wiadomości

stat

Córy Koryntu w mieście nad Motławą

artykuł historyczny

W XVII-wiecznym Gdańsku "domy uciech" były stałym elementem miejskiego krajobrazu, czymś zwyczajnym, o czym wszyscy wiedzieli, chociaż raczej szeptali, niż o nich głośno rozprawiali.



Ostatnia droga nierządnicy Elsy Beyer. Rycina z "Gewandte Rede der armen offenbahren Sunderin Elisabeth Beyers sonsten Fuhrmans Else genandt...", wydanego w Gdańsku w 1664 r.
Ostatnia droga nierządnicy Elsy Beyer. Rycina z "Gewandte Rede der armen offenbahren Sunderin Elisabeth Beyers sonsten Fuhrmans Else genandt...", wydanego w Gdańsku w 1664 r. mat. Gdańska Biblioteka PAN
Źródła podają, że domy publiczne jako stały element miejskiej infrastruktury pojawiają się w Europie w XI wieku. Wcześniej był to zawód wędrowny. Nie jest proste opisanie działalności tej grupy zawodowej, gdyż według szacunków tylko 10 proc. kobiet oddawała się nierządowi w legalnych domach publicznych, tolerowanych przez władze miejskie. Cała reszta prostytuowała się na własne konto, w szynkach, karczmach, we własnych domach, robiąc to sporadycznie, okazyjnie i przede wszystkim potajemnie.

W większości miast legalne domy schadzek leżały w gestii kata, a faktycznie prowadziły je katowskie żony. Zwano je różnie: lupanarami, zamtuzami, domami rycerskimi, złymi domami, domami potrzebnymi, albo nierządnymi. Już po samych nazwach widać, że domy te zawsze budziły skrajne emocje.

Pracownice katowskiego domu rozpusty rekrutowały się ze zwykłych ulicznic, które dobrowolnie lub pod przymusem oddawały się pod opiekę, rezygnowały z większych zarobków i swobody na rzecz dachu nad głową, bezpieczeństwa i stabilizacji.

Miejski zamtuz przynosił dochody katu, ale nie tylko z racji uprawianego tam nierządu. Goście raczyli się alkoholem, jedli, a czasem zostawali na kilka dni i płacili za nocleg.

Płomienne kazania przeciw żądzom

Gdańsk w XVII wieku był miastem protestanckim i rygoryzm wobec kobiet oddających się prostytucji był stosunkowo wysoki. Duchowni protestanccy byli pełni zapału do walki z prostytucją, marzyło się im całkowite jej wyplenienie, poprzez uwięzienia i wygnania. Jednak wiele z nakazów zostało dość szybko zapomnianych, bądź nie było wprowadzanych w życie, a duchowni poprzestawali na płomiennych kazaniach.

Jednak Gdańsk był nie tylko miastem purytańskich protestantów, bogobojnych mieszczan i pobożnych mniszek, przede wszystkim był miastem portowym, co pociągało za sobą pewne konsekwencje: każde miasto, do którego przybijały statki z innych krajów pełne było z jednej estrony wyposzczonych marynarzy, bogatych kupców żądnych przygód oraz wielu innych przybyszów, którym tylko jedno było w głowie, a z drugiej strony, nie brakowało kobiet, które chciały z tej obecności skorzystać i to z niemałym zyskiem. Działało proste rynkowe prawo podaży i popytu.

Ślady działalności niecnotliwych dam dziś widoczne są w nazwach niektórych ulic i to nieprzypadkowo. Nazwy te nadawane były zgodnie z tym jacy rzemieślnicy tam zamieszkiwali. Na ulicy Rzeźnickiej mieszkali rzeźnicy, na Powroźniczej powroźnicy, na Chmielnej browarnicy i tak dalej, zatem kto zamieszkiwał ulicę Zbytki?

Do żony lepiej nie mówić "żabko"

Niepozorna ulica będąca przedłużeniem Pocztowej nazywała się dawniej Katterhagen, czyli okolica grzeszników, a Zbytki to próba nadania polskiej nazwy o podobnym znaczeniu, chociaż przyznać trzeba, że Zbytki brzmią bardziej niewinnie, a może nawet zachęcająco.
Źródła historyczne są jednak bezwzględne, ulica ta od niepamiętnych czasów była miejscem zamieszkiwanym przez grzeszne kobiety, to tu zjawiali się panowie z całej Europy i zażywali zakazanych uciech. Bo jak powszechnie się uważało - co nie znaczy, że jest to absolutna prawda - z domów publicznych korzystali w Gdańsku prawie wyłącznie przyjezdni. Miejscowi bogacze mieli od tego służące, żony i kochanki na mieście, a miejscowi biedacy nie mieli pieniędzy.

