wiadomości

stat

Historie nieznanych żeglarzy

artykuł historyczny
Jacht morski King's Ametyt. Na podobnym Stanley Jabłoński przepłynął Atlantyk
Jacht morski King's Ametyt. Na podobnym Stanley Jabłoński przepłynął Atlantyk superjachty.pl

"Pozdrowione bądźcie morza, oceany i lądy, których blady rozpierzcha się świt. Hej żeglujże żeglarzu całą nockę po morzu. (...) Gdy bezdenny kipi nurt, Bałtyk huczy wokół burt, mężne serce silna dłoń pokonują morską toń. Hej żeglujże, hej żeglujże, hej" - utwór ten w najsłynniejszym chyba wykonaniu Maryli Rodowicz znają nie tylko żeglarze, ale też wielu spośród nas. Nucąc go, warto może wspomnieć historię, dwóch niemalże zapomnianych polskich żeglarzy.



Podziwiasz żeglarzy na samotnych wyprawach?

tak, sam o takich marzę

38%

tak, ale nie odważyłbym się na coś takiego

43%

raczej nie, choć jak chcą, to niech sobie biją rekordy

14%

nie, to niepotrzebna brawura

5%
  • zakończona

  • łącznie głosów: 102
Leonid Teliga, Krzysztof Baranowski, Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, Roman Paszke - zapewne te nazwiska jako pierwsze wymienilibyśmy w rozmowie o polskich żeglarzach. Jednak czy ktoś wspomniały również o Krzysztofie Grabowskim? Jest to raczej mało prawdopodobne.

Nasz bohater przyszedł na świat 5 listopada 1921 roku w Przemyślu. Niestety niewiele dziś wiemy o wczesnych latach jego życia. Pierwsze udokumentowane fakty dotyczą okresu II wojny światowej. Grabowski w latach 1941-1945 służył bowiem jako pilot (niektóre źródła mówią o nim jako o strzelcu) w 301. Dywizjonie Bombowym Ziemi Pomorskiej, noszącym nazwę "Obrońców Warszawy". Podczas jednej z misji został zestrzelony nad Danią, ale na szczęście udało mu się przedostać z powrotem do Anglii. Brał udział w wielu misjach nad terenami wroga m. in. nad Włochami, Jugosławią i Niemcami.

Lotnik, strzelec, żeglarz?

W uznaniu swych zasług otrzymał order Virtuti Militari oraz czterokrotnie Krzyż Walecznych. Wiemy zatem, że był doskonałym lotnikiem, ale czy również żeglarzem? Okazuje się, że tak. Po zakończeniu działań wojennych Grabowski wraz ze swoją rodziną osiadł w Libii, a następnie w Tunezji. Tam tez ujawniło się jego zamiłowanie do morza - wielokrotnie ze swoim synem odbywał liczne rejsy po Morzu Śródziemnym.

Stanley Jabłoński przypłynął na nim do Polski w latach 60.
Stanley Jabłoński przypłynął na nim do Polski w latach 60. mat. prasowe
Skąd jednak pojawił się pomysł przepłynięcia Atlantyku, do końca nie wiadomo. Faktem jest, że w rejsie miała mu towarzyszyć jeszcze jedna osoba, która jednak w ostatniej chwili się wycofała. Grabowski nie zmienił jednak swych planów i ostatecznie w marcu 1959 roku wyruszył z portu w Tangerze (Cieśnina Gibraltarska) na jachcie "Tethys" w swą podróż.

Jego jednostka nie należała może do zbyt okazałych - miała bowiem niecałe 8 metrów długości i powierzchnię żagli ok. 40 metrów kwadratowych, niemniej jednak Grabowski był dobrej myśli. Do samej wyprawy przygotował się niezwykle starannie - na pokładzie znajdowały się zapasy żywności na około 100 dni oraz nowoczesny, jak na ówczesne czasy, sprzęt nawigacyjny. Trasa jego rejsu wiodła z Tangeru do portu w Nowym Jorku.

Pierwsze dni dały się dość mocno we znaki polskiemu żeglarzowi. Wiał bowiem przeciwny wiatr i w ciągu trzech dni "Tethys" zdołał przepłynąć zaledwie 50 mil. Na szczęście niebawem wiatr zmienił jednak kierunek, a sama wyprawa nabrała tempa. Natura jednak nie oszczędzała Grabowskiego - często bowiem musiał zmagać się z silnymi sztormami. Choć zdarzały się również długie i spokojne dni, podczas których żeglarz znalazł również czas na opalanie się.

W 84 dni do Nowego Jorku

Schemat jego codziennego żeglowania utarł się dość szybko - pobudka o świcie i stanie za sterem do późnego wieczora. Na noc Grabowski opuszczał żagiel i udawał się spoczynek, a "Tethys" spokojnie dryfował za zachód. Właśnie zmienne koleje pogody spowodowały, iż rejs Grabowskiego w odniesieniu do pierwotnych założeń przedłużył się.

Ostatecznie po 84 dniach żeglugi i pokonaniu 4 tysięcy mil Krzysztof Grabowski bezpiecznie wpłynął do Nowego Jorku, gdzie oczekiwało go już niezwykle ciepłe przyjęcie. W końcu był to pierwszy w historii Polak, który samotnie przepłynął Ocean Atlantycki.

