wiadomości

stat

Kuracjusze i turyści z ubiegłych wieków

artykuł historyczny

Lato w pełni. Trójmiejskie plaże przeżywają oblężenie. Nie brakuje zarówno miejscowych, jak i turystów z głębi Polski. Wielu wybiera najbardziej znane plaże Sopotu. Podobnie było przed stu i więcej laty. Sopot stał się miejscem peregrynacji polskich turystów. Decydowała o tym bliskość ziem polskich i fakt, że Pomorze przez kilka stuleci wchodziło w skład Królestwa Polskiego. Wiele trójmiejskich wątków dotyczących letniego wypoczynku Polaków można znaleźć w "Historii Turystyki" autorstwa prof. Tadeusza Stegnera z UG.



W XIX i na początku XX w. część przybywających trafiała również na gdańskie kąpieliska: Jelitkowo, Brzeźno, Westerplatte, Stogi, Wisłoujście i Sobieszewo. Dominowali na nich jednak przeważnie gdańszczanie. Stosunkowo niewiele osób wybierało się na wycieczki do Orłowa, skąd z klifu podziwiano zatokę lub docierano do kaszubskiej wsi Gdynia, gdzie można było wypocząć na wyjątkowo cichej i niemal bezludnej plaży. Obie miejscowości zaczęły być tłumnie odwiedzane dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i rozpoczęciu budowy miasta.

Cisza, swoboda, czas wolny

Dla mieszkańców zaboru rosyjskiego wyjazd do leżących w granicach państwa niemieckiego bałtyckich kurortów miał walor "oddychania wolnym powietrzem Europy". Takie opinie były wówczas powszechne i to mimo agresywnej antypolskiej polityki prowadzonej przez Niemcy. Jak wspomina Jan Marcin Szancer (1902-73), jeszcze na początku XX w. turyści do Sopotu przyjeżdżali "z ogromnym bagażem, który z trudem mieścił się w przedziale". Były to wielkie kosze bielizny, walizy, toboły, kufry. Nic dziwnego, ówczesny Sopot, Gdańsk i Pomorze były jednak dla mieszkańców centralnej Polski "obcym krajem", mimo że na dworcu kolejowym na gości czekali polscy tragarze, którzy dostarczali bagaże pod wskazany adres.

Wiele do życzenia pozostawiała również ówczesna infrastruktura turystyczna. Deotyma (1834-1908) w połowie XIX w. mieszkała w skromnym murowanym domu, co nazwała "zjawiskiem w Sobotach". Jeszcze rzadszym zjawiskiem było porządne umeblowanie kwater. Początkowo do nieznanej szerzej wioski rybackiej, w której powstał zakład kąpielowy, przyjeżdżały pojedyncze rodziny, znajdujące nocleg w skromnych chatach kaszubskich. Jeden z prekursorów kuracji u sopockich wód - Tadeusz Krępowiecki (1798-1847) - w 1828 r. narzekał na "brak wygodnych pomieszczeń" i "starań o zdrowie kąpiących się".

W latach 40. i 50. XIX w. liczba kuracjuszy i turystów odwiedzających Sopot doszła do około tysiąca w sezonie. Poza przybyszami z ziem niemieckich spory odsetek stanowili turyści w Pomorza, Wielkopolski, Królestwa Polskiego i Galicji. Do końca lat 60. dziewiętnastego stulecia Sopot był jednak mało znaczącym kąpieliskiem. Tłoku nie było, a atmosfera była prowincjonalna i senna. Narcyza Żmichowska (1819-76) w 1859 r. pisała, że w tej "cichej wioseczce [...] jest cisza, swoboda, czas wolny". Nad morze podróżowało się wówczas karetami i dyliżansami po zazwyczaj kiepskich drogach. Podróż taka trwała nawet kilka dni.

Zbyt szerokie szpary w molo

Sopot zarówno swój rozwój, jak i rozwój ruchu turystycznego zawdzięcza uruchomieniu połączenia kolejowego. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wówczas nowe kamienice, ozdobne wille i gmachy użyteczności publicznej. Obok nich powstawały nowe pensjonaty, restauracje, gospody, kawiarnie i hotele.

Zwieńczeniem tego procesu stało się otrzymanie przez Sopot praw miejskich w 1901 r. "Cicha wioseczka" zamieniła się w "weltbad", czyli światowy kurort. Problemem miasta były jednak nie najlepsze warunki sanitarne. Sopot był tylko częściowo skanalizowany. Wpadające do morza strumienie i potoki były często mocno zanieczyszczone i śmierdzące.

