wiadomości

O dwóch takich, co uciekli kajakiem na Bornholm

artykuł historyczny
Bornholmska gazeta "Bornholmeren" regularnie informowała o kolejnych przypadkach ucieczek Polaków przez morze na duńską wyspę.
Bornholmska gazeta "Bornholmeren" regularnie informowała o kolejnych przypadkach ucieczek Polaków przez morze na duńską wyspę. fot. Bornholmeren

O ucieczce kajakiem przez Bałtyk na Bornholm, na której zyskała polska przyroda.



W Trojmiasto.pl opisywaliśmy już mniej lub bardziej udane ucieczki z PRL-u na zachód Europy. Poza nielicznymi wyjątkami lotniczymi najczęściej decydowano się na wyprawę morską. Nie inaczej postanowili zrobić bohaterowie naszego dzisiejszego artykułu - Zygmunt ResiakWitold Jarzyna - którzy chcieli dostać się na Bornholm kajakiem. Ich historia spokojnie mogłaby posłużyć za scenariusz dobrego filmu przygodowego.

Zobacz także: Wolni żeglarze - marzenia większe od rozsądku

Swoją historię Zygmunt Resiak opowiedział kilka lat temu portalowi widoki.info, stronie informacyjnej nadmorskiej gminy Rewal.

Historia zacznie się nietypowo. Głównym inicjatorem ucieczki był Zygmunt Resiak. Pochodził ze Śląska i trudno mówić, że był wrogiem ówczesnego systemu. Jak sam mówił, dzięki partii skończył szkołę i dostał pracę - najpierw w Nowej Hucie, potem w Siemianowicach.

Mimo to ciągnęło go w świat. Z dzieciństwa pamiętał opowieści o Ameryce. Postanowił się do niej dostać, ale najpierw trzeba było jakoś opuścić Polskę.

Plany krystalizowały się dość długo. Ostatecznie zdecydował się skorzystać z pomocy... rybaków, którzy mieli pomóc uciekinierom wydostać się z Polski. Gdy jednak w wakacje 1954 Resiak przybył nad morze ze swoim kolegą Witoldem Jarzyną, okazało się, że w okolicy (trafili do Kołobrzegu)... nie ma żadnych rybaków.

Rybaków nie było, ale kilkadziesiąt kilometrów na zachód, w Niechorzu, było znajdujące się nieopodal morza jezioro (Liwia Łuża), połączone z Bałtykiem kanałem o długości ok. 1 km.

Przy brzegu jeziora znajdowała się przystań, a w przystani zacumowane kajaki. Już wiedzieli, co zrobią. Popłyną na Bornholm, czyli duńską wyspę oddaloną od Niechorza niemal dokładnie o 100 km.

Zobacz także: Urlop komandosów. Kajakiem na Bornholm

Komandosi Formozy na kajakach



Od pierwszego dnia pobytu w Niechorzu Resiak i Jarzyna wypożyczali kajak (zawsze starali się brać ten sam) i wypływali na wodę.

Co istotne, kajak zawsze wypożyczali razem (biorąc dwa wiosła), a oddawał wyłącznie jeden z nich (z jednym wiosłem). W ten sposób udało im się zdobyć kilka dodatkowych par wioseł, które mogły być pomocne podczas ucieczki.

Oprócz tego dokonywali innych niezbędnych zakupów, takich jak cerata (by kajak nie przeciekał), płaszcze nieprzemakalne dla "załogi" i prowiant na drogę.

Wszystkie te zakupy wyczerpały całkowicie budżet obu uciekinierów a trzeba było jeszcze jakoś zapłacić za wynajmowany przez nich pokój. Wyjazd bez płacenia nie wchodził w grę, dlatego Resiak wpadł na pomysł, że w ramach rozliczenia zostawi swój płaszcz. Według jego wspomnień miał on być wart ok. 700 ówczesnych złotych, co z nawiązką miało starczyć za pobyt.

