła św. Mikołaja. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl
Ojciec Walenty szybko zorientował się że jest podglądany, dlatego zdecydował się na pewien podstęp. Udał, że do swych wypieków dodaje utarte kasztany.

Uradowany poznaną tajemnicą gdański cukiernik szybko wrócił do swej cukierni i zaczął piec pierniki. Jak się jednak okazało, jego niegodziwość została szybko ukarana - ciastka były twarde jak kamień, a sposób, w jaki próbował poznać dominikańskie tajemnice, szybko wyszedł na jaw. Wyrzucono go zatem z cechu cukierników.

Od tego czasu baszta przy klasztorze dominikanów nosiła również nieoficjalną nazwę "Patrz do kuchni" (po niemiecku "Kiek in de Kök").

Opinie (26) 9 zablokowanych

  • (4)

    Kamienny chleb, może i też być "kamienne serce" ale jak najbardziej można bez problemu zyskać miłość każdej niewiasty, pod warunkiem dysponowaniu dużą ilością zielonych papierków z wizerunkami króla Jagiełły które się trzyma w portfelu:)

    • 19 5

    • (2)

      Pan nie jest obeznany. Teraz płaci się blikiem albo kartą debetową/kredytową , a jak rzuca papierkami to tylko z podobizną Sobieskigo.

      • 6 0

      • Czy to przypadkiem nie jest mowa nienawiści? (1)

        Wszak Jan III Sobieski pogonił Muzułmanów z Europy.

        • 6 2

        • Nie pogonił, Imperium trzymało całe Bałkany jeszcze przez 200 lat, w Bośni i Hercegowinie zostali do dzisiaj.

          • 7 0

    • Jak uroku osobistego poskąpiło to pozostają tylko "papierki" :)

      • 0 0

  • Do Lechickich imperialistów: skoro Gdańsk był zawsze (6)

    polski, to dlaczego na Basztę Jacek mówiono z niemiecka?

    • 14 25

    • oto wielka tajemnica wiary, wszystkie te legendy mają kontekst kościelny, czyli zerową wiarygodność (1)

      • 8 4

      • Co? xDDD

        • 0 0

    • Bo (1)

      Niemcy byli zbyt głupi żeby wymawiać polska mowę.

      • 2 6

      • Ciekawe, znowu głupi Niemcy i mądrzy Polacy. Za dużo bzdur o Hansie Klossie w dzieciństwie.

        • 7 3

    • (1)

      A dlaczego polska Warszawa ma tyle rosyjskich nazw?

      • 4 1

      • Maja sentyment do Wschodu, tak jak wielu gdańskich potomków repatriantów.

        • 2 1

  • (4)

    To nie jest po niemiecku!!
    To flamandzki.

    • 18 4

    • Niestety nie, jest to w staro-dolnoniemieckim. Tak samo z resztą nazywa się baszta w Tallinie-Rewel.

      We flamandzkim, a właściwie niderlandzkim nie ma umlaut.

      • 7 1

    • To jest po staro dolnoniemiecku, (2)

      jest to potoczna nazwa wież obronnych tego typu, budowanych w miastach hanzeatyckich i na ziemiach Zakonu Krzyżackiego. Obecnie z zachowanych i najbardziej znanych są te z Gdańska, Tallina i Magdeburga. Np. wieża Kiek in de Markt jest w Passewak w Meklemburgii.

      • 6 0

      • Czyli legenda o piernikach to po prostu wymysł kościoła i komuny. Ile jeszcze takich kwiatków ... (1)

        • 3 0

        • Jak to?! Legenda to wymysł?!?

          • 0 0

  • dlaczego

    Ciekawe legendy ale dlaczego do artykułu dołącza się takie stare zdjęcia- np.baszta Jacek po przeprowadzonych kilka lat temu pracach konserwatorskich wygląda zupełnie inaczej...

    • 5 2

  • Albo Jaśkowa Dolina gdzie Jaśko Malicz do dziś pojawia się nocą przy drodze i ciągle wyczekuje swojej ukochanej ? (1)

    A Miałki Szlak gdzie w średniowieczu tajemnicze bagno wciągało tylko konie wiozące dziewice ? Czy Zielony Stok na którym podczas epidemii dżumy wszyscy ozdrowieli ? Wierzcie albo nie.

    • 16 0

    • albo stocznia gdańska im lenina

      gdzie ponoć kiedyś 17 tysi luda budowało statki, wierzyć w to czy nie, bo na motławie stoi statek za szczecina, a legenda głosi że zbudowali go w gdańsku

      • 3 1

  • Czy to Katownia ? Omijam ją z daleka ale teraz mnie zaintrygowała swoją piękną ścianą !!

    • 11 2

  • na taki "bajeczny" artykuł o Gdańsku, to czekałem z utęsknieniem

    i bardzo proszę o jeszcze

    • 24 0

  • Same starocie.

    A są takie piękne współczesne legendy związane z Gdańskiem.

    • 2 6

  • chce więcej!!

    • 14 0

  • W koncu coś fajnego na trójmiasto.pl (1)

    Czekamy na więcej!!

    • 11 0

    • Nazwę "Jacek" nadano dopiero po wojnie, równie dobrze mogłaby się nazywać "Piłsudski"

      • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1906 Poświęcenie kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu opis Biskup Chełmiński Augustinus Rosentreter poświęcił nowo powstały neogotycki kościół pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu przy ul. Kartuskiej w Gdańsku - Emaus /Siedlce/.

Sprawdź się

2 stycznia 1951 roku z Gdańska odjechał pierwszy pociąg podmiejski. Dokąd?