10 grudnia 1857 r. około północy pod wejście gdańskiego lazaretu zajechał wóz, zaprzężony w jednego konia. Woźnica w pędzie zeskoczył na pokryty śniegiem dziedziniec, dobiegł pod drzwi i otworzył je z łoskotem.
Lazaret, do którego trafił Edwarda Retzke, znajdował się w okolicach dzisiejszej ulicy Dyrekcyjnej |
...a pięć lat później, czyli w 1857 roku powstał ewangelicki szpital sióstr diakonisek, którego siedziba znalazła się przy ulicy Nowe Ogrody |
- Co się stało? - zapytał sanitariusz.
- Mój brat! Źle z nim!
- Co mu jest?
- Ranny! Mocno krwawi... - niemal płakał.
Sanitariusz pobiegł po lekarza i ten zjawił się po paru minutach. Wszyscy wybiegli na zewnątrz. Na wozie leżał młody człowiek, lat około 25. Trzymał się za brzuch i jęczał z bólu.
- Co mu się stało? - zapytał lekarz.
- Na nóż się chyba nadział - wyjaśnił woźnica.
- Jak to nadział się?!
- Nie wiem, jak to się stało. Upadli my na podłogę i chyba wtedy się nadział...
- Dobrze... - przerwał mu lekarz - Nie ma czasu. Później będzie pan tłumaczył. Teraz pomóc proszę. Trzeba go przenieść. Tylko ostrożnie...
W trójkę przenieśli rannego na nosze i przetransportowali do lazaretu, do sali, gdzie wykonywano zabiegi. Tutaj lekarz zszył ranę i porządnie ją opatrzył. Gdy wyszedł, na holu zaczepił go człowiek, który przywiózł rannego.
- Co z nim? - zapytał
- Z kim?
- No... Z moim bratem...
- To pana brat?
- Tak.
- Nie jest dobrze. Krew była ciemna i gęsta, a do tego wnętrzności wyszły...
- Wyżyje?
- Módl się pan, to może wyżyje... - odparł lekarz i odszedł spiesznie.
Obrażenia, jakich doznał Jan Edward Retzke, zainteresowały nie tylko lekarzy, ale też i policję. Nazajutrz, z samego rana, pojawiło się w lazarecie dwóch policjantów. Powiedzieli, że muszą przesłuchać rannego i w końcu lekarz się zgodził.
Młodzieniec tylko z początku mówił do rzeczy, bo później chyba już tylko majaczył. Zapytany, kto go zranił, twierdził, że jakiś nieznajomy pchnął go nożem na ulicy. Zupełnie inaczej przedstawili sprawę ci, którzy mieszkali z nim w Siedlcach, czyli jego matka oraz współlokatorzy - wdowa Klein i wyrobnik Heering.
Według nich, kiedy Edward wrócił do domu pod wieczór, był całkiem zdrowy i dość pijany. Zasiadł do stołu, na którym stała już kolacja i chwilę później wrócił z pracy jego brat, Józef Retzke. On też swoje wypił.
Józef zabrał się za jedzenie, ale nie był zadowolony.
- Ty nic matka lepszego ugotować nie możesz? - zapytał nagle - Wciąż tylko bulwy i śledzie.
- A co ty by chciał lepszego? - zapytała wdowa Retzke. - Przecie wszystkie w okolicy to jedzą i nikt się nie skarży.
- Ale mogła by ty raz co innego ugotować. A do tego te śledzie. Mizerne one jakieś. Może to sardynki?
Zaśmiał się ochryple.
- Patrzta, patrzta - odezwał się Edward - Wielmożny pan sztojer przyszedł.
- A ten, co mi się tu wtrąca? Ledwo od ziemi odrósł...
- Ty koślawy psie! - krzyknął Edward i wstał od stołu zapalczywie.
Bracia zaczęli się szarpać, później jeden popchnął drugiego, a w końcu Józef złapał Edwarda za klapy surduta. Chciał go przewrócić, a ponieważ obaj byli podpici, jednocześnie stracili równowagę. Upadli na podłogę, przewracając stół i tłukąc to, co się na nim znajdowało, a więc przede wszystkim małą lampkę, która oświetlała część izby. Zrobiło się całkiem ciemno.
- Jezu! Jezu! Mój brzuch! - rozległ się nagle w ciemności krzyk Edwarda.
Wyrobnik Heering wyszukał w ciemności jakąś świeczkę i po chwili znowu zrobiło się jasno. Edward leżał na podłodze i trzymał się za brzuch. Mocno krwawił.
- Jezus Maria! - krzyknęła wdowa Klein - Zadźgali go... - opadła na krzesło, jakby zemdlała.
Józef Retzke momentalnie wytrzeźwiał. Jak z procy wybiegł z mieszkania i popędził do stajni. Wrócił po chwili i wziął Edwarda na ręce. Załadował go na wóz, wskoczył na kozioł i podciął batem konia. Popędzili w stronę miasta i po jakiejś godzinie byli w lazarecie.
