• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Dwanaście uderzeń tasakiem. Dawne zabójstwo gdyńskiego lekarza

Tomasz Kot
14 sierpnia 2022, godz. 12:00 
Opinie (130)
Kamienica przy ul. Świętojańskiej 52 w Gdyni, gdzie doszło do podwójnego morderstwa, lekarza i jego sparaliżowanej matki. Kamienica przy ul. Świętojańskiej 52 w Gdyni, gdzie doszło do podwójnego morderstwa, lekarza i jego sparaliżowanej matki.

W trakcie zeznań morderca powiedział, że z ofiarą oglądali horror angielski. Prawdziwy horror zaczął się jednak już po filmie, w okolicach północy. To wtedy Zdzisław Szczerkowski zamordował lekarza kuchennym tasakiem, a potem udusił jego matkę. Dla zatarcia śladów zwłoki podpalił. Była noc z 28 na 29 października 1978 r.



O tragedii w Gdyni huczało całe Trójmiasto, choć początkowo w prasie lokalnej nie pojawiła się żadna wzmianka o morderstwie. Nawet kilka miesięcy później, kiedy w "Wieczorze Wybrzeża" obszernie zrelacjonowano przebieg zdarzeń, pominięto szereg okoliczności i kontekst wydarzenia. Bez tego trudno było w ogóle zrozumieć skąd morderca wziął się u lekarza i co się wydarzyło.

Pełny opis wydarzeń pojawił się dopiero po wyroku sądu pierwszej instancji w tygodniku "Czas". Ale tu już sprawca mordu występował pod zmienionym nazwiskiem.

Osoby dramatu: lekarz, jego matka i jego utrzymanek



Tadeusz Kurzydłowski był znanym gdyńskim lekarzem. 63-letni medyk specjalizował się w chorobach wewnętrznych. Mieszkał w kamienicy w centrum miasta, przy ulicy Świętojańskiej 52, gdzie prowadził także prywatną praktykę. Oprócz tego pracował jeszcze w przychodni.

Jak na PRL był człowiekiem bardzo zamożnym. Świadczyły o tym liczne przechowywane w domu precjoza, obrazy, bogata zastawa stołowa i dwa samochody.

Doktor nie mógł jednak sam prowadzić, ponieważ kilka lat wcześniej uległ wypadkowi. W związku z tym zatrudniał kierowców. Wozili go do pracy, a w niedzielę za miasto na wycieczki.

Zbrodnia w Gdyni była relacjonowana w pomorskiej prasie, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Zbrodnia w Gdyni była relacjonowana w pomorskiej prasie, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem.
Starszy pan był homoseksualistą. Partnerów poszukiwał tam, gdzie szukano ich w PRL: na dworcach, w toaletach, parkach. Wiązało się to z ryzykiem, bowiem często zdarzało się, że homoseksualiści stawali się ofiarami kradzieży, pobić i morderstw.

Z lekarzem mieszkała jego 87-letnia matka.

Zdzisław Szczerkowski miał 21-lat. Szczupły, chłopięca twarz cherubina, bardzo inteligentny, choć bez formalnego wykształcenia. Zawsze miał modne ciuchy z Pewexu. W momencie zatrzymania ubrany w dżinsy i czarną, skórzaną kurtkę.

Pochodził z małego miasteczka na południu Polski. Do 13-roku życia Zdzisław był ofiarą ojca alkoholika. W trakcie ciągłych awantur stosował przemoc wobec żony, Zdzisława i jego rodzeństwa. Zdarzało się, że chwytał za nóż, odgrażał się, że spali mieszkanie, dzieci pozabija. Jako dziesięciolatek Szczerkowski był świadkiem pobicia matki przez ojca, który złamał kobiecie żebra i niemal jej nie udusił. Od tej pory podobno Zdzisław stał się agresywny, zaczął opuszczać szkołę i uciekać z domu.

Po rozwodzie ojciec opuścił dom. Dla młodego Szczerkowskiego było już jednak za późno. Uspokoił się, ale jak sam zeznał - stał się obojętny na wszystko, zimny i wyrachowany. Skończył podstawówkę, potem z trudem zawodówkę.

Zaczął pracować na budowie. Po kilku miesiącach przestał chodzić do pracy. Zajmował się głównie imprezami w hotelu robotniczym. Musiał stamtąd jednak uciekać. Nie dość, że mieszkał w nim na "waleta", to jeszcze ukradł magnetofon jednemu z mieszkających tam mężczyzn.

Wyjechał przed siebie, bez żadnego celu. Dotarł do Szczecina. Kiedy zastanawiał się na dworcu co dalej zrobić ze sobą, zainteresował się nim starszy mężczyzna. Odtąd Zdzisław stał się utrzymankiem takich właśnie starszych panów. Przesiadywał głównie na dworcu centralnym w Warszawie.

