Najazd artystów, czyli jak powstała Akademia Sztuk Pięknych


Tuż po wojnie na Wybrzeże zjechało grono artystów, przez których i dla których w Sopocie powstała wyższa szkoła plastyczna, dziś działająca jako Akademia Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Pierwsze lata działalności szkoły w Sopocie przeszły do legendy, podobnie jak postaci profesorów założycieli.



Poznali się w Paryżu

W roku 1923 malarz Józef Pankiewiczcz wraz z grupą adeptów malarstwa z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych założył Komitem Paryski. Jego członków, od skrótu organizacji - KP, nazwano kapistami. Rok po założeniu komitetu do Paryża wyjechała pierwsza grupa polskich malarzy, w której znaleźli się m.in: Jan Cybis, Józef Czapski, Artur Nacht-Samborski, Piotr Potworowski, Hanna Rudzka-Cybisowa, Janusz Strzałecki. Działaniom tym sprzyjał rektor krakowskiej ASP, Adolf Szyszko-Bohusz. W latach 30. w Paryżu pojawiła się kolejna grupa polskich kolorystów, wśród których znaleźli się niektórzy późniejsi założyciele sopockiej uczelni: Juliusz Studnicki, Krystyna Łada-Studnicka, Jacek ŻuławskiHanna Żuławska, wówczas jeszcze Jasińska.

Wojnę spędzili w Polsce

Po zakończeniu nauki większość z nich wróciła do kraju i spędziła w nim wojnę. Ich losy różnie się układały. Juliusz Studnicki trafił do Auschwitz, Jacek Żuławski działał w ruchu oporu, Janusz Strzałecki współpracował z podziemnym Komitetem Pomocy Żydom (za tę działalność otrzymał medal "Sprawiedliwy wśród narodów świata"). Artur Nacht, w latach 1941-42 przebywał w lwowskim getcie, potem w Krakowie, potem w Warszawie. Ukrywając się w stolicy używał przybranego nazwiska Stefan Samborski. Po wojnie malarz będzie oficjalnie używał dwuczłonowego nazwiska Nacht-Samborski.

Po wojnie trafili nad morze

Tuż po zakończeniu wojny do Gdańska przyjechał Janusz Strzałecki, delegat I Ogólnopolskiego Zjazdu Artystów Plastyków. Miał sprawdzić, czy istnieją tu warunki dla powstania uczelni i zorganizowania środowiska artystycznego. Takie miejsce znalazł przy ul. Obrońców Westerplatte 24 w Sopocie zobacz na mapie Sopotu.

Wkrótce w kurorcie pojawiają się założyciele szkoły. W większości to właśnie paryscy kapiści: Krystyna Łada-Studnicka, Juliusz Studnicki, Jacek Żuławski, Hanna Żuławska. W tej grupie są też rzeźbiarz Marian Wnuk i malująca i tworząca tkaniny dekoracyjne Józefa Wnukowa.

15 października 1945 r. zainaugurowany zostaje pierwszy rok akademicki Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych w Gdańsku z siedzibą w Sopocie. 1 grudnia uczelnia przekształcona zostaje w Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych.

Powstają zręby uczelni

Uczelnia rozbudowuje się wokół zasadniczej struktury trzech wydziałów: Malarstwa, Architektury Wnętrz (połączonych w latach 1947-1949 w jeden wydział) oraz Rzeźby.

Pracownie dominującego w uczelni malarstwa obsadzają założyciele i zapraszani profesorowie. Do Sopotu w kolejnych latach przyjeżdżają: Artur Nacht-Samborski, Jan Wodyński.



Po odejściu w 1949 r. Mariana Wnuka na stanowisko rektora ASP w Warszawie, rzeźby nauczają: Stanisław Horno-Popławski i Adam Smolana. Projektowanie architektoniczne prowadzą Stefan Listowski i Adam Haupt.

W programie studiów istotne są przedmioty wstępne: tzw. rysunek wieczorny, kompozycja brył i płaszczyzn, oraz specjalizacyjne: ceramika, tkanina i techniki monumentalne.

Zawiązuje się trójmiejska bohema

Pierwszym rektorem zostaje Janusz Strzałecki. Siedziba szkoły mieści się w otoczonej ogrodem i ozdobionej tryskającą fontanną willi, wybudowanej w 1881 r. przez gdańskiego radcę handlowego Johanna Immanuela Bergera. W sąsiednich domach i willach mieszka kadra uczelni. Niektórzy otrzymują lokum w budynku szkoły.

Granice między pracą dydaktyczna, życiem codziennym, malowaniem i zabawą zacierają się. Sopoccy artyści kontynuują tradycje francuskiej bohemy. Postaci akademickich nauczycieli obrastają legendą i anegdotami.

Narodziny legendy

Na początku jest biednie. Profesura, podobnie jak pozostali mieszkańcy kurortu, zaopatruje się w brakującą żywność łowiąc ryby z mola. Czasami po wyprawach na wieś lub handlu wymiennym udaje się zdobyć jakieś "rarytasy".

