wiadomości

stat

Polski sen o koloniach

artykuł historyczny

Trwająca cztery lata wielka wojna (dziś nazywana pierwszą) zmieniła wcześniejszy porządek światowy, zmianie uległ przebieg wielu granic państwowych, a wraz z nim dotychczasowy stan posiadania kolonii.



Pod tym względem największe straty terytorialne, zarówno w Europie, jak i na świecie, poniosły Niemcy, które w tej wojnie znalazły się wśród przegranych. Podczas działań wojennych kolonie niemieckie zostały zajęte przez wojska zwycięskiej Ententy, a po wojnie - decyzją Ligi Narodów - podzielono je między Francję, Wielką Brytanię, Japonię, Belgię i Portugalię (jako tzw. terytoria mandatowe).

Zmiana ówczesnego porządku spowodowała, że i w Polsce miano chrapkę na własne kolonie. Kazimierz Głuchowski, konsul polski w Brazylii, w 1920 r. stwierdził, że Polsce należy się 10 procent dotychczasowych kolonii niemieckich.

Już w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości powstały stowarzyszenia lobbujące na rzecz polskiej polityki kolonialnej - jednym z nich była założona 27 kwietnia 1924 r., w wyniku przekształcenia Ligi Żeglugi Polskiej, Liga Morska i Rzeczna. Przejawem jednoznacznego wyrażenia polskich dążeń kolonialnych było jej przekształcenie w Ligę Morską i Kolonialną, do czego doszło w roku 1930. Jednym ze statutowych celów Ligi było pozyskanie terenów dla polskiego osadnictwa. Zastanawiano się więc, między innymi na łamach "Gazety Gdańskiej" z 14 II 1937 roku nad tym, "gdzie żądać dla Polski kolonii", bo chociaż kraj nasz miał pod dostatkiem "materiału ludzkiego", to brakowało mu jednak jasno określonego "planu kolonialnego".

Piszący te słowa Bronisław Strzelecki z Nowego Jorku podkreślał, że o "kolonie trzeba walczyć i to umiejętnie", wskazując trzy drogi pozyskania obszarów zamorskich. Za zupełnie nierealne uznał zdobycie kolonii drogą zbrojnej aneksji. Pozostawała zatem droga prawna (sądy międzynarodowe, Liga Narodów), lecz do niej - zdaniem Strzeleckiego - Polska była zupełnie nieprzygotowana. Chodziło przede wszystkim o "polskie" terytoria w Australii i Kamerunie (polskość których wyprowadzano z faktu, że ich odkrywcami byli Polacy). Trzecią drogą do pozyskania kolonii dla Polski miało być ich kupno, na co jednak brakowało pieniędzy.

Chociaż polskie aspiracje kolonialne pozostawały w sferze marzeń i nie miały szansy na realizację, Lidze Morskiej i Kolonialnej udało się sfinalizować inne zamierzenie i otworzyć "wychodźtwu naszemu szerokie możliwości emigracyjne do krajów Ameryki Południowej".

Jak pisała "Gazeta", "ruch na tym odcinku" panował "niebywały", a szczególnie pożądanymi kierunkami polskiej emigracji były Brazylia i Argentyna, bo tam właśnie - dzięki odpowiednim umowom między rządem polskim a rządami miejscowymi - "chłop polski, czy rzemieślnik" znaleźć mógł "możliwe i sprzyjające warunki rozwoju".

Czytaj także: Czasy, gdy Brazylia była dla Polaków "Ameryką"

Jak pisała "Gazeta" w pierwszej części relacji z podróży S/S "Pułaskiego" do Ameryki Południowej, każdy, kto zdecydował się szukać szczęścia za oceanem, znajdował "przy stosunkowo nawet niewielkich wydatkach owo miejsce pod słońcem, wyrażające się w uzyskaniu na dogodnych warunkach działki przeciętnej wielkości 25 ha".

Złe warunki do życia, panujące wówczas na polskiej prowincji, sprzyjały migracji ludności: perspektywa, że gdzieś tam, za oceanem, czeka na każdego wymarzone i własne "miejsce pod słońcem", przekonała do emigracji rzesze Polaków. Szacuje się, że do samej tylko Argentyny w latach 1930-1938 wyjechało 8 tysięcy osób, zaś według planów rządu polskiego, liczba emigrantów miała osiągnąć 50 tysięcy osób!