"Sponsorów" miał jednak także na Wybrzeżu, w Trójmieście i okolicach. Tutaj też urządzał sobie wakacje. Przyjeżdżał z kolegami i poderwanymi po drodze dziewczynami. Wtedy szastał pieniędzmi w lokalach, w których bawił się do białego rana. Dopóki starczyło kasy.

Podczas jednego z takich wypadów poznał doktora, który zaczepił go na dworcu w Wejherowie. Powiedział, że szuka kierowcy i wręczył mu kartkę z adresem.

Droga do zbrodni na Świętojańskiej



We wrześniu 1978 r. Szczerkowski zostaje zatrzymany w Szczecinie przez milicję. Nie ma dokumentów. Kolegium ds. wykroczeń skazuje go na karę grzywny. Ponieważ nie ma przy sobie ani grosza, grzywna zostaje zamieniona na areszt.

Zdzisław siedzi w zakładzie karnym w Kamieniu Pomorskim. Do momentu, w którym przyjeżdża po niego matka. Ta płaci za niego grzywnę. Idą razem na dworzec, ale gdy matka kupuje bilety, Szczerkowski ucieka.

Zbrodnia w Gdyni była relacjonowana w pomorskiej prasie, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Zbrodnia w Gdyni była relacjonowana w pomorskiej prasie, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem.
Jedzie do Trójmiasta. U doktora spędza co najmniej dwa tygodnie. Odwiedzającym go pacjentom, doktor przedstawia go jako syna swojej znajomej. Rysopis młodego człowieka zapamiętują kierowca lekarza i mechanicy, którzy przychodzą do doktora rozliczyć się za lakierowanie samochodu.

W czwartek, 26 października, oficjalnie Szczerkowski wyjeżdża do Warszawy. Na dworzec odprowadzają go znajomi. W Tczewie jednak wysiada. Kolejką wraca do Gdyni i idzie ponownie do doktora.

Zabójstwo



W sobotę oglądają wspólnie telewizję. Około północy, po zakończeniu filmu, doktor kładzie się na tapczanie. Szczerkowski idzie do kuchni po piwo. Otwiera kredens. Znajduje tasak. Wsadza go za pasek od spodni na plecach. Zasłania swetrem. Wraca do pokoju.

Lekarz leży na tapczanie z twarzą w kierunku telewizora. Oczy ma zamknięte. Może drzemie, a może tylko na chwilę zamknął oczy. Zdzisław przygląda mu się chwilę. Wyciąga tasak i zadaje nim 12 ciosów. Narzędzie zbrodni zostawia wbite w głowę ofiary. Potem zawiązuje jeszcze nogi medyka paskiem od szlafroka.

Szczerkowski uśmiercił łącznie trzy osoby. Pierwszą ofiarę, znanego gdyńskiego lekarza, zabił tasakiem. Szczerkowski uśmiercił łącznie trzy osoby. Pierwszą ofiarę, znanego gdyńskiego lekarza, zabił tasakiem.
Zaczyna przeszukiwać mieszkanie. Pokój, spiżarnię, kuchnię. Nie znajduje pieniędzy, więc do teczki i nesesera chowa wszystko co ma wartość m.in. patery, sztućce, srebrne kubki, kryształy.

Około 6 rano wchodzi do pokoju matki lekarza. Kiedy próbuje podważyć siekierą drzwi od komody, kobieta się budzi. Jest sparaliżowana, nie może chodzić.

- Ratunku. Złodzieje! - krzyczy starsza pani.
Morderca rzuca się na nią i dusi. Po chwili wraca do poszukiwania gotówki. Znajduje 560 dolarów i 9 tysięcy złotych. Poza tym jego łupem padają złota i srebrna biżuteria. Z leżącej na komodzie protezy wyłamuje złoty ząb.

Ciała zamordowanych, meble oraz podłogi polewa olejem "Selektol", terpentyną i wódką. Podpala, parząc sobie przy dotkliwie opuszki palców.

Około godz. 10 rano, 29 października, wychodzi z  płonącego mieszkania. Zostawia zbyt ciężki neseser. Jedzie do Orłowa, gdzie przy plaży, zakopuje kradzione precjoza. Nacina sąsiednie drzewo, aby potem bez trudu znaleźć łupy. Teczkę wyrzuca po drodze na dworzec. Jedzie do Warszawy.

Noc spędza na dworcu centralnym. Rano robi zakupy w "Pewexie". Kupuje elektroniczny zegarek, 4 butelki wódki i ochraniacz na kierownicę, który jest prezentem dla trenera, którego zaraz potem odwiedza. Mężczyzna będzie potem świadczył na jego korzyść, że był u niego dwa dni wcześniej. Trenerowi sprzedaje też okazyjnie część dolarów i zostawia spodnie do uprania. Te posłużą potem jako jeden z dowodów. Na niedokładnie wypranym materiale zachowają się drobne plamki krwi.

