wiadomości

stat

Morskie ucieczki z ludowej Polski

artykuł historyczny
Najnowszy artukuł na ten temat

Okręt, który mógł zmienić losy wojny z Polską

Morska Wola jeszcze przed przebudową na statek-bazę dla kutrów rybackich. To ona dogoniła Cietrzewia, gdy ten próbował uciec do Anglii.
Morska Wola jeszcze przed przebudową na statek-bazę dla kutrów rybackich. To ona dogoniła Cietrzewia, gdy ten próbował uciec do Anglii.

Do morskich ucieczek ze stalinowskiej Polski wykorzystywano praktycznie wszystko, co utrzymywało się na wodzie. Tylko w latach 1948-1949 zanotowano 22 takie udane eskapady.



Na pokładzie transatlantyka Batory nikt nie zainteresował się kajakiem, którym do Szwecji płynęli Jerzy Martula i Stanisław Rankin.
Na pokładzie transatlantyka Batory nikt nie zainteresował się kajakiem, którym do Szwecji płynęli Jerzy Martula i Stanisław Rankin.
Tuż po wojnie nastąpiła pierwsza fala ucieczek z Polski. Niektóre z nich były spektakularne i udane, jak w przypadku konstruktora lotniczego Eugeniusza Pieniążka, inne niestety już nie - jak próba podjęta przez sierżanta Wojsk Ochrony Pogranicza, Jana Kępę, złapanego, skazanego na śmierć i rozstrzelanego.

Uciekinierzy mieli do wyboru trzy drogi. Lądową - gęsto obsadzoną wartowniami WOP, powietrzną - dostępną nielicznym i równie niebezpieczną (ale jak wskazują raporty ówczesnych władz tylko w latach 1970 - 1982 przeprowadzono ok. 35 prób porwania samolotów, z których połowa była udana) oraz morską. Ta ostatnia wydawała się najłatwiejsza, a do jej przekraczania wykorzystywano praktycznie wszystko, co utrzymywało się na wodzie (można tu zaznaczyć że w samych latach 1948 - 1949 władze zanotowały 22 udane ucieczki morskie).

Jedna z pierwszych udanych ucieczek datowana jest na rok 1947. Dwóch młodych studentów z Gdańska, Jerzy MartulaStanisław Rankin, postanowili przedostać się do Szwecji na... kajaku żaglowym P35! Dziś, z perspektywy czasu wydawać by się mogło, że był to pomysł samobójczy. Jednostka miała bowiem ok. 5 metrów długości, ok. 1,5 metra szerokości i zanurzenie niecałego 1 metra. Jak wiadomo Bałtyk, mimo swych rozmiarów, uchodzi za jedno z najbardziej niebezpiecznych mórz.

W lecie 1947 roku zdeterminowani studenci wypłynęli z Górek Zachodnich i po krótkim postoju w porcie, w Jastarni, wyruszyli w swój rejs życia. Choć wydawać by się mogło że to niemożliwe, udało im się dopłynąć do szwedzkiego portu Ystad. Podróż nie obyła się bez przygód - po drodze napotkali słynny polski transatlantyk "Batory", który jednak nie zainteresował się niespotykaną na szerokich wodach jednostką, oraz wpadli w sieci rybackie niemieckiego kutra, który potem pomógł im nieco w dalszym rejsie.

Kolejna udana próba miała miejsce w 1949 roku, kiedy to na kutrze rybackim uciekła grupa dawnych oficerów Narodowych Sił Zbrojnych. Ta formacja była jedną z najliczniejszych, jakie walczyły z niemieckim okupantem i komunistycznymi bojówkami. Za to ostatnie, po zakończeniu wojny, szczególny odwet wzięły "nowe" polskie władze - brutalne przesłuchania, procesy pokazowe, wieloletnie kary więzienia i liczne wyroki śmierci były na porządku dziennym.

Jerzy Dobrzański, jeden z oficerów NSZ, był współwłaścicielem kutra SPI-38 i to właśnie na tej jednostce postanowił wraz z towarzyszami broni przedostać się na Zachód. Rozpoczęto niezbędne przygotowania. Obsadę jednostki stanowiło trzech Kaszubów, których sowicie opłacono za udział w akcji (Dobrzański nie ujawnił im jednak całej prawdy - poinformował ich bowiem, że na morzu niedaleko Helu, uciekinierów przejmie duński kuter).

Podczas przygotowań pojawił się problem związany z zaokrętowaniem dodatkowych osób - każde wyjście na połowy musiało być zgłaszane w Kapitanacie Portu, a na sam teren portu wstęp mieli tylko posiadacze ważnych kart rybackich. Ostatecznie zdecydowano, iż kuter wyjdzie w morze mając na pokładzie Dobrzańskiego i Kaszubów, a po zapadnięciu zmroku podpłynie w okolice Sztutowa, skąd zabierze resztę uciekinierów. Niestety pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem, gdyż zawiódł sposób komunikacji między kutrem a wybrzeżem (uciekinierzy po prostu nie mogli się odnaleźć).

Dobrzański jednak nie poddał się tak łatwo i w marcu 1949 roku ponowiono próbę - grupę lądową tym razem miano zabrać z gdańskich Stogów. Tym razem zaokrętowanie zakończyło się sukcesem, ale problemy napotkano podczas samego rejsu. Gdy Kaszubi zorientowali się, że żadnego duńskiego kutra nie będzie, odmówili dalszej żeglugi (a byli do niej niezbędni, gdyż tylko oni potrafili prowadzić nawigację i obsługiwać silnik). Ustąpili dopiero, gdy Dobrzański zagroził im bronią, ale gdy na chwilę spuszczono z nich oczy, natychmiast uszkodzili kompas znacznie utrudniając dalszą nawigację.