Wszystko to na ogół trafia na wspólne "uczty". Artystom wystarcza kawałek trawnika lub drewniana podłoga, na której kładą tkaninę i zdobyte produkty. Zaczyna się biesiada przy której leje się alkohol. Libacje kończą się namiętnymi dyskusjami o istocie sztuki, jej znaczeniu i kierunkach rozwoju.

Powstających w takich okolicznościach artystycznych manifestów nikt nie spisuje. Na drugi dzień uczestnicy debaty niewiele pamętają, ale wnioski z rozmów wprowadzają do swoich dzieł.

"Wypuść pan tego tygrysa"

Małomówny i tajemniczy Artur Nacht-Samborski nie wystawia swoich prac. Za życia wystawia tylko raz na Politechnice Gdańskiej - ta wystawa przechodzi do legendy. Tworzy również sam, nie lubi widowni, ale tej nie zawsze udaje mu się uniknąć. Gdy tworzy w ogrodzie, korzystając z pełni dziennego światła, na pobliskie drzewa wdrapują się studenci, którzy chcą podejrzeć tajemnice warsztatu mistrza.

Na zajęciach Nacht-Samborski pojawia się tuż przed ich końcem. Spaceruje po pracowni wśród malujących studentów. Gdy coś go zainteresuje przystaje, wyjmuje papierosa z papierośnicy i zapala. Obserwuje powstawanie obrazu zza pleców malującego. Gdy widzi wahanie adepta przed następnym ruchem pędzla, zachęca: "No wypuść pan tego tygrysa".

Na ogół nie robi korekt na obrazach studentów. Wyjątki czyni niemal wyłącznie dla pięknych studentek.

Studenci polują na profesorów

Dystyngowany, podpierający sie ozdobną laską Juliusz Studnicki gromadzi wokół siebie studentów, których nazywa gwardią przyboczną. Gwardia chodzi w marynarkach zapiętych z tyłu i dziwnych nakryciach głowy.

Każdy powrót ze Spatifu lub innego lokalu kończy się szalonym i absurdalnym happeningiem, mającym korzenie w komedii dell arte lub sztuce cyrkowej.

Każda okazja do przedstawienia jest dobra. Na plenerach w kaszubskim Chmielnie Studnicki kreuje sceny historyczne w rozmaitych przebraniach. Jednym z elementów zabawy jest "polowanie" studentów na profesorów, którzy z przystanku PKS zmierzają na miejsce pleneru.

Szkoła sopocka - co to znaczy?

Grupa artystów uczących i tworzących w kurorcie zostaje nazwana "szkołą sopocką". Termin ten do dziś ma wiele znaczeń. Na pewno określano tak to, co wyróżniało artystów z Trójmiasta: "paryski" styl ich prac, wyczucie i operowanie kolorem. To wyróżniało ich prace nawet wtedy, gdy nowa, "ludowa" władza zagnała wszystkich artystów w kraju do tworzenia według importowanych z ZSRR reguł realizmu socjalistycznego.

To w Sopocie powstał najsłynniejszy obraz polskiego socrealizmu, który stał się symbolem tego nurtu i całego okresu. Namalowany w 1950 r. obraz Aleksandra Kobzdeja "Podaj cegłę", choć socrealistyczny w treści, w formie wydaje się zupełnie ignorować zasady, wedle których miały powstawać dzieła tamtego czasu.



Artyści prawie wszystko robią na swój sposób, co wywołuje niepokój władz. Artyści włączają się m.in. w odbudowę śródmieścia Gdańska. Mają jednak swoje wizje wyglądu odbudowywanych kamienic, często sprzeczne z pomysłami konserwatora zabytków. Mimo to ich wpływ na dzisiejszy wygląd Drogi Królewskiej jest znaczący.

W pewnym momencie termin "szkoła sopocka" staje się piętnem. Władza potępia bowiem "burżuazyjny" sposób malowania obrazów przez artystów z ul. Obrońców Westerplatte. W pracowniach artystów pojawiają się goście z komitetu wojewódzkiego partii, którzy pilnie śledzą każdą kreskę nanoszoną na płótno i jeśli trzeba poprawiają je zgodnie z zaleceniami ideologów nurtu.

Co ciekawe, w późniejszych latach na przedstawicieli szkoły sopockiej posypią się gromy za wspieranie socrealistycznej doktryny...

Dziś "Szkoła sopocka" to termin historyczny. Kolejne pokolenia artystów, jak każe tradycja artystycznego buntu, zdążyły dawno zakwestionować i przeciwstawić się dokonaniom swoich nauczycieli i poprzedników.

Szkoła przenosi się do Gdańska, mit zostaje w Sopocie

W 1954 r. PWSSP zostaje przeniesione do Gdańska, otwierając nowy rozdział w historii dzisiejszej Akademii Sztuk Pięknych. W Sopocie pozostaje tylko kilka pracowni, które z czasem też znajdą się w Gdańsku.