Jan Edward Retzke zmarł 11 grudnia 1857 r. w nocy. Według orzeczenia fizyka okręgowego, dr Glasera i chirurga Leue, wyłącznym powodem jego śmierci była głęboka rana, zadana w brzuch ostrym przedmiotem. Owym przedmiotem mógł być nóż, który podczas kolacji leżał na stole, bo jedzącym służył do obierania ugotowanych w mundurkach ziemniaków. Podczas przesłuchania wstępnego wdowa Klein była pewna, że, zanim zgasło światło, to Józef Retzke trzymał go w ręce. Mało tego. Twierdziła że Józef z pełnym rozmysłem zabił brata.
- Powiem panu sędziemu... Oni się nie lubili - powiedziała szeptem, jakby bała się, że ktoś może ją podsłuchiwać.
- Kto się nie lubił?
- No Józef z Edwardem się nie lubili. Kłócili się, panie, niekiedy o byle co, a jak się popili, to jeden drugiemu do oczu skakał.
- Uważa więc pani, że śmierć Edwarda nie była przypadkowa?
- A gdzie tam! Panie sędzio. Józef zadźgał Edwarda i tyle. Nikt mnie nie powie, że było inaczej. - wyprostowała się w krześle, spojrzała na prokuratora Graevenitza i pokiwała głową. - Wykorzystał, że w tych ciemnościach nic nie było widać i zabił...
Podobnie zeznał wyrobnik Heering. On też mówił, że bracia często się sprzeczali i też był przekonany, że to Józef Retzke trzymał w ręce nóż, gdy zgasło światło.
- To przez ten upadek się stało - zeznał - obaj upadli i Edward nadzieł się na nóż.
- Więc waszym zdaniem to był przypadek? - powtórnie zapytał Graevenitz.
- Jasne, że tak - Heering wzruszył ramionami.
- Ale to Józef trzymał nóż w ręce?
- Tak, panie sendzio. Trzymał go w prawej ręce. Z całom pewnością...
Jeszcze tego samego dnia prokurator Graevenitz kazał aresztować Józefa Retzke. Przesłuchany zaprzeczał, by był winny śmierci brata. Twierdził, że w chwili, gdy wybuchła sprzeczka, nawet nie dotknął noża, nie wiedział też, w jaki sposób brat mógł się zranić. Z uporem powtarzał, że nie jest winny jego śmierci, a mimo to prokurator postawił go przed sądem pod zarzutem umyślnego uszkodzenia ciała.
W myśl kodeksu karnego za przestępstwo to groziło od 10 do 20 lat więzienia, jednak zarzut ten z dwóch powodów nie utrzymał się. Po pierwsze matka braci Retzke stwierdziła, że to Edward wszczął owego wieczora sprzeczkę, a po drugie inni naoczni świadkowie zajścia nagle zmienili zeznania. Teraz zarówno wdowa Klein, jak i wyrobnik Heering nie byli pewni, który z braci przed zniknięciem światła trzymał w ręce nóż. W konsekwencji Graevenitz zmienić musiał zarzut postawiony Józefowi Retzke. Zgłosił wniosek, by przysięgli uznali go winnym nieumyślnego zabójstwa, ale obrońca oskarżonego, radca prawny Walter, nawet to zakwestionował.
- Pragnę zauważyć, że skoro nie wiadomo, który z braci podczas bójki trzymał nóż w ręce, to wniosek kolegi jest bezzasadny. - stwierdził.
- Za pozwoleniem. Dlaczego szanowny kolega tak uważa? - zapytał Graevenitz.
- To proste. Jeśli to Edward trzymał nóż w ręce, to nie jest wykluczone, że w chwili upadku sam zranił się ostrzem. - powiedział z przekąsem i postawił wniosek o uwolnienie Józefa Retzke od wszelkich zarzutów.
Narada przysięgłych nie trwała długo. Nawet godzina nie upłynęła, jak powrócili na salę rozpraw. Wniosek prokuratora Graevenitza został odrzucony, przyjęto natomiast wniosek obrońcy Waltera. Uznano, że skoro nie było wiadomo, który z braci trzymał nóż w ręku w chwili upadku, to oskarżonego nie można obwiniać o przyczynienie się do śmierci brata. Jeszcze tego samego dnia Józef Retzke odzyskał wolność.
Obie ilustracje wykorzystane w tekście pochodzą z pracy pt. Rozwój chirurgii gdańskiej w latach 1454 - 1945, autorstwa Jacka Zielińskiego, Andrzeja Kopacza i Macieja Świerblewskiego, opublikowanej w Annales Academiae Medicae Gedanensis 2007, 37.










Paweł Pizuński 









Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.