Narzekano także na zbyt szerokie szpary między deskami molo, o które spacerujące po pomoście panie zawadzały obcasami. Najbardziej widoczną grupą i najliczniejszą byli odwiedzający Sopot Polacy. Co ciekawe, zaznaczały się wówczas pewne różnice mentalne. Przybysze ze stolicy szukali towarzystwa swoich. Podobnie Wielkopolanie najchętniej przebywali w swoim towarzystwie.

Rodzinnie na plaży

Jak opisuje to "Kurier Warszawski" z początku XX w., typowy obrazek pobytu polskiej rodziny nad morzem wyglądał tak: "Mamuśka z trojgiem pociech. W rękach aparat fotograficzny dźwigany przez 12-letniego Kubusia, pasy korkowe, bo z morzem nie ma żartów, paczki z jedzeniem, koce, prześcieradła, ręczniki, płaszcze, kostiumy. Rodzina się rozbiera, ubiera, plażuje na piasku, zbiera muszle i zdjęcia, posila, wita znajomych, krzyczy".

Potomstwo sfer wyższych przebywających na wywczasach miało również obowiązki. Rodzinom takim towarzyszyła zarówno pokojówka, jak i nauczycielka. Do obowiązków tej ostatniej należały konwersacje z córkami w obcym języku (wówczas na ogół był to francuski), lekcje rysunku i nadzór nad robótkami ręcznymi dziewczynek. Chłopcy pozostawali pod opieką nauczyciela, który pilnował ich rozwoju duchowego i fizycznego. Należy wspomnieć, że większość dobrze sytuowanych turystów spędzała na wywczasach nad morzem miesiąc lub dwa.


Morze zamiast gór

W XIX w. przebywające na wywczasach w Sopocie osoby to przede wszystkim mieszkańcy miast, lekarze, adwokaci, urzędnicy, właściciele fabryk, warsztatów, kantorów czy banków. Sopot stawał się miejscem, do którego zjeżdżała polska elita intelektualna. "Kurier Warszawski" donosił: "Jak niedawno jeszcze Zakopane, tak obecnie dla Warszawy modnem stały się Sopoty. Zagorzali niegdyś botanicy, czciciele Giewontu i wiatru halnego obecnie pławią się w Bałtyku, zwiedzają malownicze okolice Oliwy, jeżdżą na piwo monachijskie do Gdańska".

Nieco inaczej widziała to Maria Skłodowska (1867-1934), która spędziła lato 1889 r. w Sopocie. Przyszła noblistka pracowała wówczas jako guwernantka. Swój pobyt nad morzem podsumowała pisząc: "Nie jest specjalnie zabawnie, na plaży w Kurhausie spotyka się ciągle tych samych ludzi, którzy ciągle rozmawiają o tym samym. Morze wprawdzie jest piękne, a kąpiele wciąż rozkoszne, jednak gdy najdzie słota i trzeba siedzieć w domu - wszyscy w takim humorze, że gdybym mogła schowałabym się pod ziemię".

Wśród polskich letników do dobrego tonu należało wynajmowanie kwater w znajdujących się w kurorcie polskich pensjonatach, w tym w funkcjonującym od 1890 r. Domu Polskim prowadzonym przez Wiktora Kulerskiego (1865-1935), wydawcę najpotężniejszego dziennika polskiego w Prusach - "Gazety Grudziądzkiej" i lokalnej "Copockiej Gazetki Kąpielowej".

Osoby samotne, w tym niezależne finansowo kobiety, pojawiały się rzadziej na tego rodzaju wywczasach. A jeżeli już, to wzbudzały z miejsca sensację, stając się obiektem zainteresowania i plotek. Magdalena Samozwaniec (1894-1972) zanotowała, że: "czasem przez plażę przeszła jakaś emancypantka w bluzce z męskim krawatem i małym słomianym kanotierku na głowie (słomkowy kapelusz z niską płaską główką i niedużym rondem, ozdobiony czarną jedwabną wstążką), kopcąca ostentacyjnie papierosa i wówczas damy na jej widok krzywiły się i pogardliwie wydymały usta".

Dieta kuracjusza

Nie wszystkim odpowiadała też lokalna kuchnia. Prof. Henryk Łuczkiewicz (1826-1891), porównując ówczesną niemiecką kuchnię z polską, pisał:" Zamiast pieczystego mięso gotowane w sosie, zamiast rosołu mętna woda, a do pucharu czarnej kawy naparstek mleka. Wszyscy nasi ciężko narzekają, ale twardy Prusak nie odstąpi dla nikogo swego gustu. Niemiec przy tym tyje bo cały dzień posila się swoim ulubionym chlebem z szynką i piwem".

