Najczęściej czytane

kalendarz historyczny

1813
Spłonęły spichlerze na Wyspie Spichrzów »
W wyniku ataku pocisków rosyjskich armat na Wyspie Spichrzów spłonęły 32 spichlerze z zapasami mąki i zboża. Wydarzenie to przyśpieszyło kapitulację wojsk napoleońskich, broniących się w Gdańsku.

Polecane wydarzenia

wiadomości

podziel się na Facebooku dodaj kanał RSS prześlij artykuł drukuj artykuł

Kupiec gdański w XVII wieku - szkic do portretu

XVII-wieczni gdańscy kupcy w porcie na obrazie XIX malarza Wojciecha Gersona.
XVII-wieczni gdańscy kupcy w porcie na obrazie XIX malarza Wojciecha Gersona.

Stanowili o potędze XVII-wiecznego Gdańska. Przyczynili się do jego rozkwitu i gospodarczej prosperity. To ich umiejętności, energia, wiedza, talent, odwaga, znajomość języków, ludzi i rynków decydowały o rozkwicie nadmotławskiego grodu w wielu sferach życia, nie tylko ekonomii. Czas na kilka słów prawdy o dawnych gdańskich kupcach.



Panorama XVII-wiecznego Gdańska.
Panorama XVII-wiecznego Gdańska.
W XVII wieku obrót towarów był o wiele bardziej skomplikowany niż dziś. Bez telefonów, faksów, maili, bez giełdy i Internetu, ówczesny kupiec niezależnie od tego czym handlował nie miał lekko, a można nawet powiedzieć, że miał wyjątkowo ciężko.

Musiał być i był jednocześnie ekspertem od jakości towarów, specjalistą od rachunkowości, prawa, był przedstawicielem handlowym, negocjatorem, bankowcem i znawcą monet.

Gdy o wspólnej europejskiej walucie jeszcze nikt nie marzył, rynek monetarny był jak dżungla. Wciąż zmieniająca się zawartość złota i srebra w monetach, jednostki obrachunkowe istniejące wyłącznie na papierze (grzywna pruska) i ogólny brak stabilizacji powodował, że kupiec bardzo często popełniał obliczeniowe błędy. Pomagał sobie co prawda abakusem, czyli prymitywnym liczydłem w postaci deski z wyżłobionymi rowkami, na którym liczyło się przez odpowiednie przekładanie kamyków, ale to nie była zbyt wielka pomoc.

Od 1538 roku znany był w Gdańsku podręcznik rachunków napisany przez rachmistrza Erharta von Ellenbogena. Autor pisze we wstępie co było powodem powstania książki:

"Ja, Erhart von Ellenbogen, mieszczanin i przez czcigodną i mądrą Radę w królewskim dobrym mieście Gdańsku zatwierdzony rachmistrz, życzę tobie, Marcinie von Ellenbogen, mojemu kochanemu synowi wraz ze wszystkimi miłośnikami tej szlachetnej, wolnej, użytecznej sztuki rachunków, wiele szczęścia i długiego zdrowia - zauważyłem, że książki ludzką pamięć utrzymują, przeto tę książkę napisałem. Zauważyłem, że nie wydrukowano książek rachunkowych na naszą obiegową monetę, przeto tę książkę napisałem [...] Dzieło świadczy o mistrzu, a tym, co plotą głupstwa, niech będzie hańba; i aby to każdy wiedzieć mógł, że ja wszystkich sławnych rachmistrzów sposób, umiejętność i sztukę znam."

W 1589 wyszedł kolejny podręcznik do rachunkowości, opracowany przez gdańskiego nauczyciela, Sebastiana Gamersfeldera. Adepci trudnej sztuki liczenia mogli rozwiązywać zadania o statku płynącym z Gdańska do Lizbony z różnymi towarami i przygodami podczas rejsu, a na koniec musieli odpowiedzieć na najważniejsze dla kupca pytanie: Ile zyskał? Ile stracił?

Jeśli założymy, że kupiec miał matematykę w małym palcu i podręcznikowe zadania nie stanowiły dla niego problemu, jego szanse na sukces zaczynały wzrastać. Musiał jeszcze tylko poznać się nieco na astronomii i gwiazdach, nawigacji, fizyce i mechanice. Bo cóż po obliczeniach ewentualnych zysków, gdy cały ładunek zalegnie na dnie morza?

