Kury w szafie, czyli gospodarstwo w czasie wojny

artykuł historyczny
Od lewej stoją Anton, Teresa, Helena i jej mąż Franz. Siedzą rodzice: Łucja i Leon Littwin. Fotografia z drugiej połowy lat 40. ub. wieku.
Od lewej stoją Anton, Teresa, Helena i jej mąż Franz. Siedzą rodzice: Łucja i Leon Littwin. Fotografia z drugiej połowy lat 40. ub. wieku.

- Tata woził warzywa do Wrzeszcza. Ludzie dzień wcześniej wieczorem ustawiali się w kolejkach po pęczek, żeby mieć co jeść. Taka bieda była w mieście w czasie okupacji - opowiada Teresa Czerwionka. W dziesiątym odcinku cyklu Trójmiejskie opowieści wspomnieniami dzieli się seniorka, której rodzina pracowała w majątku na terenie Kokoszek zobacz na mapie Gdańska.



- Niech go pan nie zabija. On już i tak nie żyje. Schowa pan broń, bo może się jeszcze przydać - prosiłam niemieckiego żołnierza. Ja, trzynastoletnia... Malutka... I poszedł.
Tego, co leżał, złapałam za nogę. Wcisnęłam w stóg słomy i poszłam do domu. A był akurat obiad.

- Tata, ja jednego schowałam.
Mama szybko usmażyła dwa jajka na patelni, a i maślanka była.

- Zanieś mu jeść - usłyszałam od taty.
Jezu, jak on się cieszył... Ukryliśmy go w szopie. Mama dała koc i poduszki, a kiedy wieczorem szła nakarmić zwierzęta, wzięła maść. Miał tak odmrożone nogi, że mama aż płakała:

- Jak oni tych ludzi...
Owinęła mu nogi i został u góry w szopie. Dwa dni tam był, a później wzięliśmy go do małego pokoju. W razie czego, to miał się w szafie schować. Myśmy się bali, bo za to by nas zastrzelili.

O tym, że u nas jest więzień z marszu, co ich prowadzili przez Kokoszki, dowiedział się właściciel majątku. Goltz powiedział, żeby tata go przyprowadził. Do pracy. I ten człowiek bardzo chętnie był przy krowach. Miał mleko, każdy mu coś dał. Głodny nie był.

Po wojnie przyszedł do nas... w mundurze. Był rosyjskim oficerem. Nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Myśmy pomagali, bo jaki by mundur nie nosił, to był po prostu człowiek. A Herr Fübrantz to po prostu dbał o pracowników.

Pięciu chłopów z dywanem i początek wojny

Zobacz, jak dziś wygląda dwór, w którym mieszkał major Fübrantz i jego żona Gertruda.

Ojciec Leon Littwin i jego brat pracowali w zakładzie, co oczyszczał miasto. Jeździli wozami konnymi i wywozili nieczystości. A Herr Fübrantz chciał mieć pracownika, który zna się na koniach i dobrze zna Gdańsk. Ktoś polecił mu ojca i rodzina przeprowadziła się do Kokoszków.

Tata pracował, a mama Łucja zajmowała się domem. Było nas siedmioro rodzeństwa: Franz, Helena, Stefania, Bernard, Anna, jaAnton. Najstarszy brat urodził się w 1915, a najmłodszy w 1933 roku. Była też jeszcze jedna siostra, która przyszła na świat w 26 czy 27 roku, ale tuż po urodzeniu zmarła.

Herr Fübrantz, do którego zwracało się również Herr Major ożenił się z Gertrudą z domu Wannow, do której rodziny należał majątek. Mieli dwór z dużą salą, gdzie był wielki dywan, co pięciu chłopów musiało go nieść. Fortepian tam był i obrazy, i parkiety wszędzie ładne.