Choć jego wyprawa stała się znana niemalże na całym świecie, to w Polsce przeszła praktycznie bez większego echa. Jak wiadomo, w ówczesnych czasach komunistyczna władza niezbyt przychylnym okiem patrzyła na działania "zgniłych imperialistów", a za takiego właśnie w oczach władz uchodził Grabowski.

Trójkąt Bermudzki pochłonął i jego

Kilka lat po tym wydarzeniu, w styczniu 1964 roku, Grabowski wyruszył w kolejny rejs. Tym razem na jachcie "Enchantress" płynął w stronę Haiti. Na swej drodze napotkał jednak wyjątkowo silny huragan. Jacht wraz z Krzysztof Grabowski zaginał w rejonie słynnego Trójkąta Bermudzkiego. Ani jednostki ani polskiego żeglarza nigdy nie odnaleziono.

Trochę żegluję, to kupię jacht i przepłynę Atlantyk

Nieco inna jest historia Stanleya Jabłońskiego. Urodził się i wychował w Ameryce. Mając polskie korzenie, w maju 1963 roku przybył do ojczyzny swych przodków w jednym celu - chciał nabyć jacht i przepłynąć Atlantyk. Było to dość spore wyzwanie, gdyż nie posiadał w tym czasie większego doświadczenia żeglarskiego, ale uzyskawszy wsparcie polskich żeglarzy, z duża werwą zabrał się do przygotowań.

Samolot należący do Dywizjonu 301, w którym służył Krzysztof Grabowski.
Samolot należący do Dywizjonu 301, w którym służył Krzysztof Grabowski. Skrzydlata Polska
Najważniejszym z pierwszych zadań było oczywiście nabycie odpowiedniego jachtu. Wybór ostatecznie padł na blisko 10-metrową jednostkę o identycznej, jak u Krzysztofa Grabowskiego powierzchni żagli. Jabłoński nadał swemu jachtowi nazwę "Amethyst".

Przygotowania szły pełną parą, gdyż niebawem wybrzeża Ameryki jak zawsze na jesieni miały być często nawiedzane przez silne huragany. W tym samym czasie ostatecznie ustalono trasę rejsu - dzięki namowom znajomych żeglarzy Jabłoński skorygował swoje pierwotne plany - nowa trasa przebiegała bliżej wybrzeży Afryki. Gdy ostatecznie wszystkie przygotowania zostały zakończone, Jabłoński wyruszył z portu w Gdańsku ku swojej wielkiej przygodzie.

Maszt się wali, jacht nabiera wody

Ta zaczęła się jednak niezbyt szczęśliwie. Nasz żeglarz natrafił bowiem już na początku na silny sztorm także po dwóch dniach żeglugi zmuszony był do zawinięcia do portu w Łebie. Nie poddał się jednak tak łatwo. Następnego dnia opuścił port i ruszył w dalszy rejs. Gdy opływał Arkonę ponownie, dostał się w rejon silnego sztormu, w efekcie którego zwalił się maszt, a sam "Amethyst" zaczął nabierać wody.

Mimo skrajnie niesprzyjających warunków, Jabłońskiemu niemalże cudem udało się dotrzeć do małego duńskiego portu, gdzie z pomocą miejscowych naprawił swoją jednostkę. Wytrwałe dążąc do osiągnięcia swego celu, wyruszył w dalszą drogę. W Kanale Kilońskim jednak ponownie natrafił na silny wiatr, który na szczęście tym razem nie wyrządził zbyt wielu poważnych szkód.

28 lipca Jabłoński zawija do jednego z portów na Wyspach Kanaryjskich, gdzie postanawia odpocząć i przede wszystkim wyremontować swój nadwyrężony walką z licznymi sztormami jacht. Po zakończeniu remontu Jabłoński wyrusza w dalszą drogę, na której starcie musi walczyć z silnym sztormem. Z czasem jednak morze uspokaja się, a "Amethyst" dziennie pokonuje przeszło 120 mil morskich.

Ostatecznie po wielu ciężkich sztormowych dniach 14 września 1963 roku "Amethyst" staje na kotwicy niecała milę od swojego portu docelowego, jakim było Norfolk. Wtedy po raz ostatni przyroda dała się we znaki Jabłońskiemu. Zrywa się silny sztorm, który zerwał kotwicę, zalał wodą silnik, a sam jacht zaczął niebezpiecznie dryfować w stronę lądu. Na szczęście pojawiła się łódź Straży Przybrzeżnej, która wzięła na hol pechowego żeglarza i bezpiecznie doprowadziła go do portu przeznaczenia.

Stanley Jabłoński samotnie spędził na morzu 107 dni (czym ustanowił nowy rekord) i pokonał 7 tysięcy mil morskich.

Rozmawiając o polskich żeglarzach, warto pamiętać zatem również o wspomnianych tutaj Krzysztofie Grabowskim i Stanleyu Jabłonskim, których, mimo wielu pechowych wydarzeń, śmiało możemy zaliczyć do grona wybitnych żeglarzy.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (19)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

kalendarz historyczny

1974 Eugeniusz Kwiatkowski został doctorem honoris causa UG Eugeniusz Kwiatkowski były wicepremier i minister został doctorem honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Kilka dni później zmarł w Krakowie.