Stara profesura rozprasza się po całej Polsce, pozostaje jednak legenda i dziedzictwo tego okresu.

Przy ul. Obrońców Westerplatte pozostają mieszkający tam artyści, na ogół studenci założycieli i ich rodziny. Powstają nowe artystyczne klany: Strzeleckich, Smolanów.



Efektem tamtego fermentu twórczego jest nie tylko ogromna liczba wspaniałych dzieł powstałych w Sopocie. Swój stempel, ślad, sopoccy artyści pozostawiają w wielu dziedzinach życia.

Przedstawienia urządzane przez Studnickiego mają ogromny wpływ na sławne studenckie teatrzyki, które powstają na Wybrzeżu, m.in: Trala-Bomba, Cyrk rodziny Afanasjew czy Bim-Bom.

Prężne życie artystyczne Trójmiasta w owym czasie przyciąga znanych twórców, muzyków i aktorów, m.in: Zbigniewa Cybulskiego i Bogumiła Kobielę.

Być może to dzięki tej artystycznej atmosferze Sopot stał się miejscem, w którym zorganizowany został pierwszy festiwal jazzowy w 1956 r.

Gwiazdy pierwszych sopockich festiwali piosenki goszczą w domach artystów przy ul. Obrońców Westerplatte.

Dzięki interwencji Studnickiego u Bieruta udaje się uratować pawilony wybudowane na Międzynarodowe Targi Gdańskie, które później stają się siedzibą BWA, a następnie Państwowej Galerii Sztuki. Organizowane przez wiele lat festiwale sztuki stają się znakiem firmowym tej instytucji.

Nawet jeśli się zastanowić nad fenomenem działań Parasolnika i Petera Konfederata, to można w niej dojrzeć odległe i zniekształcone echa tego, co wyprawiała w kurorcie gwardia przyboczna Studnickiego.

No i sama legenda Sopotu, jako miasta artystów, wzięła się z tamtego czasu. A może wszystko to tylko legenda?

Opinie (7) 2 zablokowane

  • Warto wspomnieć przy tej okazji zburzoną przez sopockie władze płaskorzeźbę na budynku dawnej spółdzielni na placu przyjaciół Sopotu (wycinając przy okazji uroczą wierzbę płaczącą...).
    Płaski betonowy plac to piękno dla urzędników.

    • 21 3

  • Artyści? Ku*** tapeciarskie, a nie artyści. Do dziś takich wielu, tyle że medialnie są nazywani performancerami.

    Cytując klasyka: "Śpiewak: Ja wam zawsze wszystko wyśpiewam".

    • 6 14

  • Artyści

    Trzeba wspomnieć i to, że wystawy odbywały się na okrągło w galerii BWA przy wejściu na sopockie molo, kręciła się wśród nich moja ciotka Irka b. członek Gryfa Pomorskiego, organizowała wystawy i imprezy dla i wspólnie z bohemą. To był inny niepowtarzalny czas. Szkoda, że to minęło i nie ma już tego, ale tak to jest z życiem ucieka i nie da się go zatrzymać tylko w dziełach artystów a naprawdę polscy twórcy - malarze rzeźbiarze i pozostali artyści są naprawdę świetni i niesamowici. Szkoda, że teraz trochę traktowani są po macoszemu. Zalewa nas fala kiczu i brzydoty, widać to i w naszym Sopocie. Nie może być zgody na betonowanie miast, budowę pokracznych budynków i innych niby galerii handlowych. Trzeba pytać ludzi zajmujących się sztuką a z pewnością doradzą coś co zostanie na trwale a nie rozpadnie się po kilku latach i nawet pies z kulawą nogą nie będzie o tym pamiętał.

    • 11 1

  • (1)

    A gdzie Alfons Łosowski?! Tak bardzo zasłużony dla Gdańska, a nawet ulicy jego imienia nie ma!! Wstyd dla miasta Gdańska, dla którego tyle zrobił. Jego rzeźba rozwalona leży jak śmieć na ulicy Za Murami.
    Może dlatego, że nie pił, nie szalał, tylko tworzył dla Gdańska.

    • 8 0

    • Losowski

      a co sie stalo z jego pracami ktore ofiarowal dla Gdanska. te kamienne rzezby stały przy hotelu heweliusz obecnie mercury, przy mlynie i nratuszu starego miasta.

      • 2 0

  • Stanisław Horno-Popławski

    Poznałem osobiście. Człowiek z klasą. Dobry nauczyciel.

    • 5 0

  • Byk na byku

    Nie komitem tylko komitet. Nie działająca dziś Akademia Sztuk Plastycznych tylko Pięknych...

    • 5 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Muzea

Sprawdź się

Sprawdź się

Św. Wojciech odwiedził Gdańsk w 997 roku