Mieli dwóch synów. Jeden w czasie wojny służył w niemieckim lotnictwie, drugi gdzieś indziej. A mojego ojca razem z 22-letnim chłopakiem w 1939 roku wzięli do polskiego wojska. We wrześniu Niemcy dopadli ich gdzieś za Kościerzyną. Obaj mieli trafić do niewoli. Ale że tata w czasie poprzedniej wojny był w niemieckim wojsku, do tego przedstawił się i miał ze sobą papiery, tak się nie stało.

- My pracujemy u majora Fübrantz. A to jest dobry chłopak - wskazał na 22-latka.
- Przywieźcie mi ich, ja ich potrzebuję - powiedział her major, kiedy doszła do niego wiadomość, że tata i chłopak są pod Kościerzyną.
I przywieźli ich do Fübrantza. Odebrał osobiście, kazał iść do domu, zjeść obiad, a po południu przyjść do pracy.

Rosjanka, Ukrainiec i frau Gertruda

Goście weselni świętujący ślub Heleny (najstarsza siostra) i Franza. Zdjęcie wykonano w czasie wojny w domu rodziny Littwin.
Goście weselni świętujący ślub Heleny (najstarsza siostra) i Franza. Zdjęcie wykonano w czasie wojny w domu rodziny Littwin.
- Jutro kontrola będzie. Kto ma, niech chowa kury - mówił Fübrantz do Goltza.
Herr Major skądś wiedział. A Goltz był zarządcą i przekazywał dalej chłopom. Mama chowała kury w koszu i szafie. A wieczorem - w mundurach - przychodziła kontrola, bo wtedy kury powinny siedzieć w kurniku. Sprawdzali, ile ich jest. A im więcej miało się kur, tym więcej trzeba było oddawać jajek.

Myśmy do Karczemków musieli te jajka odnosić. Nie płacono od sztuki, tylko ważono i dostawaliśmy za nie towar. Przeważnie proszek do prania i drożdże.

W czasie wojny w domu były więc jajka. A do tego jadło się smażone ziemniaki i popijało maślanką. Poza tym nasza rodzina handlowała. Mleko woziłam do artysty malarza i jego żony, co mieszkali na osiedlu przy dzisiejszej ulicy Hallera we Wrzeszczu. Dwa razy w tygodniu po dwa litry mleka.

Czytaj również: Dawna Gdynia była miastem tysięcy kóz

Mieliśmy też wystarczająco kartofli, bo jeden ogród, drugi ogród. A że z kartofli nikt nas nie rozliczał, tata ładował worki na wóz, zakrywał słomą i jechał do Wrzeszcza. Woził też warzywa z dużej plantacji Fübrantza. Tata opowiadał, że ludzie już wieczorem ustawiali się w kolejkach po pęczek warzyw, żeby mieć co jeść. Taka bieda była w mieście w czasie okupacji.

Pracownicy majątku i ich rodziny miały co jeść. Były tu też cztery Rosjanki i pięciu Ukraińców. Bywało, że Goltz po cichu kazał świniaka zabić i dać im. Głodni nie byli, ale do pracy musieli chodzić.

Któregoś roku Rosjanka z Ukraińcem zaszła w ciążę. Wtedy Frau Gertruda dała im mieszkanie - pokój z kuchnią, pościel i co tam trzeba. Urządziła ich, coby dziecko mogła urodzić i wychować. Kobiety ze wsi też trochę dbały o nią.

Zdarzyło się też, że jakichś gdańszczanin chciał mieć większe mieszkanie, więc jednego pracownika majątku i jego rodzinę chciano wysiedlić i wywieźć do obozu. Jak się chłopy dowiedzieli, to poszli do właściciela w tej sprawie. I Fübrantz z Goltzem pojechali do urzędu w Kartuzach. Właściciel ujął się za rodziną i została. Nie dali ludziom krzywdy zrobić. Kiedy komuś coś groziło, w mundurach byli już tam, gdzie trzeba.

Jedyne co, to Fübrantz tak dobrze nie płacił. Bo oni liczyli jako wynagrodzenie też pole, na którym sadziło się kartofle. Słomę, buraki oraz brukiew dla krowy. I drewno, co przywozili z lasu na opał.