Inna ulica o złej sławie to Żabi Kruk. Poggenpfuhl oznaczała wprost Ropusze Bajoro, a ropucha była wówczas gwarowym określeniem prostytutki.

Trzecią znaną z przekazów ulic o złej reputacji, była Różana, a czwartą Panieńska.

Jeśli próbować jakoś klasyfikować gdańskie prostytutki w XVII wieku, to podział ten nie odbiegał zasadniczo od innych miast i kształtowany był przez miejsce uprawiania zawodu, co pociągało za sobą odpowiednią hierarchię zawodową. Najniżej stały tzw. ulicznice, które oddawały się przygodnym partnerom, w przygodnych miejscach. Dalej były bywalczynie karczm, wyszynków, gospód i łaźni, a najwyżej w hierarchii sytuowały się pracownice legalnych domów publicznych.

Zadania prostytutki? Gaszenie pożarów. Dosłownie

Jak wyglądał siedemnastowieczny lupanar, można się tylko domyślać. Ówcześni kronikarze widać nie mieli śmiałości przestąpić progów owego "siedliska zła". Z tego co wiadomo na pewno, wejście było dyskretne, nie było informacji wprost, że to dom publiczny. Zazwyczaj całość podzielona była na dwa poziomy. Dół - gdzie znajdował się rodzaj baru, wyszynku - tu klienci zapoznawali się z "towarem" i kosztując alkoholu, przygotowywali do kolejnego etapu, który odbywał się na górze, w pokojach wyposażonych zwykle w samo łóżko.

Warto też wspomnieć, że dom schadzek służył również do prowadzenia interesów. Sprzyjała temu luźna atmosfera, brak skrępowania, alkohol, możliwość prowadzenia dyskretnych rozmów i nawiązywania nowych znajomości. Trzeba też dodać, że ogromna część tych interesów była nielegalna lub tylko częściowo zgodna z obowiązującym prawem.

Od czasu do czasu działalność prostytutek poddawana była nowym regulacjom prawnym. I tak oprócz zobowiązania do gaszenia pożarów, w którymś momencie zabroniono im noszenia kosztownych ubiorów i ozdób, ale ten zakaz dotyczył również pozostałych kobiet nie należących do patrycjatu. Próbowano też przymusić prostytutki do noszenia specjalnych strojów w celu wyraźnego ich odróżnienia od "uczciwych kobiet", ale pomysłu tego nie udało się wprowadzić w życie.

Spośród wielu gdańskich nierządnic, trzy znane są z imienia i nazwiska, a nawet z wyglądu. W 1664 roku odbył się głośny proces Marii Corneli, Reginy Zaykowskiej i Elżbiety Beyer, zwanej też Fuhrmann. Dwie pierwsze przyłapane zostały na nierządzie, oskarżyły trzecią, a wszystkie razem zaczęły wymieniać znane i szanowane nazwiska swoich klientów. To był skandal na miarę czasów. Cudzołóstwo to nic, ale obraza szacownych obywateli, rajców, przez nikczemne pomówienia ladacznic, to już było straszliwe przestępstwo.

Corneli, Zaykowska i Beyer uznano za winne zbrodni nierządu. Karą była chłosta przy pręgierzu i wypędzenie z miasta. Już przy wykonywaniu kary na Marii Corneli doszło do ekscesów, obrzucono ją kamieniami i oblano nieczystościami. Tłum rozszalał się jeszcze bardziej przy trzeciej skazanej, Elżbietę Beyer wywieziono za miasto praktycznie nieżywą, rozszarpaną przez tłum, zakopano ją przy drodze jak zwierzę.

Opinie (63) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

kalendarz historyczny

1638 Uruchomiono nową latarnia morska Na cyplu Półwyspu Helskiego została uruchomiona nowa latarnia morska, spełniająca ważną rolę w kierowaniu statków do portu w Gdańsku. Od momentu powstania wielokrotnie ją przebudowywano.

Polecane wydarzenia

wszystkie »

Sprawdź się

Jak nazywał się gdański drukarz, wydawca XVII-wiecznej Biblii Gdańskiej?

 

Najczęściej czytane