Na Święto zmarłych jedzie do domu. Potem znika.

Podejrzanego odnaleziono w areszcie



Milicja odnajduje go po tygodniu śledztwa, w areszcie, do którego trafił za wszczętą awanturę i napastowanie kobiet.

Choć Szczerkowski od początku pojawiał się w śledztwie, niedokładnie było wiadomo o kogo chodzi, ponieważ posługiwał się fałszywym nazwiskiem. Przesłuchano ponad 1500 świadków, w tym 245 uczestników stoczniowego kursu dla spawaczy.

Śledczy wpadli na właściwy trop, gdy w obudowie wanny w łazience zamordowanych znaleźli wyniki badania wenerologicznego Szczerkowskiego wykonanego 14 października 1978 r. w zakładzie karnym w Kamieniu Pomorskim.

Wizja lokalna w mieszkaniu doktora



10 listopada morderca zostaje przesłuchany w Trójmieście. Początkowo wszystkiemu zaprzecza. Jednak w 125 minucie przesłuchania przyznaje się do morderstwa.

W czerwcu 1979 r. w mieszkaniu przy ul. Świętojańskiej odbywa się 5-godzinna wizja lokalna z udziałem mordercy. Szczerkowski beznamiętnie pokazuje na manekinie, za pomocą wykonanego ze styropianu tasaka, jak uderzał doktora. Drugi manekin imituje matkę lekarza.

Wcześniej morderca wskazał miejsce ukrycia skradzionych zamordowanym przedmiotów. Tylko przez chwilę okazuje niepokój. Przez okno widzi zbierający się wokół kamienicy tłum gapiów, którzy dowiedzieli się o obecności mordercy w mieszkaniu. Boi się samosądu.

Świadkowie i uczestnicy wizji lokalnej demonstracyjnie opuszczają kamienicę wsiadając do różnych pojazdów milicyjnych, odwracając uwagę obserwatorów. W tym czasie inna grupa wyprowadza Szczerkowskiego do stojącej w bramie "Nysy" i odjeżdża na pełnej szybkości w kierunku Gdańska.

Jeszcze jedna zbrodnia



W czasie pobytu zabójcy w areszcie, śledczy badają niewyjaśnione sprawy morderstw, które wykazywałyby podobieństwo do tej z Gdyni. To strzał w dziesiątkę. Ponownie przesłuchiwany Szczerkowski przyznaje się do tego, że 25 lutego 1977 r. w Warszawie, w podobny sposób zamordował 73-letnią Kamilę Banaszek.

Był wtedy bez pieniędzy. Poszedł do budynku Rotundy, gdzie mieścił się bank i obserwował ludzi, którzy wypłacali większą gotówkę. Jego ofiara wypłaciła 9 tysięcy złotych. Szczerkowski śledził ją aż do miejsca zamieszkania na Mokotowie. Z tablicy lokatorów odczytał jej dane.

Na pobliskiej poczcie bierze druk telegramu i wypisuje na nim dane kobiety. Udając doręczyciela wchodzi do mieszkania. Ofiara ma słaby wzrok i prosi go, aby odczytał jej treść telegramu. Morderca uderza ją w twarz. Kobieta upada i zaczyna krzyczeć. Wtedy Szczerkowski ją dusi.

Przez kilka godzin systematycznie przeszukuje mieszkanie. Zabiera biżuterię i 29 tysięcy złotych. W trakcie tych zajęć głodnieje. Pije herbatę i zjada dwa jabłka. Myje się i oczyszcza ubranie ze śladów morderstwa. Potem rozrzuca książki i gazety. Polewa znalezionymi w mieszkaniu chemikaliami. Podpala.

Kara



Zdzisław Szczerkowski zostaje skierowany na dwumiesięczną obserwację psychiatryczną. Biegli stwierdzają, że jego stan psychiczny nie odbiega od normy, natomiast oskarżony cechuje się wysoką inteligencją, tendencją do manipulacji oraz nieprzestrzeganiem norm społecznych.

W pierwszym procesie zakończonym 18 grudnia 1979 r. morderca zostaje skazany na karę śmierci. Kolejne składy sędziowskie wydają taki sam wyrok, który zostaje wykonany 13 sierpnia 1981 w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (130)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Jesienne spacery historyczne

spacer

Jesienne spacery historyczne

spacer

Sprawdź się

Sprawdź się

Jak po wojnie nazywała się ta ulica Gdańska?

 

Najczęściej czytane