Nadszedł dzień, a w zasadzie wieczór działania. Po zapadnięciu zmroku Resiak i Jarzyna poszli na przystań, gdzie odnaleźli "swój" kajak. Wszystkie jednostki były na noc przypinane grubym łańcuchem, który przechodził przez metalowe oczka umieszczone na dziobach kajaków, do pomostu. Podczas codziennych rejsów obaj delikatnie obluzowywali ten element tak, że w dniu ucieczki wystarczyło go delikatnie podważyć i już kajak był wolny.

Był to jednak dopiero pierwszy krok na drodze do wolności. Uciekinierzy bez większych przeszkód ominęli pierwszy wojskowy posterunek, ale już niedługo potem zaplątali się w postawione na kanale pod wodą zasieki z drutu kolczastego. Udało im się jakoś oswobodzić, ale dalej trzeba już było płynąc ostrożniej i wyciągać kajak na brzeg za każdym razem, gdy natrafiali na taką podwodną przeszkodę.

Gdy już wypłynęli na pełne morze i skierowali się ku Bornholmowi, usłyszeli motorówkę. Gdyby ich wykryto, w najlepszym razie czekałoby ich długoletnie więzienie. Na szczęście jednak pozostali niezauważeni i mogli kontynuować swój rejs.

Niebawem jednak zaczęła się psuć pogoda. Jak się później okazało, wiatr wiał tej nocy z prędkością 8 stopni w skali Beauforta, a duże fale co chwilę zalewały niewielki kajak. Na szczęście po pewnym czasie morze się uspokoiło.

Była niedziela, 15 sierpnia 1954 r., gdy kajakarze na horyzoncie zobaczyli ląd. Wyruszyli dwa dni wcześniej, w piątek, 13 sierpnia. Podczas żeglugi żywili się i spali na zmianę, by jak najbardziej skrócić czas spędzony na morzu. Do lądu dotarli ostatkiem sił.

Dystans, jaki pokonali kajakiem Zygmunt Resiak i Witold Jarzyna, z Niechorza na Bornholm wynosił ok. 100 km.
Dystans, jaki pokonali kajakiem Zygmunt Resiak i Witold Jarzyna, z Niechorza na Bornholm wynosił ok. 100 km. fot. Google Maps
Gdy już zeszli wycieńczeni na brzeg, zdziwili się pustką. Na plaży nie było nikogo. Dopiero po jakimś czasie udało im się zatrzymać na pobliskiej drodze samochód, którym udali się na najbliższy posterunek policji. Duńczycy był zdziwieni, że ktoś na kajaku zdołał bezpiecznie do nich przepłynąć przez otwarte morze.

Uciekinierów wysłano do Kopenhagi, gdzie miały się odbyć przesłuchania. Obawiano się, że Polacy mogą być podstawieni przez wywiad. Ostatecznie jednak uzyskali azyl.

Udało im się znaleźć pracę, ale Resiak i Jarzyna ciągle mieli w głowach "amerykański sen". Po rocznym pobycie w Danii obojgu udało się otrzymać wizy i wyjechali do upragnionej Ameryki.

Ucieczka obu kajakarzy nie umknęła uwadze polskich władz. Zapadła decyzja, by zlikwidować przystań, z której wyruszyli w swój szalony rejs na Bornholm. W jej miejsce utworzono rezerwat przyrody.

Opinie (46) 3 zablokowane

Dodaj opinię
Walczymy z przemocą słownąKasujemy opinie obraźliwe i nie na temat

Dodaj opinię

Odpowiedz

Dodając opinię akceptujesz regulamin dodawania opinii.
Administratorem Twoich danych osobowych jest Trojmiasto.pl Sp. z o.o.. Szczegóły przetwarzania danych znajdują się w polityce prywatności.

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1827 Fryderyk Chopin w Gdańsku opis Gdańsk w raz z przyjaciółmi odwiedził Fryderyk Chopin. W czasie pobytu zwiedzał miasto i okolice.

Sprawdź się

Jak nazywała się karczma w której skazanemu na powieszenie dawano ostatni napitek?