Niespecjalnie smakowała też Polakom zupa ze świeżych gruszek gotowana w syropie i pomieszana dla smaku z solonymi kluskami. Bywający w kurorcie Michał Elwiro Andriolli (1836-93) twierdził, że wracała do bufetu w "stanie dziewiczym".

Rodakom niezadowolonym z miejscowej kuchni pozostawało stołowanie się w pensjonatach polskich oferujących dania kuchni polskiej lub stosowanie się do zaleceń lekarzy zdrojowych. Generalnie zalecali oni kuracjuszom umiar w konsumpcji. Śniadanie mogło składać się np. "z lekkiej kawy, herbaty, czekolady, bawarki lub bulionu z bułeczką. Na drugie śniadanie jakaś mała przekąska, a do tego kieliszek wina lub szklaneczka dobrego piwa". Zdecydowanie odradzano natomiast spożywanie surowych warzyw i owoców, zwłaszcza przez dzieci.

Jedzenie znaczna część pań przygotowywała na kwaterach. Tym bardziej, że: "sklepy były wyposażone we wszystko co do życia i kąpieli niezbędne".

Ludwik Jenike (1818-1903) zachwalał, że w Sopocie "pieczywo smaczne i tanie, mięso, owoce, mleko i różne wiktuały w przystępnej cenie, każdy kto chce może utrzymać dom, zwłaszcza, gdy bierze ze sobą służbę i, wynająwszy sprzęty gospodarskie, prowadzi kuchnię u siebie".

Kuracja... morską wodą

Ówcześni lekarze szczególne zalecali morskie kąpiele paniom. Szczególnie tym cierpiącym na niedokrwienie i niskie ciśnienie. Miały przebywać w wodzie zanurzone do połowy piersi, jednak nie dłużej niż 20 minut. Niektórzy z kuracjuszy pili wodę morską aby nie tylko "zewnętrznie ale i wewnętrznie na organizm działać".

Zresztą w okresie międzywojennym jedną z atrakcji i stałym punktem programu dla kuracjuszy w Sopocie było picie filtrowanej wody morskiej. Rozlewana do szklanych kufli ze specjalnej aparatury na skwerze Kuracyjnym kosztowała 20 fenigów za pokal.

Pokusy kuracyjne

Do czasów po I wojnie światowej, zgodnie z zatwierdzonymi regulaminami kąpielisk, osobno kąpały się panie i osobno panowie. Wyjątkiem był tzw. familienbad, gdzie razem mogły przebywać rodziny z dziećmi do 6 roku życia.

W Sopocie pod koniec XIX w. było 75 kabin dla pań i 52 dla panów. Bilet kąpielowy kosztował wówczas 30 fenigów. Rolę stróżów moralności pełnili policjanci spacerujący po pomostach oddzielających kąpieliska. Nie zapobiegało to nadużyciom. Prof. Henryk Łuczkiewicz zanotował, że młodzi przybysze z Polski "często dopuszczają się niezbyt inteligentnych wybryków, popłynąwszy łódką do kąpieli damskich, wesoło prowadzą rozmowy z kąpiącymi się Polkami, ku zgorszeniu dam niemieckich".

Panowie, niezależne od narodowości, często też robili dziury w oddzielających kąpieliska prześcieradłach, by móc pooglądać panie w nieco swobodniejszych strojach. Czasem też, nakładając damskie czepki, wpływali na teren kobiecego kąpieliska. W Sopocie dochodziło też do nadużyć na kąpielisku rodzinnym. "Sprytni młodzieńcy i samotne kobietki wynajmowali dzieci od miejscowych rybaków i wówczas bez kłopotu byli wpuszczani".

Stróże prawa mieli też kłopot z podglądaczami, obserwującymi kuracjuszy przez lornetki. Sytuacja ta szczególnie nagminna była na leżących z dala od zwartej zabudowy kąpieliskach gdańskich. Specyficzna sytuacja miała miejsce na kąpielisku męskim na Westerplatte, gdzie "kąpielowicze musieli sobie torować drogę pomiędzy rzędami wielbicieli męskich ciał".

Więcej faktów i ciekawych anegdot związanych z turystyką i naszym regionem można znaleźć w książce prof. Tadeusza Stegnera " Historia turystyki. Polska i świat". Gdańsk 2016.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (12)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1974 Eugeniusz Kwiatkowski został doctorem honoris causa UG Eugeniusz Kwiatkowski były wicepremier i minister został doctorem honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Kilka dni później zmarł w Krakowie.