Ludzie z łapanek w wagonach towarowych

Poznaj historię obozu jenieckiego i filii obozu Stutthof w Kokoszkach.

W Kokoszkach był obóz z więźniami. Jacy oni byli głodni... My chleba mieli niedużo, więc tata mówił: gotujcie kartofle. Umyłam porządnie, a mama taki duży garnek ich gotowała. Potem szłam pod obóz. Wachman dostawał trzy lub pięć cigaretów. Mieliśmy, bo mama i tata nie palili. Wachman kazał im się ustawić, a ja liczyłam, ile ich jest i wiedziałam, ile kartofli temu pierwszemu dać, żeby i ostatni coś dostał. Więźniowie stali przy płocie, ale nie był pod prądem. Wiem, bo nie raz go dotykałam.

Kiedy ktoś szedł tamtędy, oni biegli do płotu, bo a nuż... Ludzie pomagali, ile kto mógł. A z majątku pojechała fura kartofli do obozu, żeby mieli co jeść. Było też tak, że Fübrantz kazał wszystkim ludziom iść do domu, a sam rozrzucił zboże. Później wachman przyszedł z więźniami i oni te ziarenka zbierali i jedli, taki był głód.

Kiedy było Powstanie Warszawskie, to przywieziono trzy pełne wagony towarowe z ludźmi z łapanek. Ponad połowa z nich zmarła w środku. Ci, co mogli, to wyszli. A tych, co jeszcze żyli, a nie mogli się ruszyć, rozstrzeliwano.

Jak oni te wagony otworzyli, to żona zawiadowcy zaczęła wrzeszczeć.

- Co wy robicie? Czemu zabijacie tych ludzi?
Chcieli więc ją rozstrzelać. Ale Fübrantz i Goltz ubrali się w mundury. Powiedzieli, że ona psychicznie chora i że zawsze wrzeszczy, więc to nie było do tych od więźniów. Uchronili ją.

Okien nie było, pierzyn szukaliśmy w dołach, co były w ziemi. Tata przyniósł kołdrę z dworu, a ja na łące znalazłam zegarek, który jeszcze chodził.
W czasie wojny w obozie przebywało wiele kobiet. Był taki jeden wachman, co współżył z jedną z nich i ona zaszła w ciążę. Kiedy urodziła, zaniósł do gospodarza, do pewnej kobiety. Zapłacił jej i powiedział, że jak się wojna skończy, to oni przyjdą po dziecko.

Ta kobieta miała już jedno swoje dziecko, ale przyjęła kolejne. Wachman płacił, zaglądał. A po wojnie, rok, drugi, trzeci, oni nie mogli tutaj przyjechać. Udało im się po pięciu latach. Ale kobieta, która wychowywała dziewczynkę, tak się do niej przywiązała, że nie chciała jej oddać. Powiedziała, że mogą przyjeżdżać, odwiedzać, ale że nie odda.

Wszy pod Żukowem i ucieczka kobiet

Syn Fübrantza, który był pilotem, zginął nad Anglią. Kiedyś przyjechali z rzeczami, które miał w koszarach. Wyszedł po nie ojciec, matka siedziała w domu. Drugi syn był ranny i został inwalidą. Nie wrócił już do domu, tylko był w Niemczech, w lazaretach.

Pod koniec wojny ona wzięła furmankę i człowieka do powożenia, po czym ruszyli do Niemiec. Trafili szczęśliwie do amerykańskiej strefy. Herr Major, kiedy weszły rosyjskie wojska, zastrzelił się.

A nas Rosjanie wyrzucili aż pod Żukowo, bo mówili, że z Gdańska może być jeszcze ostrzał. Siedzieliśmy tam z miesiąc. A wszy w stajni było pod dostatkiem. Dzieci płakały, a matki najprzód wszy wybijały. Po czym wróciliśmy.

