wiadomości

stat

Legendy gdańskie: miłość, diabły i stolemowie

artykuł historyczny
Szczyt wieży kościoła Mariackiego miał być strzelisty, niczym zwieńczenie wieży Ratusza Głównego Miasta, ale po tym jak przysiadł na niej stolem, gdańszczanie zdecydowali się pozostawić go płaskim.
Szczyt wieży kościoła Mariackiego miał być strzelisty, niczym zwieńczenie wieży Ratusza Głównego Miasta, ale po tym jak przysiadł na niej stolem, gdańszczanie zdecydowali się pozostawić go płaskim. fot. Pastor/galeria.trojmiasto.pl

Dwa tygodnie temu opisaliśmy część najbardziej znanych legend związanych z Gdańskiem. Dziś pora na ciąg dalszy: historię tragedii miłosnej związanej z największym kościołem w mieście, kolejną miłość, która zagościła w murach klasztoru oraz legendę o tym, skąd wzięły się bałtyckie sztormy. Wyjaśnimy też nazwę jednej z gdańskich ulic.



Stolem siada na wieży kościoła

Bazylika Mariacka jest największą świątynią na świecie zbudowaną z cegły. Nie na darmo zresztą nosi miano "korony miasta Gdańska". I choć budowano ją z licznymi przerwami przez prawie 160 lat to według jednej z legend niewiele brakowało, by w ogóle nie powstała.

Wiele wieków temu gdańszczanie postanowili w swoim mieście wybudować wspaniałą i okazałą świątynie. Budowa przyszłej Bazyliki Mariackiej ruszyła 25 marca 1343 roku (ten fakt może nam potwierdzić, częściowo zachowany po dziś dzień napis znajdujący się nad wejściem do zakrystii). Prace posuwały się do przodu, a okazałą budowlę było widać z wielu kilometrów. Po latach, do ostatecznego zakończenia budowy brakowało już tylko jednego elementu - wykończenia wieży, którą miał zwieńczyć wysoki, strzelisty dach.

Wtedy to kościołem zainteresował się jeden ze stolemów, czyli przedstawicieli rodu olbrzymów mieszkających na Kaszubach. Według jednych przekazów byli oni okrutni dla ludzi i często uprzykrzali im życie czy wręcz nawet ich prześladowali (za co spotkała ich z czasem zasłużona kara). Według innych, stolemowie byli przyjaźni ludziom i im pomagali.

W naszej historii niewątpliwie wystąpił przedstawiciel tych drugich. Gdy bowiem pewnego dnia spoglądał na otaczającą go okolicę i ujrzał niemal zakończoną budowę gdańskiej świątyni, ucieszył się niezmiernie. Sądził, że dobrzy ludzie zbudowali mu stołek, na którym będzie mógł odpoczywać.

Tu trzeba zaznaczyć, że ów stolem był nie tylko przyjazny ludziom, ale był też utalentowanym rzemieślnikiem, który potrafił z kamienia "wyczarować" przepiękne rzeźby. Postanowił podziękować mieszczanom za tak niezwykły w jego mniemaniu prezent. Wybrawszy najpiękniejsze ze swych dzieł, czyli kamienne figurki, medaliony, ornamenty, które chciał przekazać gdańszczanom, wyruszył w drogę.

Widok zbliżającego się olbrzyma wywołał spore poruszenie wśród gdańszczan, którzy w panice pochowali się w swych domach. W tym czasie stolem dotarł do kościoła i zmęczony... usiadł na jego wieży. Tu niewątpliwie należy oddać hołd budowniczym, bo mimo tak ogromnego ciężaru wieża nie zawaliła się.

Gdy stolem nieco odpoczął, z przyniesionego worka zaczął wyciągać swoje rzeźby, które w ramach podziękowań umieścił na gdańskich kamienicach. Mieszkańcy, którzy przekonali się, że przybysz nie ma wobec nich złych zamiarów, tłumnie wylegli na ulice. Widząc nowe ozdoby na swych domach zaczęli wiwatować i dziękować stolemowi.