Stacja kolejowa w Nowym Gdańsku została otwarta w 1935 r. Do nazwy podchodzono jednak dość swobodnie, używając wymiennie słów "Dantzig" i "Danzig".
Stacja kolejowa w Nowym Gdańsku została otwarta w 1935 r. Do nazwy podchodzono jednak dość swobodnie, używając wymiennie słów "Dantzig" i "Danzig". ze zbiorów José Carlosa Neves Lopesa
Droga do lepszego wiodła przez Gdynię, która w tamtych czasach obsługiwała większość polskiego ruchu pasażerskiego. Gdynia była portem macierzystym i bazą towarzystwa okrętowego GAL (Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe), zajmującego się przewozami pasażerów do Nowego Jorku, portów Morza Śródziemnego i właśnie Ameryki Południowej. Ostatnim skrawkiem ojczystej ziemi, po której w drodze do upragnionego raju stąpali emigranci, był Dworzec Morski (niezbyt wyraźne zdjęcie Dworca zamieściła "Gazeta" obok artykułu). Budynek dworcowy o powierzchni 2,5 tys. m kw. wyposażono we wszelkie urządzenia potrzebne do przyjmowania i odprawy pasażerów, poczty i bagaży, obsługi celnej i paszportowej. Obecnie w gmachu mieści się Muzeum Emigracji.

Widok zewnętrzny budynku Dworca Morskiego. Na ścianie dworca - płaskorzeźba stylizowanego orła. Widoczne urządzenia przeładunkowe. Zdjęcie wykonane w 1933 r.
Widok zewnętrzny budynku Dworca Morskiego. Na ścianie dworca - płaskorzeźba stylizowanego orła. Widoczne urządzenia przeładunkowe. Zdjęcie wykonane w 1933 r. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Obok dworca wybudowano magazyn tranzytowy wg projektu architekta Wacława Tomaszewskiego. 5,2 tys. m kw. powierzchni magazynowej zajęły dwie firmy: "Aukcje Owocowe" oraz "Warta. Towarzystwo Ekspedycyjne". W pobliżu, w roku 1930, powstała największa w tamtych latach w Polsce, i jedna z największych w ówczesnej Europie, chłodnia.

W zaprojektowanej przez belgijską firmę "B. Lebrun - Nimy" chłodni po raz pierwszy zastosowano innowacyjną technologię chłodzenia przy użyciu amoniaku. Służącą potrzebom rozwijającego się eksportu oraz importu towarów spożywczych chłodnię rozbudowano w połowie lat trzydziestych i - jak czytamy w "Gazecie" - "pomimo niedawnej, znaczącej rozbudowy" pracowała z "pełną wydajnością", dzięki czemu "mogła przystąpić do obniżenia opłat za przechowywanie towarów i manipulację".

Dworzec Morski i pobliska infrastruktura portowa były dla przedwojennych gdynian powodem do dumy, czego jednak nie dało się powiedzieć o budzącym nieustanne kontrowersje dworcu kolejowym. Tym razem nie chodziło nawet o "arcyszpetną architekturę", a o brak... "europejskości".

Bo przecież było zupełnie "nie po europejsku", że przyjeżdżający do Gdyni koleją podróżni wysiadali z pociągu i wchodzili "do zaśmieconego holu, przepełnionego wszelkiego rodzaju podejrzanymi typami chroniącymi się przed zimnem". Na śmieci - jak wiadomo - najlepsze jest sprzątanie, na podejrzane typy - policja...

Cóż jednak można było zrobić w sytuacji, gdy i z tą był w Gdyni kłopot. Okazuje się bowiem, że w tym portowym mieście "nie było policjanta, tam gdzie był on najbardziej potrzebny".

A przecież, nie tylko na dworcu kolejowym, ale przede wszystkim w porcie "gromadził się zwykle najbardziej awanturniczy element"... i to właśnie w porcie Jakubowi Miterskiemu skradziono rower.

Kto wie, może gdyby na miejscu był policjant, nie doszłoby do tego, jak również nie doszłoby do napaści poszkodowanego na - Bogu ducha winnego - gońca firmy "Tempo", który, traf chciał, posiadał identyczny rower? A jakiś żartowniś nie zaalarmowałby fałszywie Pogotowia Ratunkowego na Oksywiu.

Ale to już zupełnie inna (rowerowa) historia...

Źródło: Gazeta Gdańska" nr 36 z 13-14 lutego 1937 r. Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej.

Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor (opcjonalny):
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 36)

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1901 Nowa linia tramwajowa Wrzeszcz - Nowy Port Uruchomienie nowej linii tramwajowej z Wrzeszcza poprzez ul. Waryńskiego, Chrobrego, Brzeźno i ul. Oliwską do Nowego Portu. W latach 50 - tych XX wieku została zamknięta.

Najczęściej czytane