Okien nie było, pierzyn szukaliśmy w dołach, co były w ziemi. Tata przyniósł kołdrę z dworu, a ja na łące znalazłam zegarek, który jeszcze chodził. Na majątku ukradłam też jednemu Rosjaninowi damski rower. Wsiadłam, przyjechałam do domu, a tata schował. Później Rosjanin chodził i chciał wszystkich powystrzelać, bo mu rower zginął.

Rosjanie nie zmuszali nas do pracy. W majątku, do którego sprowadzili parę krów i jakieś tam jeszcze zwierzęta, musiały pracować kobiety z Gdańska. A wiadomo, co oni robili z kobietami...

Te kobiety przychodziły do mamy. Trzem pomogła uciec. Rosjanie szukali na przykład kobiety, która miała granatową bluzkę. Dostawały więc od nas inne ubrania. A potem mama kupowała dla nich bilety do Gdyni. Kobieta czekała w rowie nieopodal torów, mama wchodziła do pociągu, wychodziła drugą stroną, dawała bilet, chowała się do rowu, a kobieta szła do wagonu. Wszystkim trzem udało się uciec. Tak to mama robiła. Kobiety później pisały i dziękowały.

Tyfus i wypadek przy pracy

Bernad, brat Teresy, w czasie wojny stacjonował w Grecji. Na zdjęciu stoi pośrodku.
Bernad, brat Teresy, w czasie wojny stacjonował w Grecji. Na zdjęciu stoi pośrodku.
Ojciec do 1954 roku pracował na majątku, a później rodzice wyprowadzili się z Kokoszek. Ja trafiłam po wojnie do siostry, która mieszkała w Oliwie.

Najstarszy brat Franz, po tym jak w wieku 12 lat wpadł do stawu, całe życie chorował. Zimą siedział w szpitalu, latem przed domem. Zmarł na zapalenie serca, kiedy miał 22 lata.

Bernard, który służył w niemieckim wojsku, trafił do amerykańskiej niewoli. Musiał jak inni jeńcy zbierać bawełnę. A jak ktoś nie uzbierał tyle, co trzeba było, to go wiązali do słupa. Bez nakrycia głowy, bez wody. Tak ukarali jego kolegę, a potem brat pomagał mu zbierać. W końcu dostali wiadomość, że mogą jechać do Niemiec. Bo do Gdańska to już nie było wolno. Okazało się też, że żona brata zmarła na tyfus.

Na to samo zmarła też siostra Anna. Był sierpień 1945 roku. Nie było co jeść. W piątek Anna zachorowała i zawieźliśmy ją do akademii, a jak poszliśmy w sobotę, to była nieprzytomna. W niedzielę już nie żyła. Miała 19 lat.

Najmłodszy Anton przeżył wojnę. Ale w wieku 18 lat miał wypadek w pracy. Mama modliła się, tata przez trzy dni nic nie jadł, a ja opiekowałam się rodzicami. Anton zmarł od oparzeń w szpitalu w Kartuzach. Był 51 rok.

Dziś, kiedy idę do Matarni na cmentarz, to wszyscy, których znałam, już tam leżą. Zostałam sama, chyba po to, żebym po cmentarzach chodziła i kwiaty układała.
Trójmiejskie opowieści to cykl, w którym mieszkańcy prezentują stare fotografie z terenu Gdańska, Gdyni i Sopotu oraz wspominają związane ze zdjęciami historie. Jeśli chciał(a)byś podzielić się swoimi opowieściami i fotografiami, napisz na adres j.gilewicz@trojmiasto.pl

Opinie (32) 2 zablokowane

  • Opinia do filmu

    Zobacz film Dwór Fübrantza

    Kokoszki (1)

    Nie ma opisu ale można sobie poczytać więcej na historiakokoszek

    • 9 4

    • Opinia do filmu

      Zobacz film Dwór Fübrantza

      Jesli juz to Herr fübrantz

      • 5 1

  • Super artykuł!!! I to o dzielnicy która dziś rozkwita!!!

    • 55 6

  • "Po wojnie przyszedł do nas... w mundurze. Był rosyjskim oficerem." (4)

    Sowiecki oficer z NKWD nadzorujący UB?

    Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) - organ bezpieczeństwa wewnętrznego o statusie ministerialnym, zorganizowany w czasie budowy dyktatury komunistycznej w powojennej Polsce na polecenie i pod dyktando władz radzieckich. Obok tzw. Informacji Wojskowej, odpowiedzialne za masowe krwawe represje na obywatelach w okresie stalinizmu. W terenie Ministerstwo reprezentowały podległe mu Urzędy Bezpieczeństwa Publicznego, dlatego potocznie te instytucje były określane skrótem UB. UBecja znajdowała się pod całkowitą kontrolą NKWD.

    UB znajdowała się pod całkowitą kontrolą NKWD.

    • 25 8

    • Dzieki za przypomnienie.

      Bo jeszcze nie daj Boze ktos by do tego ruskiego oficera zapalal sympatia.

      • 17 2

    • (1)

      w zdecydowanej większości "sowieccy oficerowie" byli żydami, tak jak całe ub

      • 9 4

      • Nikt temu nie zaprzecza. W ksiazce "Dlugie ramie Moskwy" dokladnie opisane, wraz z podanymi nazwiskami.

        • 5 2

    • To jest mania!

      A tobie to się wszystko z jednym tylko kojarzy i łączy? Kobieta ciekawie opowiada o różnych wojennych przypadkach a ten tylko w tym UB i NKWD dojrzał... Człowieku! Weż jakieś leki na to, bo za parę lat zostanie z ciebie jakieś warzywo!

      • 11 9

  • (2)

    Pomimo całego nieszczęścia jakoś sobie ludzie radzili i byli razem....
    bez upuszczania swoich frustracji w internecie...

    • 67 3

    • Zajmij sie swoim życiem hejterze

      • 4 19

    • Pomimo całego nieszczęścia jakoś sobie ludzie radzili i byli razem.... ?/ ?

      Nie, nie byli razem .To była walka o przetrwanie. Walka o życie o byt . A co z tego zostało ? Ilu ich przeżyło, z tej tak licznej rodziny ? Obecne życie też nas nie rozpieszcza . W każdym razie nie wszystkich.

      • 0 0

  • a teraz mamy wszystko (2)

    Tylko tego nie doceniamy. Jesteśmy 22 najbogatszym krajem świata.

    • 41 18

    • To pracuj za 1200 zl

      Ja wyjechalem do uk

      • 12 5

    • Od ktorej strony liczysz ?

      • 11 2

  • Panowie przy palmie na foto (1)

    Z tymi znakami na marynarce , można być dumnym . Tyle Polacy mają miłych wspomnień . Brakuje hasła " Brawo Ja "

    • 23 3

    • Tylko lewatywa moze pomoc

      • 3 7

  • co z tym rosyjskim oficerem? (3)

    Pomagał jakoś po wojnie? Odwdzieczył się jakoś?

    Bardzo lubię takie opowieści.

    • 29 3

    • Tak. Katowal po wojnie polskich patriotow z AK i nadzorowal tworzenie stalinowskiej Informacji Wojskowej.

      • 17 13

    • Nie mogl sie odwdzieczyc, bo to ruski oficer byl.

      Zgwalcil wszystkie kobiety i jednego mezczyzne, nastepnie zabral cala wodke i tyle go widzieli.

      • 19 6

    • Oficer z Polnocnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, ktora okupowala Polske do 1993 roku

      Po wojnie pomagał w Polsce wprowadzac stalinizm.

      • 5 4

  • Za komuny bylo podobnie

    niedawno oglądałem dom w Oliwie na sprzedaż, to w części piwnicy była pieczarkarnia, a z tyłu garażu chlewik na świnie.

    • 22 1

  • Tylko małego Oskarka brakuje

    ...

    • 22 1

  • Piejo kury (1)

    Piejo

    • 17 5

    • nie miały koguta

      • 0 0

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Sprawdź się

Sprawdź się

Gdzie został pochowany twórca Gdyni Eugeniusz Kwiatkowski?

 

Najczęściej czytane