Szybko podjęto decyzję, o zmianie wykończenia wieży - od tej chwili miała być płaska, by stolem, gdy tylko poczuje zmęczenie, mógł sobie na niej przysiąść i odpocząć. I tak też pozostało aż po dzień dzisiejszy...

Zegar we wnętrzu Bazylik Mariackiej. Zegarmistrz Hans, który go konstruował, zginął z ręki burmistrza, który nie chciał się zgodzić na związek swojej córki z rzemieślnikiem.
Zegar we wnętrzu Bazylik Mariackiej. Zegarmistrz Hans, który go konstruował, zginął z ręki burmistrza, który nie chciał się zgodzić na związek swojej córki z rzemieślnikiem. fot. Wojtek Jakubowski/KFP
Tragiczny finał miłości córki burmistrza i zegarmistrza

Z Bazyliką Mariacką związana jest inna legenda, tym razem z tragicznym zakończeniem. Pewnego razu Gdańskiem rządził burmistrz, który miał córkę niezwykłej urody. Chciał ją wydać za któregoś z bogatych mieszczan, ale ona - jak to młoda dziewczyna - nie chciała o tym słyszeć.

Gdy dziewczyna zaczęła znikać z domu na dłuższy czas, ojciec zaczął się niepokoić. Po Gdańsku zaczęły krążyć plotki, że jego córka co prawda spędza ten czas w bazylice Mariackiej, ale wcale nie na modłach, tylko odwiedza tam zegarmistrza Hansa, konstruującego zegar, który miał zdobić świątynię.

Choć był on utalentowanym rzemieślnikiem, to w oczach burmistrza miał jedną, ale ogromną wadę - należał do niższej warstwy społecznej, niż on sam i jego córka. Ponieważ nie mógł dopuścić do mezaliansu, udał się do bazyliki, by rozmówić się z zegarmistrzem.

W kościele Hans stał na drabinie i montował kolejny element swojego zegara. Gdy burmistrz zaczął rozmowę, rzemieślnik go nie usłyszał i nie zwrócił na niego uwagi. Burmistrz potraktował to jako lekceważenie, którego nie mógł puścić płazem. W przypływie furii wyciągnął sztylet i wbił go w plecy Hansa.

Cios okazał się śmiertelny, a spadający z drabiny zegarmistrz chwytał się elementów zegara, w efekcie całkowicie niszcząc jego mechanizm.

Gdy córka dowiedziała się o czynie swego ojca, nie chciała go już znać. Burmistrz skazany został na karę śmierci a sam zegar... No cóż, dopiero w naszych czasach doczekał się całkowitej renowacji i naprawy.

Tragedii miłosnych ciąg dalszy

W legendach gdańskich sporo miejsca zajmują nieszczęśliwe historie miłosne, w których często występują osoby duchowne. Jedna z nich związana jest z kościołem Świętej Trójcy.

W XIII w. na pomorskich ziemiach pojawili się franciszkanie. Do Gdańska dotarli w 1420 r. dysponując wydaną przez papieża Marcina V zgodą na budowę w tym mieście swego klasztoru. Otrzymanie wszystkich dodatkowych zgód od władz Gdańska zajęło braciom dwa lata. W tym samym czasie ruszyła również budowa ich kościoła, który z czasem uległ znacznej przebudowie i rozbudowie. Dziś na pokryciu jego dachu możemy zaobserwować charakterystyczne, ułożone z kolorowych dachówek krzyże. Skąd się tam wzięły?

Na poszyciu dachu kościoła św. Trójcy można cały czas dostrzec charakterystyczne krzyże, które ułożona na pamiątkę śmierci zakonnika, który zginął wpadając tędy do wnętrza świątyni.
Na poszyciu dachu kościoła św. Trójcy można cały czas dostrzec charakterystyczne krzyże, które ułożona na pamiątkę śmierci zakonnika, który zginął wpadając tędy do wnętrza świątyni.
Pewnego razu jeden z braci zakonnych zakochał się z wzajemnością w parafiance. Początkowo spotykali się wyłącznie w mieście, starając się nie rzucać nikomu zbytnio w oczy. Jednak z czasem oboje zatracili czujność i przenieśli spotkania do celi zakonnika. Z czasem doszło do tego, że młoda gdańszczanka zamieszkała z zakonnikiem, cały czas jednak kryjąc się przed innymi braćmi.

