Zwierzęta lepiej oglądać na wolności niż je zjadać, stwierdziło niegdyś pewne małżeństwo i dlatego w Gdańsku powstał pierwszy ogród zoologiczny. Jednak po II wojnie światowej miłośnicy wszystkiego, co skacze, lata i fruwa, musieli przekonywać władze, że chcą mieć inny kontakt ze zwierzętami, niż tylko ten "gastronomiczny".
- Jedna z gdańszczanek wspomina, iż przeczytała w gazecie, że w drodze licytacji ma zostać sprzedana parka "zwierzyny płowej", która mieszkała w Parku Kuźniczki we Wrzeszczu - opowiada Tomasz Strug z portalu Stara Oliwa. - Jej mąż stwierdził, że porozmawia z ludźmi z organizacji "Ochrony Dzikich Zwierząt", by uratowali przeznaczone na rzeź zwierzęta.
Działania te musiały odnieść skutek. Okazało się, że w Gdańsku żyje sporo miłośników zwierząt, którzy chcieliby, by te znalazły dla siebie dom. O tym, jak rodził się oliwski "zwierzyniec", możemy przeczytać też w książce "Psie lata" Guntera Grassa.
"Pan Kamin, dzierżawca leśniczówki i gospody, usiadł między Augustem Pokriefke a moją matką. Zawsze, ilekroć przychodzili goście, opowiadał historię powstania zwierzyńca. Toteż Tulla i ja usłyszeliśmy po raz dziesiąty, że niejaki pan Pikuritz z Sopotu podarował bizona. Zwierzyniec jednak zaczął się nie od bizona, lecz od parki saren, ufundowanej przez dyrektora fabryki wagonów. Potem przybyły dziki i daniele. Ten ofiarował małpę, tamten dwie. Nadleśniczy Nikolai postarał się o lisy i bobry. Konsul kanadyjski dostarczył obydwa szopy. A wilki? Kto podarował wilki? Wilki, które później uciekły, rozszarpały dziecko zbierające jagody i zastrzelone trafiły do gazet. Kto podarował wilki?"
Leśniczówka, o której wspomina Grass, stoi do dzisiaj. To klimatyczny budynek przy ul. Bytowskiej 5 w Dolinie Radości. Otto Kamin został jej właścicielem prawdopodobnie w 1925 roku. Po II wojnie światowej wprowadzili się do niej nowi leśnicy. Dziś są w niej mieszkania prywatne.
Wystarczyło opuścić Dolinę Radości i spacerowym krokiem przejść kilkanaście minut wśród zadrzewionych ulic, by stanąć przed innym oliwskim budynkiem, który dziś znajduje się przy ul. Karwieńskiej 1. To tam znajdował się słynny nie tylko w Gdańsku "Luftkurort Oliva", do którego przyjeżdżali wszyscy szukający odpoczynku i zamierzający podreperować nieco zdrowie. Sanatorium słynęło głównie z leczenia schorzeń górnych dróg oddechowych i reumatyzmu. Obok okazałej bryły sanatorium znajdował się młyn i domek młynarza.
W tamtych czasach nikt jeszcze nie myślał, że kiedyś zamiast rozmów kuracjuszy będzie można usłyszeć tam głosy tych, "co skaczą i fruwają". - O nowym ZOO w Gdańsku pomyślano pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku - opowiada Piotr Leżyński, kolekcjoner i badacz dziejów Oliwy. - Początkowo władze nie bardzo chciały się zgodzić na tę inicjatywę, która wyszła od samych mieszkańców Gdańska. Udało się jednak. ZOO uroczyście otwarto 1 maja 1954 roku. Otwarcie połączono z uroczystością 500-lecia powrotu Gdańska do Macierzy.
Na potrzeby ZOO zaadaptowano właśnie dawne sanatorium. Pierwszym dyrektorem ogrodu został inż. Michał Massalski. Oliwskie ZOO szybko zajęło prawie 100 ha i już wtedy było jednym z największych w Polsce. Pierwsze prowizoryczne jeszcze wybiegi i klatki budowali uczniowie trójmiejskich szkół i delegacje z zakładów pracy.
Wśród pierwszych zwierząt, jakie zamieszkały w Oliwie, znalazły się m.in. wilki Misio i Łątka, sprowadzone z warszawskiego ogrodu, a także dziki, niedźwiedzie, lamy i bażanty. Szczególną sympatię zwiedzający żywili do żubra o imieniu Puszczan. Ogród zaczęły zaludniać też egzotyczne zwierzęta, przywożone przez marynarzy z dalekich rejsów.
W połowie lat osiemdziesiątych w oliwskim ogrodzie było już 800 zwierząt - 176 gatunków, a liczba zwiedzających zbliżała się do prawie pół miliona rocznie.
W 1991 r. dyrektorem ogrodu został Michał Targowski, który pełni tę funkcję do dziś. W ogrodzie wciąż pojawiają się nowe zwierzęta, które mają coraz lepsze warunki do bytowania i rozwoju.
Wielu odwiedzających ma tam swoich ulubieńców. Do historii nie tylko ogrodu, ale i Gdańska, przeszło wiele zwierzaków, rezydentów ZOO. Najsłynniejszym z nich był chyba nieżyjący już szympans Karol, prawdziwy samiec alfa, przywódca stada, który także odwiedzającym potrafił pokazać, gdzie ich miejsce. Umieszczona przy klatce szympansów tabliczka "Uwaga! Małpa sypie piaskiem" jednoznacznie wskazywała właśnie na Karola, który potrafił jednak rzucać nie tylko piaskiem...
















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.