wiadomości

stat

Latarnik to nie musi być smutny odludek

artykuł historyczny
O blizie, czyli dawnej latarni znajdującej się wówczas przy ujściu Wisły do morza w dzisiejszym Nowym Porcie tak pisał Daniel Chodowiecki: W oddali ujrzałem latarnię morską znacznej wysokości, płasko zakończoną i stosunkowo szeroką. Budowla ceglana i otynkowana. Na latarni umieszczony żelazny żuraw. Latarnia otoczona palisadowym płotem i drzewami, stoi na niewielkim wzniesieniu. Wszystko to razem jest przyjemnym widokiem.
O blizie, czyli dawnej latarni znajdującej się wówczas przy ujściu Wisły do morza w dzisiejszym Nowym Porcie tak pisał Daniel Chodowiecki: W oddali ujrzałem latarnię morską znacznej wysokości, płasko zakończoną i stosunkowo szeroką. Budowla ceglana i otynkowana. Na latarni umieszczony żelazny żuraw. Latarnia otoczona palisadowym płotem i drzewami, stoi na niewielkim wzniesieniu. Wszystko to razem jest przyjemnym widokiem.

Czy latarnik to mieszkająca na odludziu, w surowym, nieprzyjaznym miejscu, osoba skazana na samotność? Nic bardziej mylnego. Można być latarnikiem i mieć rodzinę, a zdarzało się, że opiekuna latarni można było spotkać podczas pracy w centrum miasta.



Historycy przypuszczają, że już ok. X wieku u wybrzeży grodu nad Motławą palono ognie sygnalizacyjne, mające ułatwić wejście do portu. Kolejne zapiski wskazują księcia Świętopełka jako tego, który szczególnie troszczył się o bezpieczeństwo morskie. Przez szereg lat latarnie morskie wskazywały marynarzom bezpieczną drogę do portu i stanowiły bezcenny znak nawigacyjny.

Praca latarnika nie należała do łatwych - codziennie musiał pokonać schody na szczyt latarni i zapalać światło, nie tylko w określonej godzinie i minucie, ale nawet i sekundzie. Od jego rzetelności zależało ludzkie życie, dlatego wszystkie lampy musiały zawsze świecić jasnym blaskiem, a same błyski musiały mieć odpowiednią charakterystykę, aby nawigator na statku mógł jednoznacznie określić, którą z latarni aktualnie widzi.

Zobacz także:
Co kryje latarnia w Nowym Porcie? Jako jedna z pierwszych latarni na świecie korzystała z energii elektrycznej, a z jej okna podobno padły pierwsze strzały w kierunku Westerplatte. Zabytkowa latarnia morska w Nowym Porcie, która pracowała przez ponad 90 lat, a później przez kilkanaście następnych niszczała, po odrestaurowaniu przez inżyniera i marynarza Jacka Michalaka przeżywa swoją drugą młodość.


Z biegiem czasu i nieustannym rozwojem techniki, latarnicy powoli, acz nieubłaganie, przestali być niezastąpieni. Ale nawet dziś, gdy pracą latarni głównie steruje fotokomórka i komputer, sam latarnik wciąż ma co nieco do roboty. Często zdarza się, że ten zawód to rodzinna tradycja. Tak jest na przykład w charakteryzującej się ciekawym, trójkolorowym malowaniem latarni morskiej znajdującej się niedaleko Łeby. Zacznijmy jednak od początku.

Historia latarni Stilo



Latarnia Stilo, bo o niej tu mowa, powstała na początku XX wieku, 10 km na wschód od Łeby. Już sam proces jej budowy był niezwykle ciekawy. Ze względu na trudny teren, gotowe elementy latarni wykonane ze staliwa transportowano morzem, skąd barkami, a następnie końmi wciągano na miejsce montażu. Tam, niczym budowlę z klocków, dopasowywano odpowiednie elementy i montowano je za pomocą śrub (jest ich około 5 tysięcy!). Co ciekawe, na całym świecie są jedynie trzy budowle takiego typu. Latarnia Stilo jest jedną z dwóch w Polsce wykonanych całkowicie z metalu.

Latarnia morska Stilo
Latarnia morska Stilo fot. Andrzej Gojke/KFP
W początkowych latach działalności dodatkowym elementem nawigacyjnym latarni był tzw. nautofon, czyli urządzenie służące do nadawania sygnałów dźwiękowych. Choć z czasem postanowiono je zdemontować, to do dziś możemy zobaczyć jeszcze jego fundamenty z 1906 roku.

Skoro mamy już latarnię, brakuje nam tylko latarnika. Ten, który nas interesuje, pojawił się w 1948 roku i nazywał się Stefan Łozicki. Miał bogatą przeszłość - walcząc w szeregach armii generała Andersa, przebył wraz z nią szlak bojowy. Za walki o Monte Cassino otrzymał Krzyż Walecznych.

Po wojnie zdecydował się osiąść na polskim wybrzeżu i ostatecznie swe losy na blisko 33 lata związał z latarnictwem.