Kupiec miał swoje biuro, zwane kantorem. Oprócz wspomnianych ksiąg, miał też wiele innych bardzo potrzebnych do pracy urządzeń, przyrządów i dokumentów. Najważniejsza, to leżąca zwykle na honorowym miejscu i chowana przed okiem wścibskich gości, wielka księga kupiecka. Tu zapisywane są wszelkie operacje handlowe, nazwiska dłużników i wierzycieli, przychód i rozchód całej gotówki, na oddzielnych kontach, tak jak to wymyślili sprytni Wenecjanie.

Księga kupiecka to nie tylko cyfrowy zapis operacji, to też dziennik życia kupca. Kupiec notuje w niej narodziny dzieci, chrzty, śluby, pogrzeby. I wszystko inne co wydaje mu się istotne. Z czasem do niektórych kupieckich ksiąg wkrada się chaos, kilogramy zboża obok ilości dzieci, debet obok pogrzebu teściowej. Stąd pojawiają się księgi i mniejsze zeszyty pomocnicze. Książka towarów, książka długów, dziennik, książka kosztów.

Kupiec nie siedział całymi dniami w kantorze. Jego żywiołem był ruch, ciągłe zmiany, sprawy, rozmowy, spotkania z agentami, pośrednikami, maklerami. Centrum biznesowym był Długi Targ ze szczególnym uwzględnieniem okolic Dworu Artusa. Ważnym i niemal codziennie odwiedzanym miejscem był port, gdzie można i trzeba było dopilnować załadunku, pracowników, zorientować się w cenach i informacjach ze świata. Tu ruch był nieustanny, przybijały i odpływały statki z Niderlandów, Anglii, Szkocji, Francji. Czasem wpływały całe flotylle, kilkadziesiąt statków wypełnionych towarami z całej Europy.

A statek czasem tonął, wpadał na skały albo mieliznę. I na nic zdały się lata nauki, biegłość w rachunkach, językach i szerokie horyzonty myślowe. Kupiecki fach był jednym z najtrudniejszych, najbardziej ryzykownych zajęć w tamtym czasie. Jeśli nie burza, to wojna, jeśli nie wojna to piraci.

Żeby zmniejszyć ryzyko, kupcy zakładali spółki, a wówczas i zysk, i strata były dzielone. Najpierw były to spółki rodzinne. Bracia, kuzyni, ojciec z synami, łączyli siły aby wspólnie kupić towar poszukiwany za granicą - np. zboże albo drzewo - razem zorganizować transport, a za uzyskane pieniądze kupić inny towar poszukiwany w Gdańsku - np. sukno, sól czy piwo. Spółki zawiązywali też całkiem obcy sobie ludzie. Bywało, że kupcy mieszkający w różnych miastach łączyli się w spółkę z szlachcicem właścicielem folwarku. Tworzyły się różna formy powiązań handlowych, nici zależności, np. "Do wiernych rąk" albo "Vera Societas".

Czasem dochodziło do nieporozumień i konfliktów, a nawet spraw sądowych.

Tak było choćby w roku 1610, kiedy to Henryk Dreiher wytoczył sprawę Janowi Kosickiemu, swemu agentowi, któremu udzielił wcześniej pełnomocnictw i wystawił weksle, a ten uciekł za granicę z pieniędzmi. Jeszcze gorzej zachował się agent Jakub Schulc, który w 1615 roku, nie dość że okradł swego szefa, Marcina Kramera, to dodatkowo uwiódł mu córkę i uczynił dziadkiem.

Kupiec, któremu szczególnie dobrze wiodło się w interesach, mógł się wybić ponad swój stan: mógł się zająć polityką, zostać rajcą, burgrabią, decydować o życiu politycznym miasta. Jednym słowem przejść do klasy wyższej, czyli patrycjatu. Większość kupców nie miała takich aspiracji, analiza XVII-wiecznych dokumentów, na przykład pośmiertnych spisów ruchomości dowodzi, że dom zamożnego kupca, pod względem wyposażenia, mebli, naczyń, dzieł sztuki, urządzeń do higieny, nie różnił się znacząco od domu patrycjusza.

Ale o tym w innej opowieści.
Dodaj zdjęcie do artykułu
Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Tytuł:
Treść:
Autor:
E-mail (opcjonalny):
Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Opinie (razem: 14)

Dodaj opinię

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.