Przez pewien czas udawało im się jeszcze ukryć swój związek, ale jak łatwo się domyślić ich tajemnica w końcu wyszła na jaw. Wywołało to ogromne wzburzenie we franciszkańskim gronie. Szybko też postanowiono zrobić z tym porządek. Młoda mieszczka z miejsca została wygnana z celi, natomiast na poszukiwania jej wybranka, który akurat przebywał na terenie klasztoru, ruszyli inni bracia.

Gdy zakonnik dostrzegł zbliżająca się ku niemu grupę z miejsca pojął, że odkryto jego miłosny sekret i rzucił się do ucieczki. Ścigano się po zakamarkach całego klasztoru, by wreszcie dotrzeć na dach świątyni. Tam, widząc że bracia nie rezygnują, młody franciszkanin zerwał z dachu kilka dachówek, by przez powstałą dziurę zeskoczyć w głąb świątyni. Niestety, to była fatalna decyzja, bo spadający do wnętrza kościoła zakonnik zginął.

Współbracia z czasem mu wybaczyli i postanowili w jakiś sposób uczcić jego pamięć, dlatego też podczas remontu dachu w miejsce powstałej dziury ułożono nowe dachówki. Miały one jednak różne kolory przez co wyraźnie odcinają się na dachu w kształcie krzyża.

Historia bałtyckich sztormów

Zgodnie z legendą, przed wiekami Bałtyk był bardzo spokojnym morzem, nienawiedzanym przez sztormy. Dzięki temu było to idealne miejsce do wielkich połowów.

Jednym z pierwszych rybaków, który osiedlił się w pobliżu Rozewia, był Fabisz. Zapewne żyłby długo i spokojnie w swej chacie, gdyby z nieznanych przyczyn nie uwziął się na niego miejscowy diablik imieniem Purtk. Utrudniał on życie naszemu rybakowi jak tylko mógł - a to porwał mu sieci, innym razem uszkodził mu łódź.

Bałtyk był spokojnym morzem do czasu aż Fangosz nie uwięził w jego wodach diabła Purtka.
Bałtyk był spokojnym morzem do czasu aż Fangosz nie uwięził w jego wodach diabła Purtka. fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
Z czasem działania Purtka tak bardzo zaczęły przeszkadzać Fabiszowi, że postanowił rozprawić się fortelem z uciążliwym diabłem. Obiecał mu swą duszę, ale pod jednym warunkiem - Purtk miał ją otrzymać wyłącznie wtedy, gdy zdoła zatrzymać płynącą łódź rybacką trzymając jej kotwicę. Diabeł, ufny w swą siłę, zgodził się na to.

Po wypłynięciu w morze rybak przywiązał Purtka do kotwicy (rzekomo po to by nie wyrwały mu jej z rąk podwodne prądy) i wyrzucił za burtę. Pomimo sporego wiatru, Fabisz zauważył, że łódź zaczęła zwalniać. W tym momencie odciął kotwicę, która opadłą na dno wraz z uwięzionym diabłem.

Fabisz wrócił na ląd i odtąd żył spokojnie i dostanio. Tyle tylko, że był to koniec spokojnego Bałtyku. Odtąd za każdym razem, gdy uwięziony Purtk starał się wydostać ze swej pułapki, na morzu pojawiały się wielkie fale i rozpoczynał się sztorm.

Po dziś dzień, gdy jesteśmy świadkiem bałtyckiego sztormu i uważnie się wsłuchamy w szum morza, usłyszymy pełen gniewu krzyk uwięzionego diabła.

Jak to z Żabim Krukiem było

Podczas spaceru po Głównym Mieście w Gdańsku warto zwrócić uwagę na osobliwą "ozdobę" znajdującą się na jednej ze ścian Dworu Artusa. Według legendy jest to diabelski ząb, a jego historia jego jest jedną z piękniejszych gdańskich legend.

Cała nasza historia zaczyna się właśnie w Dworze Artusa. Dawno dawno temu w Gdańsku mieszkał młody flisak, który nazywał się Wojciech Kruk. Zakochał się on z wzajemnością w córce bogatego mieszczanina - Róży. Jak to w legendach bywa, na drodze do ich szczęścia stanęła różnica społeczna.