Nie była to lekka praca. Każdego dnia trzeba było wielokrotnie pokonać blisko 140 schodów, pilnować, by wszystkie żarówki odpowiednio świeciły, jak również uważać na sygnały napływające z morza.

Na szczęście w pobliżu tej latarni tylko raz doszło do wypadku - w 1970 roku duński statek podczas silnego sztormu wpadł na mieliznę. Latarnik w porę zauważył sygnał niebezpieczeństwa i wezwał pomoc. Całą załogę udało się uratować, ale topy masztów zatopionej jednostki możemy oglądać po dziś dzień.

Rodzina latarników



Pasja latarnictwa przeszła na syna, gdyż od 1979 roku, pod czujnym okiem ojca, latarnikiem został również syn Stefana Łozickiego - Romuald (który pełnią swą funkcję do śmierci w roku 2012). Po pewnym czasie znów magia latarni morskiej dała o sobie znać - żona Romualda, Weronika, również została latarnikiem, czym wpisała się na karty historii, gdyż kobiet pracujących na latarniach morskich jest na świecie niewiele.

Weronika Łozicka przez lata pracowała jako latarnik w latarni Stilo.
Weronika Łozicka przez lata pracowała jako latarnik w latarni Stilo. fot. Wojtek Jakubowski /KFP
I teraz krótka zagadka: kim może zostać młody człowiek, którego dziadek i oboje rodzice byli latarnikami? Pewnie nie będzie dla was zaskoczeniem, że latarnikiem został również wnuk Stefana i syn Romualda, czyli Damian Łozicki, który kontynuuje rodzinną tradycję.

Latarnicy w centrum miasta



Czy latarnik zajmuje się wyłącznie opieką nad powierzoną mu latarnią morską? Jak pokazuje historia, niekoniecznie.

Oświetlenie uliczne pojawiło się stosunkowo niedawno, przez wieki w miastach panowała ciemność, która sprawiała, że pory dnia regulowały także tryb życia mieszkańców. Gdy po zachodzie słońca chciano załatwić jakąś sprawę w mieście, były trzy możliwości: wysłać przed sobą służącego (o ile się go miało), który niosąc latarenkę oświetlał drogę, samemu nieść latarenkę i oświetlać sobie drogę czy też wreszcie odpuścić sobie latarenkę i liczyć wyłącznie na własne oczy. Dwa pierwsze rozwiązania zarezerwowane były dla ludzi majętnych, których było stać na służbę i drogie świece. A co z opcją ostatnią? No cóż, pomijając już kwestię nocnego widzenia trzeba było liczyć się ze spotkaniem z rabusiami, którzy w najlepszym razie mogli tylko pobić i okraść, a w najgorszym - pozbawić życia. Problem dostrzegano, sprawę próbowano rozwiązać, ale - podobnie jak dziś - wszystko rozbijało się o brak pieniędzy.

Tak było aż do 1766 roku, kiedy to pojawiło się - i to dosłownie - światło w tunelu. Wtedy zapadła decyzja o postawieniu w mieście blisko 800 latarni olejowych, znanych już od starożytności (tego typu lampy stosowali chociażby Rzymianie). W ciągu dwóch lat, na wysokich słupach i linach nad ulicami, zawieszono pierwsze z prawdziwego zdarzenia oświetlenie miejskie.

Były co prawda pewne niedogodności, gdyż latarnie nie świeciły całą noc (wiadomo - koszty) i przez cały rok. Zapalano je wyłącznie w okresie jesienno-zimowym i to tuż przed zapadnięciem zmroku. Gaszono je w środku nocy, chyba że wcześniej wypalił się olej i latarnia sama zgasła.

Wrocławski latarnik miejski
Wrocławski latarnik miejski fot. Wikipedia.org
Mamy zatem system latarni miejskich, wiemy, jak on działa - czego zatem nam brakuje? Kogoś, kto będzie o nie dbał. Ponieważ jedna osoba nie była w stanie jednego wieczoru zapalić wszystkich latarni, zdecydowano się zatrudnić kilku latarników. Do ich obowiązków należało codzienne zapalanie i gaszenie latarni, uzupełnianie olejów czy też wykonywanie napraw tych uszkodzonych. Swoją siedzibę latarnicy mieli w Baszcie Kotwiczników. Na ich pensje składali się mieszkańcy, płacąc tzw. opłatę latarniową.

W kolejnych latach stale rozbudowywano system oświetlenia i unowocześniano latarnie. Z czasem latarnie olejowe zostały zastąpione przez gazowe i choć te również zostały już zastąpione przez nowoczesne elektryczne myliłby się ten, kto sądziłby, że już ich w ogóle nie ma. W niektórych miastach takich jak na przykład Elbląg, Warszawa czy Wrocław do dziś można je spotkać. Oczywiście jako pamiątki i atrakcje dla turystów oraz miłośników historii miasta.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (25)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1659 Maria Ludwika w pracowni Jana Heweliusza W pracowni Jana Heweliusza przy ul. Korzennej 53 - 55, gościła i uczestniczyła w obserwacji nieba żona króla Jana Kazimierza, Maria Ludwika