Do uciekinierów uśmiechnęło się jednak szczęście: w pewnym momencie napotkali na swojej drodze brytyjski statek, który udzielił im niezbędnych wskazówek, jak bezpiecznie dopłynąć do szwedzkiego portu Kalmar. Ucieczka zakończyła się pełnym sukcesem. Polski konsulat ułatwił Kaszubom wyjazd do kraju, a Dobrzańskiemu wytoczył proces oskarżając go o uprowadzenie kutra. Sąd go jednak uniewinnił.

W 1953 roku doszło do kolejnej udanej ucieczki, tym razem na jachcie "Architekt". Mając dość życia w "ludowej Polsce" Ludwik Zienkiewicz postanowił przedostać się na Zachód. Zaopatrzył się w mapę Bałtyku i starannie ja ukrył. Dziś brzmi to absurdalnie, ale wtedy za posiadanie takiej mapy na pokładzie jednostki można było pójść do więzienia.

Próba ucieczki została podjęta 30 września 1953 r., a z członków załogi tylko jeden nie został poinformowany o prawdziwym celu tego "rejsu szkoleniowego". Odprawa w bosmanacie portu się przedłużała, bo WOP-istów zainteresował duży zapas słodkiej wody, jaki znajdował się na jednostce, która deklarowała jedynie krótki rejs szkolny. Na szczęście jednak nie drążyli tego tematu. "Architekt" wyszedł w morze tuż po zapadnięciu zmroku. Początkowo obrał kurs na Krynicę Morską, a następnie na ostateczny cel wyprawy - szwedzką wyspę Gotlandię.

Załoga musiała zmagać się z licznymi przeszkodami: na mapie nie było dokładnie oznaczonych mielizn, nie było też aktualnego spisu latarni morskich. Dodatkowo, w pewnym momencie w niedalekiej odległości przepłynęły kutry powracające z połowów, jednak z ich pokładów nikt nie zauważył uciekającego jachtu. Po 60 godzinach rejsu Polacy zawinęli do szwedzkiego portu.

W historii morskich ucieczek, zdarzył się także dramatyczny pościg. Był 3 maja 1955 roku, gdy operujący na zachodnich łowiskach lugrotrawler "Cietrzew" (więcej o lugrotrawlerach przeczytasz w artykule pt. Morskie tragedie polskich rybaków) musiał wymienić podniszczone sieci i uzupełnić zapasy. W tym celu przybił do burty swojego statku-bazy "Morska Wola". Gdy większość załogi znalazła się na pokładzie statku, "Cietrzew" gwałtownie odbił od burty i zaczął oddalać się w stronę angielskiego wybrzeża. Na pokładzie lugrotrawlera znajdowało się wówczas czterech rybaków - pierwszy mechanik Albert Ruszennik, asystent pokładowy Piotr Wiszniewski, sternik Tadeusz Dziwota oraz rybak Jan Szumlakowski (który z ucieczką nie miał nic wspólnego i przez innych załogantów został zamknięty w swojej kabinie).

Gdy minął pierwszy szok, "Morska Wola" ruszyła w pościg za "Cietrzewiem" wzywając do pomocy inne polskie jednostki. "Uciekinier" szybko zaczął nadawać sygnały o niebezpieczeństwie i prośby o pomoc. Anglicy dość szybko odpowiedzieli i wyrazili chęć pomocy, na co jednak nie zgodziło się dowództwo "Morskiej Woli" argumentując, że jako najbliższa jednostka podejmie "akcję ratunkową".

Pościg trwał do godzin popołudniowych, kiedy to odległość między jednostkami zmniejszyła się do mniej więcej 2 kabli (jeden kabel morski wynosi ok. 185 metrów). Uciekinierzy zdali sobie sprawę, że kontynuowanie podróży jest już niemożliwe, dlatego też ostatecznie zatrzymali maszynę.

Rybaków szybko przetransportowano na pokład statku - bazy, gdzie umieszczono ich w oddzielnych pomieszczeniach i starannie pilnowano. Jeden z niedoszłych uciekinierów, Tadeusz Dziwota, skazany został na 5 lat więzienia, ale na skutek amnestii wyszedł na wolność już w 1957 roku. Po opuszczeniu więzienia skierowano go do pracy w kopalni, aby wszelkie myśli o innych ucieczkach skutecznie wywietrzały mu z głowy.

Pisząc o ucieczkach należy jeszcze wspomnieć o tej z roku 1958, kiedy to uczniowie Technikum Rybackiego w Darłowie, podczas rejsu szkolnego sterroryzowali dowódcę kutra i skierowali się do portów szwedzkich czy też wyczyn Jerzego Szymczaka, który w 1962 roku popłynął do Bornholmu... kajakiem.

Opinie (50)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

1965 Uruchomienie ekspresowego połączenia Gdańska z Warszawą i Poznaniem opis W Gdańsku otworzono połączenie ekspresowe pociągami z Warszawą i Poznaniem. Podróż uległa znacznemu skróceniu, dzięki zastosowaniu lokomotywy spalinowej.

Sprawdź się

Jaki rajca gdański przekazał w testamencie swój dom na Muzeum Wnętrz Mieszczańskich z końca XVIII w?