Wojtek jednak nie zamierzał rezygnować z życia z Różą. Dzięki swej pracowitości udało mu się uzbierać pieniądze, za które kupił wystawny strój mieszczanina. Przywdziawszy go postanowił udać się do ojca Róży, by poprosić go o jej rękę.

Plan by się powiódł, gdyby nie to, że Róża nie potrafiła się oprzeć urokowi swojego pięknie wystrojonego wybranka i z miejsca porwała go na bal, który odbywał się właśnie w Dworze Artusa. Zakochani zatańczyli parę tańców, ale wtedy na sali pojawił się niezwykle urodziwy, ubrany na czarno jegomość, który z miejsca odbiwszy Wojciechowi Różę zaczął z nią tańczyć.

Nowa para wywołała na parkiecie duże poruszenie, gdyż oboje tańczyli jak w transie. Wojtek, choć początkowo strapiony takim obrotem sprawy, szybko zauważył, że nieznajomy pod cylindrem ukrywa diabelskie rogi. Gdy próbował ostrzec o tym swą ukochaną usłyszał tylko złowieszcze "nie kracz mi tu złowieszczych słów". Nim zdążył mrugnąć czart skierował w jego stronę swą dłoń zmieniając flisaka w kruka. Róża, która była już pod diablim urokiem, zniknęła nagle wraz z nim.

Zmieniony w kruka Wojciech próbował szukać Róży i wzbił się w powietrze, jednak jako że nie był biegły w sztuce latania, zderzył z jedną z kościelnych wież i zakończył swój lot w niewielkim oczku wodnym nieopodal Starego Przedmieścia.

Tu mogłaby się nasza historia zakończyć, gdyby nie żaby, które na rozkaz swojego króla uratowały nieszczęśliwca. Gdy Wojtek odzyskał przytomność i opowiedział swą historię, Żabi Król postanowił mu pomóc. Odkrył, że zmęczony ciągłym płaczem Róży czart zmienił ją w kwiat.

Król Żab wiedział jak pomóc zaczarowanym zakochanym: Flisak musiał odebrać coś czartowi. Gdzie mu jednak było mierzyć się z diabelską istotą? I ponownie nieodzowna okazała się pomoc władcy żab, który podarował Wojciechowi magiczny eliksir o usypiającej mocy.

Czarci ząb po dziś dzień wisi na łańcuchu przy wejściu do Dworu Artusa.
Czarci ząb po dziś dzień wisi na łańcuchu przy wejściu do Dworu Artusa. fot. Michał Lipka/trojmiasto.pl
Bladym świtem Wojtek udał się do czarciej pieczary, w której zmęczony diabelskimi uczynkami Zły spał głębokim snem. Wojtek wlał diabłu w usta magiczny eliksir i odszukał zmienioną w kwiat ukochaną. Delikatnie w dziobie wyniósł ją z pieczary, a następnie powrócił, by odebrać coś czartowi. Jego wybór padł na ząb. Uderzając dziobem wybił go diabłu, a wtedy zły czar prysł. Wojtek i Róża znów byli ludźmi.

Oboje wrócili do Gdańska, zabierając ze sobą swe "czarcie trofeum". Ojciec Róży, wzruszony odwagą Wojtka i odzyskaniem córki z rąk szatana, zgodził się na ślub obojga.

Na pamiątkę tych wydarzeń jedna z ulic Gdańska nosi nazwę Żabiego Kruka, a na Dworze Artusa zawisł Czarci Ząb.

Opinie (16) 2 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1921 Spotkanie Stefana Żeromskiego z czytelnikami Stefan Żeromski spotkał się w Gdyni z czytelnikami. Do spotkania doszło w siedzibie Towarzystwa Przyjaciół Pomorza.

1999 Przy ul. Stągiewnej odbudowano kamieniczki Przy ul. Stągiewnej na Wyspie Spichrzów odbudowano i oddano do użytku kompleks kamieniczek.

Sprawdź się

Jak wyglądał pierwszy historyczny zapis nazwy miasta Gdańska?